Od połowy 1972 r. na biurko szefa radzieckich służb specjalnych Jurija Andropowa zaczęły trafiać raporty sporządzone przez agentów Pionu X Pierwszego Zarządu Głównego KGB (zajmującego się wywiadem naukowo-technicznym). Były to alarmujące doniesienia o spotkaniach nowego szefa NASA Jamesa Fletchera z dyrektorem prezydenckiego Biura Zarządzania i Budżetu George’em Schulzem. W trakcie jednej z takich narad – zdaniem agentów KGB – zatwierdzono plan sfinansowania budowy nowego dużego kosmicznego samolotu. Wahadłowca, jak nazwali go specjaliści. Informacje o planach stworzenia takiego statku pojawiły się już w styczniu 1971 roku. Prawdziwy niepokój sowieckich analityków wywołały doniesienia, że amerykański prom będzie miał przedział towarowy o wymiarach 4,6 na 18,3 m.

– Wystarczająco dużo miejsca, żeby na pokładzie wynieść w przestrzeń nuklearne głowice – stwierdzili eksperci KGB. – A gdy już pociski znajdą się na orbicie, zostaną odpalone wprost na Moskwę – dodawali radzieccy generałowie. Nic więc dziwnego, że informacje o planach NASA dotarły na Kreml. Wizja amerykańskich rakiet spadających z kosmosu na głowy Rosjan spowodowała, że Breżniew nakazał przygotować sowiecką ripostę.

PRZEBIEGŁY GŁUSZKO


Ale kto miał tego dokonać? Rosyjski program kosmiczny od początku lat 70. był w głębokim kryzysie. Ledwie pięć lat wcześniej, po nieudolnie przeprowadzonej przez ministra zdrowia Borysa Pietrowskiego operacji usunięcia krwawiącego polipa, zmarł Siergiej Korolow. Dla zwykłych Rosjan Korolow był przed śmiercią „Panem Nikt”. Sam o sobie mówił: „Jestem jak górnik. Pracuję w podziemiu”. I nie chodziło mu wcale o to, że podczas stalinowskich czystek pracował jako „skazany N1442” w kopalni złota. Dopiero po złożeniu jego prochów pod murami Kremla, z nekrologu w „Prawdzie”, zwykli obywatele Kraju Rad dowiedzieli się, kim był człowiek nazywany do tej pory „głównym konstruktorem”. Inżynier Korolow stał za największymi sukcesami radzieckiego przemysłu kosmicznego. W tym – za wystrzeleniem pierwszego satelity Sputnik i pierwszego załogowego statku kosmicznego Wostok z Jurijem Gagarinem na pokładzie.

Lecz po tamtych triumfach pozostało ledwie wspomnienie. Tymczasem w rosyjskim establishmencie naukowym trwała wojna – inżynierowie walczyli o schedę po Korolowie, a także o wpływy i pieniądze z Kremla. Żaden nie był jednak w stanie zdobyć takiej pozycji jak „główny konstruktor”. Do czasu. W 1974 roku szala bratobójczej bitwy przechyliła się na stronę Walentina Głuszko.

Kim był ten człowiek? Od 1932 roku współpracował z Korolowem. Był jedną z ważniejszych postaci założonego przez marszałka Tuchaczewskiego Instytutu Rakietowego (RNII) w Moskwie. Stworzył tam pierwszy w ZSRR udany silnik na paliwo ciekłe. W 1938 roku, po aresztowaniu przez NKWD Tuchaczewskiego, fala stalinowskich czystek sięgnęła również RNII. Głuszko został aresztowany i osadzony w specjalnym więzieniu. W śledztwie załamał się i, na zamówienie śledczych NKWD, oskarżył Korolowa. – Zostałem zdradziecko oczerniony przez dyrektora instytutu Klejmienowa, jego zastępce Łangiemaka i inżyniera Głuszkę – pisał w liście z więzienia wybitny konstruktor.

Sytuacja zmieniła się po wybuchu wojny z Niemcami. Korolow dostał zadanie stworzenia więziennego zespołu inżynierów rakietowych. Poprosił NKWD o zgodę na dołączenie do grupy Głuszki. Po tych wydarzeniach pracowali ze sobą przez wiele lat, lecz sprawa donosu tkwiła między nimi jak zadra. Wróciła, gdy przed śmiercią Korolowa w 1966 r. zaczęły się problemy z rakietą N-1, mającą być odpowiedzią na amerykański program Saturn V. „Główny konstruktor” odmówił użycia silnika zaprojektowanego przez Głuszkę. Ten odpłacił mu pięknym za nadobne, oświadczając, że w takim razie wcale nie będzie z nim współpracował. Co więcej, Głuszko peregrynował na Kreml i rozpowiadał wszystkim, którzy chcieli go słuchać, że „z dobrym silnikiem nawet kij od szczotki potrafiłby latać”. A jeśli Korolow takiego silnika nie chce, to jego sprawa… Zwaśnionych naukowców próbował odpłapogodzić Chruszczow. Korolow był jednak uparty. – Głuszko był nielojalny za Stalina, jest i teraz – twierdził. Ambitny inżynier został odsunięty na boczny tor, a schedę po Korolowie objął Wasilij Miszyn. Do czasu. Porażka N-1 oznaczała triumfalny powrót Głuszki, który znalazł protektora w osobie szefa resortu obrony marszałka Dimitrija Ustinowa. Nowy „główny konstruktor” swoje szefowanie zaczął od decyzji „o zawieszeniu radzieckiego programu księżycowego” i kompletnym zniszczeniu pozostałych dwóch rakiet N-1. Jeden z dyrektorów pracujących nad tym programem napisał później: „Nie podano choćby słowa wyjaśnienia. Razem z N-1 na złom poszli też jej budowniczowie”.

Tymczasem w biurach konstrukcyjnych ruszyła praca nad rakietą, która miała zastąpić znienawidzony przez Głuszkę projekt N-1. Nazwano ją Energia. Była prawdziwym fenomenem. Mogła wynieść w kosmos ładunek ważący 100 ton! Nawet amerykański Saturn V nie był w stanie jej dorównać. Energia była też wprost stworzona do tego, by na swym grzbiecie wynieść najnowsze dziecko radzieckich inżynierów – olbrzymi Orbitalnyj Korabl Buran (po rosyjsku śnieżna burza). Wahadłowiec, który miał pokonać Amerykę.

CUDO Z RAMIEŃSKOJE