Pewnie każdego dnia robimy przynajmniej kilka zdjęć, które następnie trafiają do albumu iPhone’a lub Google Photos i tak o nich pamięć zanika. Łatwiej mają te analogowe, które częściej o sobie przypominają, dopóki oczywiście nie skończą na dnia szafy. Te też częściej proszą się o jakąś celebrację, dzielenie wspomnieniami z innymi. Kombinację tych obu światów, można już sobie samodzielnie zbudować.
To zdecydowanie najdziwniejszy aparat jaki można sobie złożyć. Cyfrowy, a jednak trochę analogowy
Twórcą tego wynalazku jest holenderski inżynier prowadzący kanał na YouTube Strange Inventions, na którym dzieli się wynikami swoich niekonwencjonalnych pomysłów jak budowa największego na świecie Tamagotchi, czy rowerek – chyba wciąż – dziecięcy zasilany wkrętarkami. Ogólnie nie są to rzeczy, o których się myśli na co dzień. Tym razem skonstruował coś nazwanego przez niego cyfrową kliszą i wygląda to równie dziwnie jak brzmi.

Otóż cała sztuczka polega na tym, jak są “wywoływane” zdjęcia. Do tego potrzebna nie jest klisza ani nawet kasetka jak we współczesnych instaxach czy polaroidach, lecz specjalny rodzaj kartridża, którego wsadza się po prostu do wydrukowanego aparatu. Ach, bo to jest jeszcze jedna, ważna cecha tego wynalazku! Ów aparat tworzy się samodzielnie przy użyciu wytycznych zakupionych u twórcy.
Czytaj też: Takiego aparatu nie było w moim bingo na ten rok. Nie ma nawet ekranu
Korpus aparatu trzeba wydrukować w drukarce 3D, w której spoczywa moduł Raspberry Pi z komponentami aparatu o rozdzielczości 5 mpix, przy pomocy którego są robione zdjęcia. Te zaś są transferowane do wspomniany wkładów, które po naciśnięciu spustu migawki, charakterystycznie dla e-papieru zamrygają, aby po chwili wyłoniła się fotografia, zupełnie jakby to był aparat analogowy.

Zdjęcia te nie będą jednak wyglądały tak ostro jak na przykład w instaxie, gdyż mają ograniczenie do czterech kolorów: czarnego, białego, czerwonego i żółtego. W efekcie wychodzą niecodzienne grafiki o oryginalnym charakterze cyfrowej fotografii. To ograniczenie nie wynika jednak z braku możliwości samej konstrukcji, lecz z obranego kierunku artystycznego.
Sam aparat rejestruje zdjęcie w swoim ograniczonym przez matrycę kształcie, lecz w pełnej palecie kolorów. Dopiero po wykonaniu zaczyna działać algorytm urządzenia skalujący uchwycony obraz do ograniczonej ilości kolorów, dopasowując jednocześnie cienie, półtony i światłom żeby końcowy efekt był jak najbliższy rzeczywistości, ale właśnie z artystycznym szlifem.

Po wszystkim nie trzeba się w ogóle obawiać o dalszy los zdjęć. E-Papier ma to do siebie, że nawet po odcięciu zasilania, obraz pozostanie na swoim miejscu i tutaj chyba jest najważniejsza sztuczka tego aparatu. W specyficzny sposób łączy aparat cyfrowy ze światem analogowym. Oddając także w ręce osoby fotografującej decyzyjność w sprawie dalszego losu zachowanych zdjęć.
Cena i dostępność
Aparat jest niedostępny, dopóki się go samodzielnie nie wykona. Na stronie twórcy jest za 24 euro dostępna niezbędna dokumentacja do stworzenia takiego urządzenia. Sam autor wskazuje, że jest to projekt dla osób, które już miały okazję składać jakąś elektronikę. Nie trzeba być ekspertem, ale dobrze jest już mieć za sobą pierwsze próby lutowania poszczególnych elementów. Nie trzeba też się obawiać o pisanie własnego programu, ta część jest gotowa w ramach zakupu.
Inżynier opisał także wszystkie części potrzebne do złożenia aparatu w opisie produktu, żęby nie trzeba było niepotrzebnie wydawać pieniędzy bez wiedzy o koszcie ostatecznym. Ten zaś wynosi około 127 euro (plus 24 za instrukcję), w zależności od cen rynkowych komponentów w danym państwie. Co ciekawe, jak ktoś się zna na rzeczy, to właściwie wszystkie kluczowe elementy zostały wspomniane w opisie, więc jakby się uprzeć to można wszystko zrobić samodzielnie, ale chyba warto w tej cenie wesprzeć autora pomysłu.
Czytaj też: Nie musisz już marzyć, bo to stało się faktem. Co rozkoszny collab Polaroida i Pokemon
Ten gadżet bardzo zmusza do postawienia sobie pytania o nasze przyzwyczajenia i wartość zapisanych chwil. Osobiście z każdym rokiem coraz bardziej się przekonuję o istocie zdjęć analogowych. Każde z nich jest zrobione z pełną chęcią ich wykonania i świadomością, że nie ma powtórek. To do nich wracam i sprawiają mi najwięcej radości, zaś te cyfrowe? Są gdzieś tam w chmurze, tysiące na telefonie, a jeszcze z 500 GB na twardym dysku, który muszę posprzątać.
Źródło: yankodesign
