Moment w dziejach, od którego naszego zwierzęcego przodka można nazwać człowiekiem, antropolodzy widzą różnie. Pojęcie „człowiek” może bowiem odnosić się zarówno do rodzaju ludzkiego, jak i gatunku ludzkiego. Dlatego dla jednych człowiekiem był już Homo habilis czy Homo erectus sprzed 2 mln lat, dla innych – archaiczny Homo sapiens (w tym neandertalczyk). Jeszcze inni uważają, że nasza „pramatka” Ewa pojawiła się zaledwie 200 tys. lat temu, co oznacza, że za człowieka uważają dopiero przedstawiciela populacji tzw. anatomicznie nowoczesnego Homo sapiens. Jak to więc jest? Czy z punktu widzenia biologii można ustalić jakąś granicę – uznać którąś z form kopalnych za człowieka, a poprzedniej odmówić tej pozycji?

DROGA DO AFRYKI


Jeśli nie liczyć szkieletu Homo diluvii testis – „człowieka – świadka potopu” z początku XVIII w., który okazał się szczątkami kopalnej salamandry (!), pierwszym rozpoznanym znaleziskiem był neandertalczyk. Wówczas jednak (połowa XIX w.), w dobie kreacjonizmu, gatunki uważano za stałe i niezmienne, co oznaczało, że człowiek nie mógł posiadać przodków innych niż swego własnego gatunku.

Na przełomie XIX i XX w. w centrum zainteresowania badaczy ewolucji człowieka znalazły się stanowiska w Azji. W 1891 r. w Trinil na Jawie Eugene Dubois znalazł „pitekantropa”. Od tego czasu przez co najmniej trzy dziesięciolecia uważano, że kolebką ludzkości był ten kontynent. Uczonym w Europie łatwiej wówczas było pogodzić się z myślą, że biały człowiek wywodzi się z Azji, a nie Afryki.

Na początku XX w. czołowy brytyjski antropolog sir Arthur Keith głosił, że droga do człowieczeństwa rozpoczęła się od wzrostu wielkości mózgu. Wydawało się, że potwierdzeniem tej tezy było znalezisko z 1912 r. z Piltdown w Anglii. „Odkryty” tam Eoanthropus („człowiek jutrzenki”) był połączeniem dużej, ludzkiej w swym kształcie mózgoczaszki z małpią żuchwą. Dopiero 40 lat później wykazano, że znalezisko to było fałszerstwem.

Od lat 20. ubiegłego wieku zainteresowanie antropologów zaczęło zwracać się ku Afryce. W 1924 r. na południu tego kontynentu znaleziono pierwszego australopiteka – „dziecko z Taung”. Jego odkrywca Raymond Dart rozpoznał w nim nowy typ kopalnej istoty człowiekowatej i nazwał Australopithecus africanus. Dowodził, że mały mózg (średnio 500 cm3) nie dyskwalifikował tej formy jako przedstawiciela rodziny człowiekowatych i że droga do człowieczeństwa rozpoczęła się od ciała (dwunożności), a nie od umysłu. Dzisiaj wiemy, że tak jak spośród form żyjących człowiek najbliżej spokrewniony jest z szympansem (podobieństwo naszych genomów sięga 98 proc.), tak spośród form kopalnych – właśnie z australopitekami.

HABILIS: a jednak nie człowiek?

 
Przed z górą 40 laty za najwcześniejszy gatunek naszego rodzaju uznano człowieka zręcznego (Homo habilis). Pojawił się on w Afryce, występował od ok. 2,5 do 1,5 mln lat temu i miał reprezentować stadium wyjściowe trendów, charakteryzujących linię ewolucyjną człowieka: powiększanie się mózgu, zmniejszanie się uzębienia i zmiany proporcji twarzy. Ale miał mózg tylko niewiele większy od mózgu australopiteków (średnio 600 cm3), a – jak się później okazało – pod względem proporcji ciała był od nich nieodróżnialny (jego relatywnie długie kości kończyny górnej sugerują adaptację do wspinania się na drzewa). Ostatnio pojawiły się sugestie, że Homo habilis – jako Homopodobny australopitek – powinien zostać z naszego rodzaju wyłączony

