Fit&Forma: Jak taka drobna i delikatna dziewczyna jak ty odnajduje się w sportach motorowych? I w wyścigach samochodowych, i w terenowych rajdach? To przecież – przynajmniej według obiegowej opinii – męski świat. Nieprzyjazny męski świat...

Klaudia Podkalicka: To nie tylko męski świat, ale rzeczywiście, kobiet w tym sporcie jest bardzo mało. Trzeba też rozróżnić starty w wyścigach od udziału w rajdach. To dwie, zupełnie niepodobne do siebie dyscypliny. Wyścigi to sport w białych rękawiczkach i nieskazitelnie czystych kombinezonach. Kierowca wyścigowy po zawodach wychodzi z samochodu… i jedzie do eleganckiego hotelu. Może trochę przesadzam, ale wyścigi na najwyższym poziomie tak właśnie wyglądają. Rajdy to coś zupełnie innego – to praca w kurzu, brudzie i zaduchu. Biorąc udział w rajdach terenowych, szybko zamieniamy się w wielki słup kurzu – kabiny samochodów nie są tak szczelne, aby zatrzymać unoszący się pył. Często trzeba też wysiąść z samochodu, zlikwidować awarię czy zmienić koło.

Wtedy nikt nie myśli o tym, że pracuje w smarze lub klęczy w błocie. To jest rajd, trzeba zrobić wszystko, by pokonać przeszkody, które pojawią się na trasie.

F&F: Ale nie wierzę, że jako kobieta tuż przed startem nie poprawiasz sobie makijażu, nie malujesz ust szminką, nie mówiąc już o fryzurze.

K.P.: Powiem szczerze: początkowo wygrywała kobieca próżność i oczywiście starałam się przygotować do zawodów „kompleksowo” z makijażem i fryzurą. Szybko się jednak przekonałam, że nie ma to żadnego sensu. Po ukończonym etapie na twarzy miałam wszystko, kurz, resztki tuszu i częściej smar niż szminkę.

Uznałam, że o urodę będę dbać przy innych okazjach. Jedyne, co robię, to zaplatam włosy w warkocz, żeby mi nie przeszkadzały pod kaskiem. W czasie zawodów wygląd to najmniejszy problem. Etapy miewają powyżej dwustu kilometrów i bywają mordercze – wtedy nie myślisz o tym, jak postrzegają cię faceci, tylko czy cię przypadkiem nie wyprzedzają. Nie skupiasz się na wyglądzie, bo ważniejsze jest, że coś stuka w zawieszeniu i trzeba to szybko naprawić.

F&F: Rozumiem, że od naprawiania auta jest mechanik.

K.P.: W strefie serwisowej tak, ale nie ma go na trasie odcinka! Kiedy coś zaczyna szwankować, muszę dać sobie z tym radę. To wymaga posiadania w rajdowych samochodach kilku podstawowych narzędzi  – nigdy nie wiadomo, co się przyda. Sama umiejętność prowadzenia auta to za mało – trzeba jeszcze umieć diagnozować awarie i radzić sobie z nimi. Oczywiście mogę w takiej sytuacji skorzystać z opcji „telefon do przyjaciela”, czyli mechanika, który to i owo poradzi, ale niestety, nie jestem w stanie go teleportować.

Dlatego podczas przygotowań do startu spędzam całe godziny wraz z moimi mechanikami i uczę się tego skomplikowanego organizmu, jakim jest samochód. Chyba już nieźle go poznałam.

F&F: Czyli to nie jest tak, że jak ci coś „siądzie”, to już właściwie jest po zawodach?

K.P.: W rajdach płaskich przeważnie oznacza to koniec. Ale ja startuję głównie w rajdach terenowych, czyli cross-country, gdzie awaria nie przekreśla szansy na dobry wynik. Przy tak długich odcinkach można jeszcze nadrobić stracony czas. Ale taka naprawa to wielkie wyzwanie, na przykład samo koło waży 35 kilogramów. Trzeba szybko usunąć awarię, wrócić za kierownicę i jechać dalej.