Ideą odwrotnego odchudzania się jest stopniowe zwiększanie przyjmowanej dziennie liczby kalorii, co uzupełnić ma wymuszony odchudzaniem deficyt. Rozciągnięcie w czasie miałoby z kolei pozwolić organizmowi dostosować metabolizm tak, by człowiek mógł jeść więcej i nie tył.

- Trend propagujący zalety reverse dieting zyskuje na popularności, choć nie ma żadnych naukowych dowodów na jego skuteczność – pisze w serwisie ”The Conversation” Duane Mellor z wydziału medycyny uniwersytetu Aston w Birmingham.

Metabolizm

Reverse dieting oparty jest na teorii, że nasze ciała mają punkty bazowe dla metabolizmu i dziennego spożycia pokarmów gwarantujących utrzymanie wagi. Punkty te miałby być bezpośrednio związane z procesami biologicznymi w organizmie.

Ta nowa idea zakłada, że po odchudzeniu się można, poprzez stopniowe zwiększanie dziennych porcji jedzenia, przesunąć te punkty bazowe kilka poziomów w górę. W teorii miałoby to zwiększyć metabolizm, pozwalając jeść więcej bez ryzyka tycia.

Sęk w tym – zauważył Mellor – nikt naukowo nie udowodnił istnienia takich bazowych wyznaczników, którymi dodatkowo można by manipulować. O naszej wadze i metabolizmie decyduje po prostu duża liczba czynników, m.in.:

- to, jak nas wychowano;
- to, do jakiego jedzenia mamy dostęp;
- to, jakiego typu ćwiczenia uprawiamy;
- to, jaką mamy budowę genetyczną.

Kluczowym dla sposobu, w jaki nasze ciało używa kalorii, a za tym i naszej wagi, jest tzw. spoczynkowe tempo metabolizmu. To ilość kalorii, których nasze ciało potrzebuje do podtrzymania funkcji życiowych. Gwarantuje to zwykle 60-70 proc. dziennie przyjmowanych kalorii.

Zwane też podstawową przemianą materii (BMR), owo tempo jest zdeterminowane przez wiek, wagę, płeć i masę mięśniową. – Dieta nie ma na to wpływu. Jedzenie powyżej BMR powoduje tycie, jedzenie poniżej BMR powoduje utratę wagi – przypomina wykładowca Aston University.

Ćwiczenia fizyczne mogą zwiększyć zapotrzebowanie dzienne na kalorie, ale nie w sposób znacząco wpływający na naszą masę ciała. – Owszem, wysokobiałkowa dieta w pewien sposób zmienia metabolizm, nadal największy wpływ ma masa mięśniowa i to, ile ważymy – przekonuje Duane Mellor.

Nie ma naukowych dowodów na możliwość zmiany metabolizmu czy BMR poprzez stopniowe zwiększanie liczby kalorii. Jeżeli ktoś je więcej niż potrzebuje jego ciało, będzie tył. Co w powstrzymaniu efektu jo-jo pomaga, to zdrowe nawyki jak regularne jedzenie śniadania i aktywność fizyczna.

Ja i moja lodówka

W swoim artykule dla “The Conversation” Mellor potwierdza, że dla pewnej grupy osób reverse dieting może okazać się pomocny. Chodzi o tych, którym odchudzanie dawało poczucie kontroli nad swoją dietą a jego zakończenie odchudzania tej kontroli boleśnie pozbawiło. Powolne zwiększanie porcji może oferować łagodzący efekt, zwiększający ich pewność siebie i pozwalający wyrwać się z szkodliwego cyklu tycia i utraty wagi.

Stałe liczenie kalorii czy ostre ich ograniczanie może wywoływać bardzo niezdrowy stosunek do własnego ciała i jedzenia. W ocenie wykładowcy brytyjskiej uczelni, coraz większym społecznym problemem staje się ortoreksja (orthorexia nervosa).

Obsesja na punkcie spożywania zdrowej żywności obserwowana na powierzchni może wydawać się czymś dobrym, wręcz pożądanym. Jest to jednak patologia, bo u cierpiących na nią ludzi radość z jedzenia zastępuje lęk przed każdą dodatkową kalorią. To prowadzi do pogorszenia się zdrowia psychicznego.

Autor tekstu w “The Conversation” radzi, by zamiast odwrotnej diety spróbować jedzenia intuicyjnego. Wsłuchiwanie się w potrzeby własnego organizmu i jedzenie tylko wtedy, gdy jest się głodnym, jest psychologicznie korzystniejsze. Stosujący je ludzie odzyskują pewność siebie, wiarę we własny apetyt a także wyrywają się z cyklu jo-jo.