ERECTUS: pierwszy emigrant


Niecałe 2 mln lat temu pojawił się gatunek nazwany początkowo pitekantropem, a potem Homo erectus (w dosłownym tłumaczeniu – człowiek wyprostowany, choć wyprostowane były też i wcześniejsze istoty człowiekowate), uważany za pierwszego hominida, który opuścił Afrykę i zasiedlił inne kontynenty – Azję i Europę. Pierwsze znaleziska pochodzą z Azji, ale najbogatszym źródłem materiałów kopalnych okazały się stanowiska afrykańskie. Homo erectus różnił się od Homo habilis cechami, z których wiele charakteryzuje również Homo sapiens: dużymi rozmiarami mózgu (średnio 1000 cm3); małym tylnym uzębieniem; budową nosa (po raz pierwszy w ewolucji jego profil staje się podobny do naszego – wypukły, a nie wklęsły jak u małp); proporcjami kończyn (skrócone ręce) i istotnym powiększeniem rozmiarów ciała. Homo erectus był zbieraczem, padlinożercą, ale również łowcą, wytwarzającym narzędzia kamienne (tzw. kultury aszelskiej) i umiejącym posługiwać się ogniem. Ta umiejętność niewątpliwie pomogła mu przesunąć zasięg występowania do stref chłodniejszego klimatu.

NEANDERTALCZYK: swój czy obcy?


Homo erectus był przodkiem tzw. człowieka archaicznego, ale pomiędzy tymi populacjami trudno wyznaczyć granice i czasowe, i przestrzenne. Formy z późnego środkowego plejstocenu mają zarówno cechy „pitekantropa” (np. duże wały nadoczodołowe i niskie czoła), jak i nowoczesnego człowieka (np. powiększona pojemność puszki mózgowej). Najpóźniejszym reprezentantem archaicznego człowieka jest neandertalczyk. Występował on pod koniec okresu lodowcowego (od ok. 150 do 30 tys. lat temu) i znany jest przede wszystkim z terenów Europy i Bliskiego Wschodu. Liczne znaleziska pozwoliły naukowcom dokładnie poznać neandertalczyka, ale też wokół tego sztandarowego „jaskiniowca” narosło wiele mitów i kontrowersji.

Jak wyglądał?

 


Na początku ubiegłego wieku panowało przekonanie, że był prymitywnym, nieinteligentnym małpoludem, chodzącym z ugiętymi kolanami i pochylonym ku przodowi tułowiem. Ten funkcjonujący zresztą w świadomości przeciętnego człowieka do dziś stereotyp utrwalił się m.in. dzięki słynnej rekonstrukcji szkieletu z La Chapelle we Francji z 1909 r. Szkielet ten niestety miał wiele cech patologicznych. Dopiero w latach 50. neandertalczyka zrekonstruowano na nowo; wtedy też z „małpoluda” awansował do pozycji człowieka. Jego wygląd określa pewna kombinacja cech: duża (średnio większa niż u człowieka współczesnego!) pojemność czaszki, wały nadoczodołowe, pochylone czoło; żuchwa pozbawiona typowej dla nowoczesnego człowieka kostnej bródki, duży i wydatny nos, dość niski wzrost (średnio 160 cm) i krępa budowa ciała. Choć w tłumie Polaków neandertalczyk pewnie by się wyróżniał, na dużym międzynarodowym lotnisku we Frankfurcie (i w kapeluszu) – już niekoniecznie.

Jak się zachowywał?


