Jedna z jej stałych klientek pamięta taką scenę: Marzena w dziewiątym miesiącu ciąży wdrapuje się z walizką na szóste piętro, by zrobić jej paznokcie. „Miała już wtedy swój salon, ale nie zdążyłam pojechać tam w godzinach otwarcia. Przyjechała więc do mnie wieczorem” – wspomina. Dwa czy trzy tygodnie później, w piątek, Marzena malowała paznokcie na planie reklamy Avon. Po sesji pojechała do szpitala. W niedzielę urodziła córkę. W czwartek była już z powrotem w salonie.

To był 2006 rok. Dziś pytana o sposoby na sukces mówi między innymi, że trzeba w ciągu dnia znaleźć czas dla siebie. Ile tego czasu? „Trzydzieści minut”.  Marzena Kanclerska-Gryz jest morderczo pracowita. Ale to nie tylko pracowitość sprawiła, że osiągnęła to, co osiągnęła.

Wiedza to potęga - Wcześniej nie było w Polsce nikogo, kto łączyłby malowanie paznokci z modą.

O paznokcie dbała już jako nastolatka. Wychowała się na warszawskim Grochowie, tam chodziła do liceum i tam miała zaprzyjaźnioną manikiurzystkę. „Któregoś dnia przyszłam do niej, a ona była zajęta. Usiadłam więc obok i przyglądając się, jak pracuje, sama spiłowałam i pomalowałam sobie paznokcie” – opowiada. Wyszło na tyle dobrze, że postanowiła pójść na szkolenie. Wcześniej, planując przyszłość, myślała o turystyce. Chciała zwiedzać świat, poznawać ludzi. Zanim skończyła kurs, ćwiczyła na mamie, koleżankach, koleżankach mamy. Czytała branżowe gazety. Wkrótce wynajęła pokój w salonie kosmetycznym na Grochowie, potem na Saskiej Kępie. „Miałam lepsze warunki pracy, ale doszły też zobowiązania – musiałam płacić czynsz, kupić sprzęt” – opowiada. „Pamiętam, że właścicielka któregoś z tych salonów dziwiła się, że ja, taka młoda, przychodzę codziennie do pracy. Tłumaczyłam jej, że zależy mi na pracy, chcę pozyskiwać klientki”. Już wtedy wiedziała, że dbanie o klientki procentuje – gdy zmieniała miejsca, one jeździły w ślad za nią.

Gdy pracowała w hotelu Solec, ktoś ją polecił dziennikarce magazynu „Cosmopolitan”. Ta – koleżankom. Od słowa do słowa zaczęła co środa przyjeżdżać do redakcji. „Tak było dla wszystkich wygodniej. Gabinet naczelnej zamieniał się na cały dzień w gabinet kosmetyczny i Marzena nam wszystkim robiła paznokcie” – wspomina Marta Rudowicz, dziś szefowa działu urody w „Elle”, wtedy dziennikarka „Cosmo”. „Nie tylko robiła to bardzo dobrze, ale też opowiadała ciekawe rzeczy. Gdy więc potrzebny był ekspert do tekstu o paznokciach, właśnie ją prosiłam o wypowiedź”.

To był pierwszy ważny przełom – Marzena zaistniała jako ekspertka i zaczęła funkcjonować w środowisku medialnym. A to zaowocowało współpracą przy sesjach fotograficznych – prasowych i reklamowych. „Nie stałoby się tak, gdyby była po prostu manikiurzystką, nawet bardzo dobrą” – twierdzi Marta Rudowicz. „Ją wyróżniała wiedza, nie tylko o pielęgnacji, ale też o trendach. Wcześniej nie było w Polsce nikogo, kto łączyłby malowanie paznokci z modą”.

Alicja Kowalska, przez wiele lat stylistka, dziś dyrektor kreatywna Tatuum, na swoim blogu opisuje, jak wygląda współpraca z Marzeną podczas sesji zdjęciowych: „Zawsze zaskakiwało mnie, jakie kolory lakieru wybiera dla moich modelek. Jeszcze bardziej dziwiło, że te lakiery podkreślają urodę przygotowanych przeze mnie stylizacji, wzbogacając je lub nadając im nowe, nieoczekiwane znaczenie. Praca przy sesji to praca zespołowa. Wszyscy: fotograf, stylista, makijażysta, fryzjer, wreszcie manikiurzysta – muszą się zgrać. Idealnie jest, gdy mogą się wzajemnie inspirować. Taką inspirującą postacią zawsze była dla mnie Marzena”.

