Tylko w Birmie można zobaczyć antyrządową demonstrację 10 tys. mnichów. To kraj o najbardziej dziwacznym ustroju na świecie. System stworzony przez rządzącą Birmą od pół wieku juntę wojskową określa się najczęściej jako totalitarny socjalizm, co natychmiast nasuwa skojarzenia z reżimami w ZSRR, Chinach czy Korei Północnej. Birmańscy generałowie faktycznie odwołują się niekiedy do Marksa, Lenina i Mao Zedonga, w odróżnieniu od nich nie są jednak ateistami, lecz gorliwymi buddystami. Nie niszczą więc świątyń, lecz je pieczołowicie odnawiają i nieustannie budują nowe; nie prześladują duchownych, lecz zabiegają o ich względy; kierują się ideami tzw. naukowego komunizmu, lecz ważniejsze decyzje podejmują po konsultacji z klasztornymi wróżbitami.

Efektem tego wymieszania materializmu z magią jest buddyjsko-socjalistyczna dyktatura wojskowa, a filarami, na których wspiera się ten dziwoląg, są jedyne zorganizowane siły w państwie: 400-tysięczna armia i dorównująca jej liczebnością rzesza mnichów. Obie potęgi żyją w swoistej symbiozie – wojskowi przekazują hojne dotacje klasztorom, mnisi, przyjmując datki, legitymizują ich rządy.

„To jest świątynia buddyjska, potem pokażę ci wojskową” – mówił z ironią mnich, który oprowadzał mnie po pagodzie Shwedagon w birmańskim Rangunie. Shwedagon to jeden z cudów świata. Olbrzymi kompleks składa się z kilkudziesięciu kaplic i pawilonów wypełnionych posągami Buddy, w jego centrum wznosi się 98-metrowa stupa, pokryta złotem, zwieńczona iglicą wysadzaną szlachetnymi kamieniami. Waga złotych płytek przekracza 9 ton, a liczba klejnotów sięga 8 tys., w tym 4,5 tys. diamentów. Tę górę skarbów wzniesiono w miejscu złożenia bezcennej dla wiernych relikwii – ośmiu włosów Buddy. „Wojskową” świątynię Maha Wizaya zbudowano niemal po sąsiedzku. Ufundował ją dyktator i twórca buddyjskiego socjalizmu gen. Ne Win. Chciał dorównać dziełu dawnych władców, więc nie poskąpił środków. Złote symbole obu birmańskich potęg wręcz nieprzyzwoicie kontrastują z miastem, które poraża ubóstwem. Według Ne Wina i jego następców tak właśnie powinna wyglądać droga do buddyjskiego socjalizmu, u której kresu całe państwo upodobni się do klasztoru, a społeczeństwo do wspólnoty mnichów.

UKRYTA SIŁA

Buddyjskim mnichem lub mniszką może zostać każdy, kto zdecyduje się żyć według „dziesięciu zaleceń”, czyli wyrzeknie się: przemocy, seksu, alkoholu, kłamstwa, tańca, ozdób, wygodnego spania, posiłków poza wyznaczoną porą, złota i posiadania dóbr, które nie zostały mu ofiarowane. Do nowicjatu najczęściej oddawani są 8-, 10-letni chłopcy, którzy po około 10 latach nauki zostają wyświęceni. Ślubów zakonnych nie składa się jednak dożywotnio i w dowolnej chwili, bez jakichkolwiek konsekwencji, można opuścić klasztor.

Buddysta powinien żyć w taki sposób, by pomóc duszy w wyzwoleniu z koła kolejnych wcieleń i dążeniu do nirwany. Przeszkodę w osiągnięciu tego celu stanowi przywiązanie do spraw doczesnych. To ono jest powodem ponownych narodzin, gdyż wszystko, co człowiek czyni, pozostawia w duszy niezatarty ślad, a suma tych uczynków – karman – decyduje o jej pośmiertnych losach. Tym marniejszych, im częściej jej posiadacz ulegał przyziemnym żądzom i emocjom.

ZA BAMBUSOWĄ KURTYNĄ

Najmniej okazji do duchowego skalania mają mnisi, dlatego wielu mężczyzn, chcąc chociaż trochę poprawić swoją duchową kondycję, stara się przynajmniej raz w życiu spędzić pewien czas w klasztorze. Zewnętrznym wyrazem tej decyzji jest ogolenie głowy i przywdzianie szafranowych lub purpurowych szat. Możliwość powrotu do stanu świeckiego sprawia, że w krajach buddyjskich liczba mnichów jest olbrzymia, w Tybecie na początku XX wieku stanowili aż 15 proc. całej populacji, we współczesnej Birmie niemal 1 proc.

O ich znaczeniu decyduje jednak nie tylko liczba. Mnisi wypełniają wiele ważnych powinności religijnych i społecznych: udzielają błogosławieństwa podczas ceremonii, pomagają w rozstrzyganiu sporów, służą radą w trudnych sytuacjach, zajmują się edukacją dzieci. Ponieważ nie posiadają niczego, utrzymują się tylko z tego, co ofiarują im wierni. Każdego ranka z klasztorów wychodzą korowody mnichów z żebraczymi miskami w dłoniach. Wierni czekają na nich, chylą pokornie głowy i przekazują jedzenie. Dla buddysty dawanie jałmużny jest jednym z najważniejszych sposobów gromadzenia duchowych zasług. Przyjmując ofiarę, mnisi dają więc świeckim współwyznawcom szansę na lepsze życie po ponownych narodzinach. Ale mogą też odwrócić miskę do góry dnem i odmówić. To tak, jakby ksiądz odmówił rozgrzeszenia. Ta możliwość daje im ogromną siłę.