Kiedy czytam o wpływie korzystania z telefonu na nasz organizm, często zauważam prostą narrację – im mniej czasu przed ekranem, tym lepiej. Smartfony miały odpowiadać za problemy ze snem, media społecznościowe za pogarszające się samopoczucie psychiczne, a krótkie filmiki za coraz większe trudności z koncentracją. Nic więc dziwnego, że dziś ogromną popularnością cieszą się urządzenia, które wręcz reklamują się jako sposób na ograniczenie kontaktu z ekranami. Wystarczy spojrzeć na sukces minimalistycznych opasek fitness czy inteligentnych pierścieni, które monitorują zdrowie bez bombardowania użytkownika powiadomieniami. Tylko czy aby na pewno jest to aż takie proste?
Owszem, ciężko odmówić prawdzie tym twierdzeniom, zwłaszcza gdy są one poparte wieloletnimi badaniami. Jednak dobrze też wiemy, że na tym etapie raczej nikt z nas nie jest w stanie całkowicie wyeliminować z życia smartfona czy social mediów. Czy więc zostaje nam liczenie minut spędzonych przed ekranem albo instalowanie kolejnych aplikacji, które odetną nam dostęp do TikToka? Myślę, że warto najpierw trochę zagłębić się w temat, bo jak się okazuje, sam czas korzystania z technologii mówi o naszym dobrostanie znacznie mniej, niż większości z nas się wydaje.
Liczenie godzin niewiele mówi
Naukowcy z Penn State przekonują, że cała debata o czasie przed ekranem może być prowadzona w niewłaściwy sposób. Zamiast obsesyjnie liczyć minuty spędzone przy smartfonie czy komputerze, powinniśmy zacząć zwracać uwagę na znacznie ważniejsze kwestie, o których często zapominamy, a które w sumie dotyczą wielu aspektów naszego życia. Nie zawsze liczy się ilość, tylko jakość. Godzina spędzona przed ekranem nie zawsze oznacza to samo. W ciągu kilku minut możemy znaleźć rozwiązanie problemu, nauczyć się nowej umiejętności, porozmawiać z bliską osobą mieszkającą setki kilometrów dalej albo znaleźć społeczność ludzi, którzy przechodzą przez podobne doświadczenia.
Z drugiej strony dokładnie tyle samo czasu można spędzić na bezmyślnym przewijaniu treści, które nie dają nic poza chwilowym zastrzykiem dopaminy i poczuciem zmarnowanego wieczoru. To właśnie dlatego naukowcy przekonują, że pytanie „ile czasu spędzasz przed ekranem?” jest zbyt uproszczone. Znacznie ważniejsze jest pytanie: „co właściwie robisz w tym czasie?”.
Czytaj też: Od szafotu do TikToka. Dlaczego tak łatwo wpadamy w pętle doomscrollingu?
Skoro pracuję przy komputerze, ciężko nazwać to bezproduktywnym czasem, prawda? Podobnie kiedy rozmawiam z przyjaciółmi, czytam e-booka albo robię zadania w aplikacji językowej. Jeśli wejdę w sekcję Higiena cyfrowa na swoim telefonie, zobaczę tam tylko godziny spędzone przed ekranem i one będą mnie straszyć. Dlatego najważniejsze, by przestać oceniać wpływ technologii wyłącznie na podstawie liczby godzin widocznej w raporcie smartfona, bo nie tędy droga.
Pięć pytań, które warto sobie zadać
Badacze proponują spojrzeć na korzystanie z technologii przez pryzmat pięciu kluczowych elementów. Pierwszym jest oczywiście czas trwania, ale nie w kontekście porównywania się do innych użytkowników. Ważniejsze jest obserwowanie własnych nawyków. Jeśli nagle okazuje się, że spędzamy przed ekranem znacznie więcej czasu niż zwykle, warto zastanowić się, skąd bierze się ta zmiana.
Równie istotna jest pora dnia. Korzystanie z telefonu podczas przerwy w pracy nie niesie takich samych konsekwencji jak przeglądanie mediów społecznościowych o trzeciej nad ranem, kiedy organizm powinien odpoczywać. Ekrany zaczynają stawać się problemem wtedy, gdy wypierają sen, aktywność fizyczną lub kontakty z innymi ludźmi. Naukowcy zwracają też uwagę na cel korzystania z technologii. Czy świadomie szukamy informacji, oglądamy film lub rozmawiamy ze znajomymi? A może sięgamy po telefon wyłącznie po to, by uciec od nudy, stresu albo trudnych emocji? To subtelna, ale bardzo ważna różnica.

