„Pan na zagrodzie równy wojewodzie” - to powszechnie znane powiedzenie jest jednym z wielu świadectw szlacheckiego umiłowania równości. Owa równość - wychwalana z takim samym zapałem przez Stanisława Orzechowskiego w wieku XVI, jak przez Wacława Rzewuskiego w XVIII - miała świadczyć o wyższości sarmackiego ładu nad niesprawiedliwymi i hierarchicznymi ustrojami dawnej Europy. Przekonanie to nie jest obce współczesnym miłośnikom sarmatyzmu. O ile podziwiać można podobne przywiązanie do egalitaryzmu, o tyle trudno znaleźć jakiekolwiek przekonujące dowody, że owa równość była czymś więcej niż samym tylko wzniosłym ideałem i że miała jakiekolwiek przełożenie na realia społeczne dawnej Polski.

Nie jest oczywiście tak, że ideał równości nie miał żadnego wymiaru praktycznego. Jak wiadomo, w każdym micie tkwi ziarno prawdy. Już w czasach średniowiecznych w Europie zaznacza się wyraźny podział na Wschód i Zachód kontynentu (przebiegający mniej więcej wzdłuż rzeki Łaby), a odmienności w organizacji społeczno-politycznej były częścią tego zróżnicowania.

Feudalizm zachodnioeuropejski (zwany też klasycznym) opierał się na lennej własności ziemi i wyraźnym pionowym zróżnicowaniu arystokracji. Stąd liczne tytuły wyznaczające rangi dystynkcji w szeregach zachodnich arystokratów. W Polsce panował natomiast system tzw. prawa książęcego, o wiele bardziej horyzontalny - i w tym sensie egalitarny - niż zachodni feudalizm, a żadnych dodatkowych tytułów szlacheckich nie było. Dlatego każdy szlachcic mógł czuć się symbolicznie równy wielkim magnatom. Liczyła się przynależność do stanu szlacheckiego jako takiego. Inna była też na Wschodzie dominująca forma własności ziemi. Zamiast własności lennej dominowała własność typu alodialnego, wolna od jakichkolwiek zobowiązań i, w przeciwieństwie do lenna, dziedziczna bez zastrzeżeń.

Tyle, jeśli chodzi o obiektywnie ważne przesłanki egalitarnego światopoglądu sarmatów. Gdy spoglądamy jednak z perspektywy socjologiczno-historycznej na społeczne realia Rzeczypospolitej Obojga Narodów, trudno utrzymać przekonanie o ich egalitarnym charakterze. Uderzają przede wszystkim gigantyczne nierówności materialne pomiędzy wielkimi magnatami a szlachtą zagrodową oraz tzw. gołotą (zwaną również szlachtą szaraczkową lub chodaczkową). Skala tych nierówności była o wiele większa niż w przypadku arystokracji zachodnioeuropejskiej i to nie tylko z powodu dużej liczebności polskiej szlachty. Wielcy magnaci, zwłaszcza na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej, byli posiadaczami niewyobrażalnych fortun, majątkiem górując nie tylko nad królem, ale nawet nad skarbem państwowym. Konstanty Ostrogski, magnat kresowy zmarły w 1620 roku, pozostawił po sobie spadek bliski dwóm rocznym budżetom państwowym. Tymczasem materialna sytuacja szlachty zagrodowej, o gołocie już nie wspominając, była często bliższa kondycji chłopów. Od tych ostatnich odróżniała ich oczywiście wolność każdego, nawet najbiedniejszego szlachcica od konieczności odrabiania pańszczyzny; jednak szlachcice tak jak chłopi musieli nierzadko pracować na własnym polu.

Te ogromne rozbieżności materialne miały silny wpływ na rzeczywistość polityczną. Formalnie rzecz biorąc, każdy szlachcic dysponował takim samym czynnym prawem wyborczym, łącznie z prawem do głosowania w czasie wyboru króla, jednak realizacja tych uprawnień w praktyce znajdowała się całkowicie poza zasięgiem rzesz najdrobniejszej szlachty. Nie mieli oni po prostu środków do tego, żeby wybrać się do Warszawy na elekcję króla. Brali udział w lokalnym życiu politycznym, ich głosy w sejmikach były jednak często kupowane przez bogatszych szlachciców, zwłaszcza przez magnatów. Trudno więc stwierdzić, że reprezentowali swoje interesy, chyba że za takowe uznamy doraźny zarobek na sprzedaży głosów. Demokracja szlachecka okazuje się pod tym względem bardziej podobna do mafijnych systemów patronażu i klienteli niż do nowoczesnych ustrojów parlamentarnych.

Skoro więc szlachecka równość była tylko i wyłącznie ideologiczną maską skrywającą realne nierówności o gigantycznych rozmiarach, skąd powszechne i trwałe przekonanie o egalitarności szlacheckiego stanu? Stąd, że pozwalało ono wszystkim skutecznie ukryć niewygodną prawdę. Takie są zresztą pożytki z każdej ideologii. Magnatom ułatwiało prowadzenie korzystnej dla nich polityki i zapobieganie buntom najgorzej usytuowanych obywateli I Rzeczypospolitej. Szlacheckiej biedocie dawało rodzaj symbolicznego pocieszenia i możliwość podleczenia swoich kompleksów. I tak właśnie silne nierówności szły w parze z równie silnym przekonaniem o doskonałym egalitaryzmie szlacheckiego stanu. Nie ma większego wroga faktycznej równości niż złudne i błędne mniemanie o jej powszechnym panowaniu.