Olga jest perfekcjonistką. Przynajmniej tak myślą o niej koledzy z redakcji. W swoich tekstach uważnie dobiera słowa, unika kolokwializmów, sprawdza każdą informację, oczywiście – zgodnie z dziennikarskim rzemiosłem – w dwóch źródłach (o ile to możliwe, pisemnych, bo dziennikarka nie przepada dzwonić z pytaniami do ekspertów, polityków, gwiazd). Mało tego, nie robi nawet literówek, czyli błędów wynikających z szybkiego czy nieuważnego pisania na komputerze. Korektorka nie może się jej nachwalić.

Z naczelnym jest już inaczej. „Ten tekst jest strasznie drętwy” – powiedział kiedyś publicznie. Olga zesztywniała, zaschło jej w gardle. „Nie miałam siły zapytać, co w tekście jest nie w porządku, gdzie według szefa jest błąd, co dokładnie ma na myśli. Zwłaszcza przy całej redakcji” – przyznaje. Dopiero gdy redaktorzy próbowali potem postawić w jej artykule odważniejszą tezę i dać bardziej chwytliwy tytuł, zaprotestowała. „Ale tak nie można! To, co napisaliście, nie do końca jest prawdą, to nie jest precyzyjne określenie…”.

Przy następnym tekście jeszcze bardziej się starała. Jeszcze staranniej dobierała słowa, jeszcze wnikliwiej sprawdzała informacje. Ocena naczelnego była podobna, tyle że w zaciszu jego gabinetu, w czasie rozmowy w cztery oczy, próbował ją namówić „na większy rozmach przy pisaniu”. Dodał, że docenia jej rzetelność, obowiązkowość, pracowitość, że nie chce jej zwolnić. Po prostu uważa, że powinna odważniej podchodzić do zgłaszanych przez siebie tematów. I że z pewnością „da radę”. Olga usłyszała tylko „zwolnić” i zrozumiała, że „rady sobie teraz nie daje”. Po tym spotkaniu usunęła się na jakiś czas w cień.

Pewnego dnia szef zaproponował jej zrobienie długiego wywiadu ze znanym francuskim pisarzem. Po francusku. Ona jedyna w redakcji mówiła w tym języku w miarę płynnie. „Wystraszyłam się na dobre. Nie dość, że artysta kultowy, jego twórczość znałam słabo, to jeszcze w obcym języku. A jak nie wychwycę niuansów? A jak skompromituję nie tylko siebie, ale i redakcję? Jak będą się śmiać z mojego akcentu? Albo ktoś to nagra i puści w internecie? Poprosiłam szefa o pół dnia na zastanowienie” – wspomina.

Błyskawicznie dowiedziała się, że możliwe jest załatwienie tłumacza. Spytała kolegę zza biurka, czy nie podjąłby się zadania, zgodził się od razu. Poszła do naczelnego i powiedziała, że ona nie da rady (nie zdąży przeczytać wszystkich książek pisarza, a nie chce iść nieprzygotowana), ale ma zastępstwo. „Gdy szef zdjął ze mnie to wyzwanie, od razu mi ulżyło. Choć – nie ukrywam – zrobiło mi się też smutno i czułam złość na siebie… Że jednak poddałam się” – przyznaje. A wywiad kolegi? Zdaniem Olgi wyszedł powierzchowny, co mu zresztą – gdy zapytał o jej zdanie – powiedziała.

 

Szara myszka

SAMOOCENA WIĄŻE SIĘ Z ZAUFANIEM DO SAMEGO SIEBIE

„Olga ma zaniżoną samoocenę. Jej celem nie jest osiągnięcie sukcesu, ale uniknięcie porażki” – mówi Agnieszka Marczak-Czajka, coach i psycholog, właścicielka firmy Estima Coaching, specjalizującej się w coachingu samooceny. Samoocena to poczucie własnej wartości, pewność i zaufanie do siebie. Ma wpływ m.in. na sposób podejmowania decyzji i komunikowania się, w tym wystąpienia publiczne, i budowanie relacji, także tych najbliższych. W największym stopniu kształtują ją rodzice i wychowawcy. Przyjmuje się, że kształtuje się do szóstego roku życia, potem z grubsza utrzymuje się na podobnym poziomie. Może się zmienić w okresie dojrzewania, a także w życiu dorosłym pod wpływem różnych okoliczności, ale nie będą to duże korekty. Choć czasami wystarczające, by poczuć się dużo lepiej i by swobodniej nam się żyło.