Bardzo podobnie do współczesnego mu Homo sapiens. Neandertalczycy byli łowcami i zbieraczami, produkującymi narzędzia kamienne i kościane (tzw. kultury mustierskiej), choć umiejętność strzelania z łuku czy miotania oszczepem nie była im znana. Zamieszkiwali zarówno jaskinie, nisze pod nawisami skalnymi, jak i otwarte tereny. Nosili okrycia ze skór, rozpalali i podtrzymywali ogniska, polowali na dużą zwierzynę (mamuty, nosorożce włochate, renifery). Mieli zwyczaj grzebania zmarłych (znaleziono ponad 50 intencjonalnych pochówków, w tym z darami grobowymi), co świadczy o posiadaniu systemu wierzeń. Są też dowody, że neandertalczycy uprawiali sztukę – to przedmioty o wyłącznie symbolicznym znaczeniu, jak przedziurawione zęby zwierząt, które mogły służyć jako amulety czy naszyjniki. Opiekowali się poważnie poszkodowanymi współplemieńcami – jeden ze szkieletów z Shanidar w Iraku, należący do mężczyzny w wieku ok. 40 lat, ma wiele śladów poważnych ran, które wygoiły się za jego życia. Być może nawet znali się na chirurgii – sądzi się, że wspominany osobnik miał amputowaną rękę.

Czy umiał mówić?


Choć krtań neandertalczyka mogła być położona nieco wyżej niż u nowoczesnego człowieka (co utrudniałoby artykulację dźwięków), ośrodki mowy w mózgu były wykształcone jak u nas. Również budowa kości gnykowej sugeruje „nowoczesny” typ budowy krtani. Wytwory kultury i zachowania neandertalczyków zdecydowanie świadczą o konieczności precyzyjnego porozumiewania się. Ostatnio argumentów na temat umiejętności mowy dostarczyły także badania DNA wyizolowanego z kości neandertalczyków. W 2007 roku doniesiono o odkryciu genu zbliżonego do ludzkiego FoxP2, który do tej pory jako jedyny został powiązany z umiejętnością mowy.

Czy krzyżował się z nami?


Neandertalczyk albo jest włączany do naszego gatunku jako kopalny podgatunek (Homo sapiens neanderthalensis), albo uważany jest za odrębny gatunek (Homo neanderthalensis) – boczną linię ewolucyjną, która wymarła bezpotomnie. Zwolennicy odrębności uważają, że nie krzyżował się z Homo sapiens – miał zniknąć dość nagle z kopalnego zapisu Europy, kiedy pojawił się nowoczesny człowiek (kromaniończyk). Ale czy było tak faktycznie? Neandertalczycy zamieszkiwali Europę jeszcze niecałe 30 tys. lat temu. Ich późne populacje, np. ze stanowisk Vindija w Chorwacji czy Saint-Césaire we Francji, charakteryzują się bardziej „nowoczesną” morfologią. Natomiast wczesne populacje nowoczesnego człowieka (np. z Předmosti na Morawach) mają pewne cechy archaiczne. Może więc dokonywał się przepływ genów między populacjami? Krzyżowanie się małej populacji neandertalskiej z dużą napływową mogło doprowadzić do „rozmycia się” jej charakterystycznych cech. Potwierdzeniem tego przypuszczenia są szczątki kostne trzech osobników sprzed 35 tys. lat o pośrednich cechach z Oase w Rumunii oraz odkryty w Portugalii szkielet intencjonalnie pochowanego czterolatka sprzed 25 tys. lat. Dziecko to żyło kilka tysięcy lat po wyginięciu neandertalczyków, a tymczasem jego cechy anatomiczne były mieszanką cech nowoczesnych i neandertalskich. Jeśli do wymiany genów dochodziło, neandertalczyków i ludzi nowoczesnych należy zaliczyć do tego samego gatunku – Homo sapiens. Analizy genetyczne nie są jednak na tym etapie badań rozstrzygające.