Nie bez znaczenia pozostaje również poziom interaktywności. Tworzenie treści, granie ze znajomymi czy udział w internetowych społecznościach angażuje nas zupełnie inaczej niż bierne konsumowanie kolejnych materiałów podsuwanych przez algorytmy w ramach niekończącego się srollowania. Według badaczy aktywne korzystanie z technologii często przynosi więcej korzyści niż szkód.
Dlaczego krótkie filmiki budzą tyle obaw?
Skoro już wspomniałam o tym niekończącym się scrollowania, nierozerwalnie związanym z krótkimi filmikami, warto też nad tym się pochylić. Badanie zwraca bowiem uwagę na strukturę konsumowanych treści, zwłaszcza w kontekście krótkich materiałów wideo. Tu też problem nie polega jedynie na tym, że je oglądamy, tylko na sposobie, w jaki oddziałują one na naszą uwagę. Mózg musi nieustannie przetwarzać nowe informacje, błyskawicznie przełączać się między tematami i budować sens z materiałów, które często trwają zaledwie kilkanaście sekund.
Do tego dochodzi też ten mechanizm nieskończonego przewijania. Nieprzypadkowo większość popularnych aplikacji nie oferuje naturalnego momentu, w którym moglibyśmy powiedzieć sobie: „dobrze, to koniec”. Zamiast tego zawsze czeka na nas kolejny filmik, kolejna historia i kolejna porcja bodźców. Badacze określają takie rozwiązania mianem „dark UX”, czyli projektowania interfejsów w taki sposób, by maksymalnie wydłużyć czas spędzony w aplikacji. W praktyce oznacza to, że walczymy nie tylko z własnymi nawykami, ale także z systemami tworzonymi przez całe zespoły specjalistów od psychologii użytkownika.

Trochę więcej o tym pisałam przy okazji artykułu o wpływie powiadomień na nasz mózg. Chodzi tu przede wszystkim o to, jak rozrywana jest nasza uwaga. Jeśli co kilka lub kilkanaście sekund skaczemy z tematu na temat, nie jesteśmy w stanie poświęcić zdolności poznawczych na żaden z nich. Część zostaje przy temacie A, część przy temacie B, a reszta przy C. Nawet jeśli po drodze trafimy na wartościowy materiał – a takich nawet na TikToku nie brakuje – to nie będziemy w stanie odpowiednio się na nim skupić i wyciągnąć właściwych wniosków. W efekcie nawet coś, co potencjalnie może dać nam korzyść, zmieni się w ciąg ruszających się obrazków i dźwięków, które z nami nie zostaną.
Czytaj też: Dlaczego wszyscy robimy się głupsi przez powiadomienia (i czemu i tak je kochamy)
Rodzice też mogą odetchnąć
Warto również przyjrzeć się sprawie od strony rodziców, którzy chyba najczęściej bombardowani są tym nieszczęsnym „czasem przed ekranem”, zwykle sprowadzających się do tego, że powinni kontrolować każdą minutę spędzaną przez dzieci przy telefonach czy tabletach. I tak, dzieci, zwłaszcza najmłodsze, nie powinny mieć nieograniczonego dostępu do ekranów i to z różnych względów, nie tylko rozwojowych. Jednak można dziecku po prostu to zablokować albo skupić się na rozmowie. Właśnie tę metodę bardziej polecają badacze.
Zamiast pytać dziecko, ile czasu spędziło przed ekranem, warto dowiedzieć się, co robiło, jak się przy tym czuło i czy doświadczenia online były dla niego pozytywne. To jednocześnie kontrola tego, co dziecko robi w sieci, ale przede wszystkim możliwość poznania jego zainteresowań i okazja, by nauczyć je świadomego korzystania z technologii. Wyrabianie zdrowych nawyków jest ważniejsze niż automatyczne blokowanie wszystkiego, bo dobrze wiemy, że to raczej może skończyć się popadaniem ze skrajności w skrajność. Jeśli dziecko w końcu uwolni się od ograniczeń, może próbować nadrobić wszystko na raz.
Ostatecznie ekrany nie są jednoznacznie dobre ani złe. Po prostu są narzędziami. Tak samo, jak kuchenny nóż może być wykorzystany do zbrodni albo do wyczarowania pysznego obiadu, tak i tutaj wszystko zależy od tego, jak będziemy korzystać z technologii. Smartfon może być zabijaczem czasu, ale też może służyć rozwojowi i nawiązywaniu kontaktów. Zamiast więc skupiać się na tym, ile czasu przed ekranem spędziliśmy, zastanówmy się, co wtedy zrobiliśmy. Jeśli odpowiedzią będzie „skrollowałam TikToka”, warto to poprawić.
