Nieprawda – zmagania na trasie tych morderczych zawodów w niczym nie przypominają innych off-roadowych startów, ale o tym Hołowczyc przekonał się dopiero po jakimś czasie. I nie od razu stanął na podium Rajdu Dakar – droga na szczyt była długa i trudna. Trwała całych dziesięć lat, a niektórych startów Hołowczyc pewnie nie wspomina z wielkim sentymentem. Kilkakrotnie odpadał z rajdu na dość wczesnych etapach. W 2012 roku, jadąc już w Mini All4 Racing, wygrał jeden etap, a rok wcześniej (za kierownicą BMW X3 CC) był blisko „pudła” i zakończył zawody na piątym miejscu. Jednak w 2013 roku odpadł już na trzecim etapie. Pewnie dlatego tegoroczny sukces miał wyjątkowy smak. I nie był efektem przypadku, ale bardzo ciężkiej pracy.

Jak zapewnia Hołowczyc w rozmowie z „Fit&Formą”: „Dakar to prawdziwy maraton, to niewiarygodne wyzwanie. Musisz być nastawiony przede wszystkim na wytrzymałość. Nie tylko samochodu, choć należy bardzo pilnować tego, aby auto przeżyło, ale i swoją, czyli przygotowanie fizyczne oraz psychiczne. Moje przygotowania trwają okrągły rok, jeden Dakar się kończy, drugi się zaczyna, tak właśnie to wygląda”. Ten bowiem, kto chciałby wystartować w tak trudnej imprezie bez przygotowania pod kątem Dakaru i z doświadczeniem zdobytym wyłącznie na innych trasach, srodze by się zawiódł.

„Jest to tak duże obciążenie dla organizmu, że nie wystarczy zacząć przygotowywać się na miesiąc czy dwa przed. Musisz włożyć ogrom pracy w swoje przygotowania, jeśli chcesz walczyć o wysokie lokaty. Oprócz typowych treningów rajdowych oraz pracy na siłowni z moimi trenerami personalnymi staram się codziennie biegać, a latem bardzo dużo jeżdżę na skuterze wodnym i na nartach wodnych, śmigam nawet motocyklem crossowym po lesie. To wszystko ma na celu przygotować mnie do tego ekstremalnego wysiłku”.

MINI, ALE WCALE NIE TAKIE MAŁE

Swoje „pudło” na Dakarze Hołowczyc osiągnął w samochodzie, który nie kojarzy się z pokonywaniem tras rajdowych.

Owszem, mini to auto dynamiczne (polecamy wypróbowanie usportowionej wersji mini cooper S), stylowe, przyciągające wzrok innych użytkowników dróg, wręcz kultowe, ale gdzie mu do pustynnego wyczynu? Okazuje się jednak, że konstruktorzy przygotowujący mini do rajdu na bezdrożach Argentyny i Chile uczynili z delikatnego kobiecego samochodu prawdziwą bestię. Co do jej przydatności rajdowej Hołowczyc nie ma wątpliwości, bo i nie może ich mieć: „Mini, którym startuję podczas Dakaru, to rewelacyjny samochód, wręcz stworzony do pokonywania najtrudniejszych rajdów terenowych. Jego rozmiar jest w sam raz do off-roadu – dość lekki, z potężnym silnikiem i rewelacyjnym zawieszeniem. Za każdym razem, siadając za jego kierownicą, czuję, że mam realną szansę sięgnięcia po dakarowe podium” – zapewnia Hołowczyc.

Oczywiście mini, którym nasz sławny kierowca przemierzał pustynie Ameryki Południowej, nie ma zbyt wiele wspólnego z tym, które można spotkać na ulicach polskich miast. Łączy je jedynie znaczek na masce i w znacznym stopniu kształt. Tak naprawdę jest to supersilna rajdowa bestia, zdolna konkurować i zwyciężać ze wszystkimi.

Na dobrą sprawę każdy element, poczynając od poszycia, przez silnik, skrzynię biegów po wnętrze, jest zupełnie inny. To tak jakby porównać SUV-a, choćby najbardziej „muskularnego”, z nowoczesnym wozem bojowym. Pierwszy nie przetrwałby kilkunastu minut w warunkach, w których ten drugi wytrzyma trzy tygodnie. Porównajmy obiektywnie: miejskie mini nadaje się tylko do jazdy po asfalcie i może po polnej drodze. Mini dakarowe to potwór, który pokona ekstremalnie trudny teren praktycznie bez żadnego uszczerbku. Ponadto wcale nie jest takie… mini! Jest prawie tak duże jak BMW X3.