„Decyzja pana José pojawiła się dwa dni później. Na ogół ludzie raczej nie mówią, że decyzja im się pojawia, są bowiem tak bardzo czuli na punkcie swojej osobowości, choćby całkiem bezbarwnej, oraz swojego autorytetu, choćby znikomego, że zawsze sugerują, iż nim zrobili decydujący krok, dobrze się zastanowili, rozważyli wszystkie za i przeciw, wszystkie możliwości i rozwiązania, a zatem powzięli decyzję w wyniku głębokich przemyśleń. Powiedzmy sobie jednak, że nie zawsze tak się dzieje. Z pewnością nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby jeść, jeśli nie ma apetytu (…).

Gdybyśmy jednak upierali się przy tym, że decyzje zależą tylko od nas, musielibyśmy przede wszystkim wyjaśnić, wyodrębnić i sprecyzować, kto w nas jest decydentem, a kto późniejszym wykonawcą, co jest zupełnie niemożliwe. Prawdę mówiąc, to nie my wpływamy na decyzje, lecz one na nas. Świadczy o tym choćby fakt, że mnóstwo naszych działań, nawet takich jak zjedzenie obiadu, kupno gazety czy też poszukiwanie jakiejś nieznajomej, wcale nie musi być wynikiem świadomej decyzji, poprzedzonej chwilą refleksji, rozważań czy deliberacji”.

„Wszystkie imiona”, José Saramago


Do końca książki „Wszystkie imiona”, powieści genialnego portugalskiego noblisty José Saramago, nie będzie wiadomo, dlaczego właściwie jej główny bohater, imiennik autora (urzędnik Archiwum Głównego Akt Stanu Cywilnego, nieuchronnie kojarzący się z Kafkowskim Józefem K.), rozpoczął szalone poszukiwania obcej sobie kobiety (jeśli nie czytałeś Saramago, uczyń to czym prędzej, on pisze jak nikt inny wcześniej ani potem).

José nie wie, co nim powoduje, i wątpię, żebyś ty wiedziała, dlaczego coś robisz. Ja w każdym razie co do siebie nie mam pewności. I być może też dlatego, że własne motywy bywają dla mnie nieczytelne, generalnie nie palę się do planowania i ustawiania sobie przyszłości. Bliskie jest mi zdanie, które wypowiedziała kiedyś do mnie pewna gminna urzędniczka z referatu do spraw, nomen omen, strategii: „jak mamy planować, skoro nie wiemy, co będzie?”.

Z tego też powodu nie jestem fanką ani postanowień noworocznych, ani sztywnych zamysłów co do siebie samego. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, gdzie będę za pięć lat, i jestem gotowa z otwartą przyłbicą powiedzieć to każdemu coachowi i każdej szefowej działu HR. Nie wyznaczam sobie targetu i  zupełnie wystarczy mi to, że prowadzę dziesięć dni szkoleń w miesiącu (faktem jest, że wtedy daję z siebie wszystko), piszę dwa teksty, czasem pracuję nad wierszem, a całą resztę życia wypełnia mi patrzenie za okno, dwugodzinne weekendowe śniadania z moim mężem i synem, joga, spotkania z rodziną i przyjaciółmi, czytanie literatury i oglądanie seriali, przy czym serialom poświęcam więcej czasu niż książkom.

Kiedy redaktorka naczelna „Coachingu” postanowiła poświęcić numer „Coachingu Extra” odpoczynkowi, to zaraz zadzwoniła do mnie, mówiąc, że przyszłam jej do głowy, kiedy tylko pomyślała o tym temacie. Bo rzeczywiście jest tak, że mogłabym napisać dziesięć książek, a napisałam dwie, mogłabym szkolić więcej i więcej zarabiać, odłożyć na nieużywany samochód, mogłabym sobie zrobić stronę w sieci i zdjęcie, na którym wyglądałabym na mądrzejszą i ładniejszą, niż jestem. Ale mi się nie chce.

Nie należę więc do osób „zarobionych”, wzdychających głęboko na dźwięk czternastego dzwoniącego w ciągu dnia telefonu: znowu świat do mnie dzwoni, znowu świat mi spokoju nie daje, znowu świat mnie pyta, czy w dobrą stronę zmierza, i ciągle go muszę upewniać, oszaleć można. Nie spędzam dwunastu minut netto na dobę na samym kasowaniu maili od  ludzi ewidentnie niezorientowanych, jak bardzo nie mam czasu ich maili czytać. Nie zapełniam każdej z tak zwanych wolnych chwil czymś wysoce produktywnym.

Całkiem poważnie rozważam możliwość, że to kwestia niskiego ciśnienia. Jeśli oglądałaś seriale medyczne, zwłaszcza te, których akcja rozgrywa się na ostrym dyżurze, kojarzysz pewnie taką scenę, kiedy ofiara wypadku wwożona jest na noszach do szpitala, a ratownicy, którzy w uzasadnionym pośpiechu pchają te nosze, wykrzykują do nadbiegających lekarzy informacje o różnych parametrach, w tym o ciśnieniu. Ciśnienie osiemdziesiąt na pięćdziesiąt! Osiemdziesiąt osiem na sześćdziesiąt! – krzyczą. To właśnie jest moje ciśnienie, czego nigdy nie omieszkam podkreślić, jeśli w sąsiednim fotelu siedzi jakiś członek mojej rodziny, zwłaszcza najbliższej, na przykład mój syn. Po to, żeby pojął w kategoriach naukowych, dlaczego mamusia woli leżeć niż siedzieć, siedzieć niż stać i stać, niż iść, bo o bieganiu nie było i nie będzie nigdy mowy.

Być może gdybym miała ciśnienie tego ratownika medycznego, a nie tej z noszy, pisałabym właśnie felieton o tym, że trzeba w każdej chwili wiedzieć dokładnie, czego się chce, stawiać sobie poprzeczkę wysoko, brać się w garść, siadać, wstawać, iść, biec i pędzić, definiować swoje silne i słabe strony, budować wokół nich misterne targetowe konstrukcje, decydować i wierzyć, że to my zadecydowaliśmy. Znam takich, którzy to robią i naprawdę mi tym imponują.

A jednak i moje, dużo mniej ambitne, życie ciągle niesie coś, czego nie umiałabym z góry wpisać w kalendarz: zachwyty, złości i inne stany, do których nie ma aplikacji ani aparatury pomiarowej, spotkania z ludźmi, których nie da się wygooglować, i krajobrazy, których nie da się wpisać w plany rozwojowe.