HOBBIT: mała wielka zagadka


W październiku 2004 roku w prestiżowym tygodniku „Nature” ukazała się sensacyjna wiadomość o znalezieniu w Indonezji, na wyspie Flores (niedaleko Jawy), nowego gatunku człowieka – Homo floresiensis. Szczątki kostne pochodziły z warstw datowanych na zaledwie 18 tys. lat. Oznacza to, że osobnik ten współwystępował z Homo sapiens, ale miał mózg wielkości mózgu szympansa (ok. 400 cm3) i niewiele ponad metr wzrostu (stąd nieoficjalna nazwa „hobbit”). Odkrywcy uznali, że jakaś populacja ludzka z Flores (jak sugerowano – potomkowie azjatyckiego Homo erectus) „cofnęła się” morfologicznie do poziomu wczesnych australopiteków sprzed ok. 3 mln lat. Niewielkie rozmiary ciała hominida miałyby potwierdzać teorię „karłowatości wyspowej”, bowiem wiele dużych ssaków żyjących na izolowanych lądach ulega miniaturyzacji. Potwierdzeniem tej tezy miał być też znaleziony ząb karłowatego gatunku stegodona, prymitywnego słonia, uważanego za obiekt polowań hobbita (późniejsze badania wskazywały, że stegodon żył znacznie wcześniej niż domniemani łowcy). Jednak od samego początku uznanie człowieka z Flores za nowy gatunek wydawało się co najmniej przedwczesne. Karłowatość nowo odkrytej istoty nie jest tak szokująca, gdy stwierdzimy, że do dziś na wyspie tej żyje pigmoidalna populacja Rampasasa, w której średni wzrost wynosi 146 cm. Niektórzy antropolodzy ponadto twierdzą, że osobnik z Flores jest patologicznym okazem naszego gatunku z wyraźnymi objawami mikrocefalii i niedoborem insulinopodobnego czynnika wzrostu (IGF), a nie nowym gatunkiem. Robert Martin z uniwersytetu w Chicago, jeden z przeciwników uznawania hobbita za odrębny gatunek, twierdzi, że powoływanie się na ewolucyjną „miniaturyzację” jest w tym przypadku błędne, a przynajmniej nie znajduje analogii wśród innych ssaków. Zmniejszanie rozmiarów ciała zawsze postępuje szybciej niż redukcja mózgu. Aby z mózgu Homo erectus mógł powstać mózg wielkości takiej jak u hobbita, jego ciało musiałoby zredukować masę do co najwyżej kilku kilogramów, podczas gdy oszacowana przez specjalistów masa ciała hobbita wynosiła 30 kg. Co więcej, według archeologów, znalezione w warstwie narzędzia są zbyt skomplikowane, by mógł je wytwarzać osobnik o mózgu wielkości szympansa. Karłowaty człowiek polujący na karłowatego słonia to brzmi bardzo atrakcyjnie, ale na razie nie wiemy, czy tak było rzeczywiście.

CZŁOWIEK ZJEDNOCZONY

 


Według Milforda Wolpoffa, w wersji minimalistycznej, w obrębie rodzaju Homo uzasadnione jest wyodrębnienie jedynie dwóch gatunków: australopitekoidalnego Homo habilis i właściwego człowieka – Homo sapiens (w okresie 1,8–1,5 mln lat występują one w tym samym czasie i na tych samych terenach). Począwszy od oddzielenia się formy erectus, ewolucja człowieka miała już przebieg jednotorowy i w każdym momencie człowiekowate reprezentował tylko jeden gatunek (H. erectus byłby więc tylko częścią H. sapiens). Inni antropolodzy sugerują wielotorowość ewolucji, i to nie tylko na poziomie Homo habilis (z podziałem na H. habilis i H. rudolfensis) czy Homo erectus (dzieląc go na H. erectus, H. ergaster i H. georgicus), ale również na poziomie Homo sapiens (wyodrębniając H. antecessor, H. heidelbergensis, H. neanderthalensis czy, ostatnio, H. floresiensis). Nie wyjaśniają jednak, co mogło powodować tak częste powstawanie nowych gatunków. Zapewne po części stan ten wynika z niedoceniania zjawiska zmienności wewnątrzgatunkowej, a po części z chęci uzyskania rozgłosu w mediach – znacznie lepiej „sprzedaje się” nowy gatunek niż kolejny osobnik znanego wcześniej gatunku. Zmienność morfologiczna form w linii erectus–sapiens jest duża, ale zmiany te mogły być wyrazem adaptacji w obrębie poszczególnych populacji i nie musiały prowadzić do zerwania ciągłości genetycznej gatunku. Jeśli więc przyjmiemy, że Homo sapiens jest tylko kontynuacją populacji Homo erectus, to powstanie rodzaju ludzkiego było jednocześnie powstaniem gatunku ludzkiego.

Katarzyna A. Kaszycka

Instytut Antropologii, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, Poznań