Sama Kanclerska pytana, jak na to wpadła, wzrusza ramionami: „To jest oczywiste. Gdy zaczęłam poznawać to środowisko, chciałam wiedzieć jak najwięcej. Śledziłam więc zagraniczne pokazy, informacje ze świata. Wiedza jest moją potęgą”.

Po redakcjach jeździła jeszcze kilka lat. Ekipa „Cosmo” przeniosła się do „Glamour”, miała więc coraz więcej kontaktów. Pierwszy salon otworzyła w marcu 2006 roku, gdy była w ciąży.

 

Warto rozmawiać - Nie plotkuje, ale potrafi zrobić z informacji użytek.

Opowiada klientka: „Byłam u niej pierwszy albo drugi raz, jeszcze mnie nie znała. Czekałam na swoją kolej, gdy pojawiła się gwiazda z pierwszych stron gazet. Być może gdzie indziej wypadłabym z kolejki. Tu jednak poczekać musiała gwiazda”. W salonach Marzeny Kanclerskiej maluje paznokcie wiele celebrytek. Gdy do Polski przyjeżdżają artystki z zagranicy, zwykle to właśnie Marzena robi im sceniczny manikiur. Nie lubi jednak, gdy mówi się o niej „manikiurzystka gwiazd”. Mogłaby pewnie wzorem stylistów fryzur zbudować markę na sławnych klientkach i do nich dostosować ceny, ale ona stawia na „zwykłe” kobiety. Tzw. komplet, czyli manikiur i pedikiur, kosztuje u niej 200 zł – to normalna warszawska stawka. Odbiera telefony od klientek o każdej porze i gdy któraś może przyjechać dopiero po dwudziestej, czeka na nią. „Z gwiazd bym nie wyżyła” – śmieje się, a poważniej dodaje: „Szanuję wszystkie klientki i wiem, że jeśli miałyby czekać na wizytę miesiąc, to po prostu poszłyby gdzie indziej”.

Dba, żeby kobiety dobrze czuły się w jej salonach. I te znane, i nieznane. Gdy na którąś ze znanych polują paparazzi, potrafi wezwać męża i kierowcę, żeby zastawili samochodami ulicę – tak, by gwiazda mogła bezpiecznie odjechać. Swoje humory zostawia w domu. Owszem, jeśli któraś z pracownic ją zdenerwuje, potrafi ją zrugać, nie odrywając wzroku od paznokci, ale niedługo potem znów z nią żartuje. „Jestem wybuchowa, ale pogodna” – mówi o sobie. Szybko zapamiętuje klientki, umie z nimi rozmawiać. Nawet z introwertyczkami, które w czasie pedikiuru czytają książkę. Nie plotkuje, ale umie zrobić z informacji użytek. Gdy w lecie zeszłego roku jedna z klientek powiedziała jej, że szuka kogoś do pracy, przypomniała sobie, że inna akurat pracy szuka. Podała telefon i dziś dziewczyny pracują razem. „Sama też z tego korzystam. O miejscach, gdzie są teraz dwa moje salony, dowiedziałam się od klientki, która prowadzi agencję nieruchomości” – mówi.

Silny charakter - Z pasją nie ma co walczyć,bo można tylko przegrać

W otwarciu pierwszego salonu na warszawskim osiedlu Eko Park finansowo pomógł jej mąż – wtedy współwłaściciel stolarni i sklepów ze sprzętem AGD. Poznali się w 2003 roku. Robert Gryz wspomina: „Byłem niezależnym handlowcem, wstawałem o dwunastej w południe i dopiero potem pracowałem. Ona od rana do późnego wieczoru jeździła do klientek, na sesje, do gabinetu. Była niesamowicie zmotywowana do pracy”.

