Weźmy np. takie święta jak te ostatnie, albo te wcześniejsze, albo nawet weźmy dziesięć wstecz. O gotowaniu rozpraw milion (kto, co, jak miesza, jak dodaje, jaka kolejność), a o seksie rozpraw, książek, portali czy stron nie ma. To znaczy są, porno, ale nie o takich tutaj mówię. Świętujemy to, świętujemy tamto, ale o świętowaniu pierwszej miesiączki niewiele. Ba, w wielu domach nawet rozmawiać o tym, to jest wstyd! Idźmy dalej. Świętowanie pierwszego razu, pierwszego seksu, pierwszego zbliżenia - jak zwał tak zwał - fuj. Świętowania dobrego seksu, pełnego wszystkiego czego tam potrzebujemy, nie ma.

 

Przepisy na serniki, makowce i pierś z kurczaka aż huczą w notatnikach, ale przepisu na dobrą noc poślubną albo każdą inną też brak.

To trochę tak jakby ktoś na początku dziejów z biblioteki życia usunął kobietom książki o seksie a zostawił same kucharskie, ogrodnicze i opieki nad dziećmi. I żeby nie było, ja przeciw gotowaniu, uprawianiu ogródka czy pielęgnowaniu dzieci nic nie mam. Ale za to mam dużo przeciw braku rozwijania zmysłowości, seksualności i sensualności w nas. Burzy się we mnie złość, kiedy patrzę na tę grę pseudomoralności ograniczającej możliwości oswajania a potem rozwijania tego, co jest w sumie tak samo naturalne i potrzebne jak jedzenie.

Na szczęście to się zmienia i choćby sexed.pl robi świetną robotę, nie wspominając już o kultowej Michalinie Wisłockiej. Powoli powoli powoli robimy na to miejsce. Tylko czasem o 10 lat za późno. I oczywiście… tak jak gotowania, wszystkiego można się nauczyć w późniejszym wieku, ale o ile lepiej robić to w dobrym porządku, rozsądku i spokoju lat młodzieńczych. I na wszelki wypadek wybiegnę naprzeciw argumentom o demoralizowaniu. Nauka seksualności może być podobna do nauki nowego języka. I tak samo tu i tam jest ważne stopniowanie wiedzy, dostosowanie lekcji do wieku i możliwości uczniów. Więc idąc dalej tym tropem to chyba nie ma tutaj czytelnika czy czytelniczki, którzy by nie potwierdzili, że uczenie się nowego języka za młodu idzie nam łatwiej, sprawniej i lepiej.

Wiecie… ile ja się historii nasłuchałam o pierwszych razach, które były opatrzone poczuciem winy, o masturbacji odkrytej przypadkiem i zaraz przykrytej grzechem… ciężkim. Ile historii o pierwszej nocy poślubnej, która jednocześnie była pierwsza nocą w ogóle i przyniosła strach i ból, i żal decyzji. Ile pytań bez odpowiedzi na czas. Ile odpowiedzi za wczesnych, albo już bardzo za późnych. Jako kobieta, psycholog i człowiek mam w sobie smutek, żal i gniew na to pomieszanie kolejności, pomieszanie moralności, pomieszanie wolności. Mam w sobie smutek, żal i gniew na mocarne szlifowanie pilnikiem religijnych przesądów delikatnej materii jaką jest seksualność, intymność i bliskość. Bo w tym całym ogrzeszaniu seksu zapomniało się, że miłość z seksem koleguje się blisko. Miłość lubi seks a seks lubi miłość. Seks też uczy bliskości fizycznej, oswajania potrzeb własnych i delektowania się potrzebami innych. Seks też pomaga w przyjaźni i w ogóle w budowaniu bliskości. A to jest dobre dla ludzi, dla kraju, dla świata - bo dobrze jest, kiedy ludzie są blisko.

Po co ja to pisze? - zapyta niejeden bystry umysł. Tysiąc tekstów już takich było

Ten jest pewnie tysiąc pierwszy i w sumie mogłoby go nie być. Seksualność jest jednak super istotnym elementem zdrowego rozwoju każdego człowieka – bynajmniej nie jakimś zbędnym, czy niewartym uwagi. Dlatego schematy, fałszywa binarność, ograniczające przekonania regligijne (w tej czy innej odsłonie) to wszystko musimy zrewidować i jako dorośli odrobić jeszcze lekcje własne. Właściwie to nie tylko jako jednostki i jako społeczeństwo trzeba nam powtórzyć te lekcje. A to wszystko po to, żeby kolejne pokolenia były zdrowsze, przynajmniej w tym aspekcie, bo i tak swoje lekcje do odrobienia będą mieli.  

Więc ten tekst piszę tak wszelki wypadek, żeby powtórzyć, że można lubić seks i nie lubić gotować, nie umieć gotować i umieć seks a do tego być szczęśliwą, spełnioną i zdrową kobietą, która swoje poczucie własnej wartości buduje na tym kim jest a nie na tym kim być powinna.

 ​