Pobrali się trzy lata później, na świecie była już ich córka Sonia. Mieszkali blisko salonu, więc dziadkowie albo niania podrzucali małą na czas karmienia. „Nawet nie próbowałem sprzeciwiać się jej powrotowi do pracy kilka dni po porodzie. Z pasją nie ma co walczyć, bo można tylko przegrać” – mówi Robert. Pozostało mu wspieranie żony w rozwoju firmy. A ta rozwijała się błyskawicznie. Klientek przybywało, Marzena zaczęła zatrudniać manikiurzystki i myśleć o nowym lokalu. Gdy zobaczyła nieduży dom z ogrodem na Mokotowie, wiedziała, że to jest jej miejsce. Znów pomógł mąż, on też zajął się remontem i urządzeniem salonu. „Wtedy jeszcze moja firma prosperowała lepiej niż Marzeny. Przy trzecim salonie – na Saskiej Kępie – wycofałem się z innych interesów i skupiłem na Nail Spa” – opowiada Robert. Marzena podkreśla, że bez niego tak szybki rozwój firmy nie byłby możliwy. „Zatrudniamy już 36 osób. On dba o kwestie techniczne i administracyjne. Organizuje remont nowego salonu, nadzoruje księgowość, układa grafiki” – wylicza.

W tym roku wpisał w jej grafiku dwa wolne dni w tygodniu – poniedziałki i środy. W jeden z tych dni spotkałam się z nią na wywiad. W biurze na Saskiej Kępie, o dziewiętnastej – wcześniej nie miała czasu. Bo szkolenia, spotkania, jakieś rozmowy. Zastanawiam się, czy na tym zabieganiu nie cierpi życie rodzinne. Obydwoje – Marzena i Robert – przyznają, że dom jest podporządkowany pracy. Siedmioletnia Sonia może nawet chodzić spać dopiero przed północą, bo oni wracają do domu zwykle po dwudziestej, a chcą spędzić z córką chociaż parę godzin. W niedziele przeważnie chodzą razem na obiad do restauracji. „Wtedy muszę zabierać żonie telefon, bo inaczej co pięć minut sprawdza wiadomości” – śmieje się Robert. Próbował wyprowadzić pracę z domu, np. ucinać rozmowy o pracownikach albo kolorze kafli w nowym salonie przy kolacji, ale okazało się to niemożliwe. „Praca jest pasją Marzeny, tego nie da się rozdzielić” – tłumaczy. „A ja to doceniam, bo wiem, że gdybym jej nie poznał, nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Ona dała mi napęd”. Marzena dodaje: „Często kłócimy się, bo obydwoje mamy silne charaktery, ale wizję mamy wspólną”.

 

Trema codzienna - Nic nie jest dane raz na zawsze i na swoją pozycję trzeba pracować każdego dnia

Essie Weingarten, dziewczyna ze skromnej rodziny w nowojorskiej dzielnicy Queens, zaczynała karierę od bycia ekspedientką. Jej szefowa, widząc zapał, z jakim podchodzi do klientów, mówiła, że z pewnością będzie kiedyś miała własny biznes. W 1981 roku wymyśliła 12 kolorów lakierów do paznokci, jakich nikt wówczas nie używał. I nikt w Nowym Jorku nie chciał ich od niej kupić. Pojechała więc do Las Vegas – tamtejsze gabinety kosmetyczne okazały się odważniejsze. Wieść o nowych kolorach rozniosła się lotem błyskawicy, po roku jej kolory nosił już cały Nowy Jork. Teraz używają ich kobiety w 101 krajach, wśród sławnych klientek są brytyjska królowa Elżbieta II i Kate Middleton. Kilka lat temu Weingarten sprzedała swoją markę koncernowi L’Oreal, ale pozostała dyrektor kreatywną. W jednym z wywiadów tak opowiadała o tym, jak pracuje: „Lubię wiedzieć wszystko i wszystkim się zajmować. Nie jestem dobra w delegowaniu obowiązków. Kiedy kogoś o coś proszę, to tylko dlatego, że sama nie mam jak tego zrobić. Jestem surowa wobec osób, które zawodzą moje nadzieje. Daję pracownikom trzy szanse, a potem nie ma przebacz. Od razu widzę, jaki kto jest”.

Podobne zdania usłyszałam od Marzeny Kanclerskiej. „Marzena według mnie jest polską Essie” – mówi Marta Rudowicz. „Nie wymyśliła nowych kolorów, bo gdy zaczynała pracę, one już były dostępne. Ale to ona wylansowała modę na inne kolory niż klasyczna czerwień, na krótkie paznokcie, ona zniechęciła klientki do tipsów. Zawsze była pierwsza” – wylicza. Gdy w czerwcu zeszłego roku Essie wprowadzała swoje lakiery do Polski, ambasadorką marki została właśnie Kanclerska.

„Nie spałam pół nocy przed spotkaniem z Weingarten” – przyznaje Marzena. „Denerwowałam się, o czym będę z nią rozmawiać, nie wiedziałam nawet, jak pomaluję paznokcie” – uśmiecha się. Paznokcie pomalowały jej dziewczyny w salonie – na pomarańczowo, bo taki kolor pasował do stroju, ale musiała jeszcze pomalować Essie. Wybrała szarofioletowy, bo dobrze wyglądał na tle jej białego kostiumu. „Rozmowa była świetna. Połączyła nas pasja do kolorów” – mówi.

Dziwi mnie w tej historii, że jednak denerwowała się przed spotkaniem. Ona – taka przebojowa i pewna siebie. „Oczywiście, że miałam tremę. Tak jak kilkanaście lat temu miałam tremę przed spotkaniem z pierwszą sławną klientką, kilka lat temu przed międzynarodową gwiazdą, a codziennie przed każdą nową klientką. Bo zawsze może coś się nie udać, mój sposób pracy może nie przypaść komuś do gustu” – tłumaczy. Marzena, choć do tej pory odnosi sukces za sukcesem, uważa, że nic nie jest dane raz na zawsze i na swoją pozycję trzeba pracować każdego dnia. Docenia to, co dostała od innych. Wsparcie, które dała jej mama. Wiedzę, którą dostała od swojej pierwszej manikiurzystki Izy Matejko. Promocję, którą zawdzięcza spotkanym prawie 15 lat temu dziennikarkom. Pamięta, że fotografka Beata Wielgosz pierwsza zaprosiła ją do pracy przy sesji. A konflikty? Były, oczywiście. Nie z każdym rozstawała się w zgodzie, ale nie chce o tym opowiadać. „Nie można palić mostów. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach spotkamy się w przyszłości” – podkreśla. Ta pokora, pewnie na równi z determinacją, jest ważną składową jej sukcesu. I w ogóle nie wyklucza apetytu na więcej.

 

London calling - Marzy o nieosiągalnych rzeczach, ale jednocześnie twardo stąpa po ziemi

Na półkach w jednym tylko salonie Nail Spa stoi 640 lakierów do paznokci, każdy w innym kolorze. „I ciągle mi mało. Najchętniej wymyśliłabym jakieś własne. Marzę, by kiedyś zrobić kolekcję dla Essi” – zdradza.

„Marzena ma taką cechę, że marzy o – wydawałoby się – nieosiągalnych rzeczach, ale jednocześnie twardo stąpa po ziemi. W rezultacie konsekwentnie te marzenia realizuje” – zauważa Marta Rudowicz. Kanclerska dodaje: „Nie interesuje mnie robienie rzeczy przeciętnych. Chcę być we wszystkim najlepsza”. W ubiegłym roku sprowadziła do Polski wymyślone w Los Angeles biżuteryjne naklejki na paznokcie – Minx Nails i została jednym z kilku na świecie szkoleniowców tej techniki. Prowadzi kursy dla manikiurzystek w kilku miastach w Polsce, rozmawia o franczyzie – chce, by jej marka pojawiła się wkrótce w Poznaniu i Katowicach. Kilka miesięcy temu założyła blog, gdzie codziennie wrzuca informacje o nowych kolorach, zdjęcia swoich inspiracji, opowiada o nowościach na rynku.

Słucham tego i wydaje mi się, że to bardzo dużo nawet dla kogoś pracowitego. Muszą być jakieś koszty. „Są” – przyznaje Marzena. „Nie podróżuję, chociaż bardzo bym chciała. Na razie starcza mi czasu na tygodniowy urlop raz w roku. W lecie udaje mi się czasem spędzić kilka weekendów na Helu. No i mam kłopoty z kręgosłupem. Lekarz zagroził mi operacją, po której przez dziewięć miesięcy byłabym wyłączona z życia. Wzięłam się więc za siebie i dwa razy w tygodniu chodzę na rehabilitację. Nie zabieram tam nawet telefonu”.

Ale na razie nie zamierza się zatrzymywać. Chce otworzyć jeszcze trzy salony w Warszawie, a potem... Londyn. Jej mąż już intensywnie szlifuje angielski, ona nawiązuje międzynarodowe kontakty. „Daję sobie na to cztery lata. Po czterdziestce może trochę zwolnię. Chociaż na razie im więcej się dzieje, tym bardziej jestem nakręcona” – mówi. Essie Weingarten powiedziała kiedyś w wywiadzie: „Kiedy kobieta zdecyduje się trwać w biznesie, jest zwykle tak uparta i zdolna, że dochodzi wysoko”.