Jako dziecko nie myślałam, że będę naukowcem. Nie wiem nawet, czy dzieci mają takie globalne pojęcie nauki. W szkole podstawowej człowiek myśli raczej, że chce być na przykład sportowcem. Ja chciałam wygrać Wyścig Pokoju. Takie marzenie świadczy o tym, że ma się ambicje, że chce się dorównać najlepszym.

 

Lubiłam być najlepsza

Wydaje mi się, że zainteresowanie mojego ojca sportem i ogólnonarodowy podziw choćby dla piłki nożnej, atmosfera wokół igrzysk olimpijskich czy Wyścigu Pokoju miały na mnie szczególny wpływ. Z przyjemnością oglądałam, jak ktoś walczy, a potem staje na podium, jest pierwszy, grają mu hymn. Myślę, że to podświadomie – bo trudno powiedzieć, że dziecko ma coś takiego w świadomości czy zdaje sobie z tego sprawę – uczy modelu wysiłku zakończonego sukcesem. Nauka wielokrotnie wymaga ogromnego wysiłku, a sukces niekoniecznie osiąga się już po pierwszym okrążeniu.

Lubiłam się uczyć. I lubiłam być najlepsza. Dotyczyło to właściwie wszystkich przedmiotów, może z wyjątkiem matematyki. Zainteresowanie nauką sprawiało, że czytałam nie tylko to, co było zadane, ale i trochę więcej. Zawsze byłam ciekawa świata. Dziś już prawie nikt tego nie pamięta, ale w czasach mojego dzieciństwa, w latach pięćdziesiątych, sprowadzenie do domu nowej encyklopedii nie było wcale łatwe. Te pięknie wydane książki, kupowane przez moich rodziców, otwierały moje spojrzenie na świat. Budziły fascynację i zdumienie, że w tych tomach jest wiedza, której pojedynczy człowiek nie jest w stanie zgłębić. Zrozumiałam, że trzeba się skupić na czymś mniejszym i się tego trzymać.

Osobą, która mnie stymulowała do działania, był mój ojciec. To była pośrednia stymulacja – ponieważ dobrze się uczyłam, ojciec był bardzo ze mnie dumny, a to zobowiązywało do dalszego wysiłku. To dzięki niemu już w szkole podstawowej, w późnych latach pięćdziesiątych, kiedy jedynym powszechnie nauczanym językiem obcym był rosyjski, chodziłam na prywatne lekcje angielskiego. Mój ojciec był magistrem ekonomii, mama też była ekonomistką. Rodzice zajmowali się sferą – jakbyśmy powiedzieli dzisiaj – menedżerską. Oboje mieli silne osobowości. Zawsze uważałam, że to głównie ojciec nas – mnie i mojego brata – stymuluje, ale mama bezwzględnie miała na mnie ogromny wpływ i  była ze mnie dumna. Tylko ojciec jako mężczyzna podejmował wtedy więcej decyzji.

 

Stymulują mnie wyzwania

Jako małe dziecko, w wieku pięciu, sześciu lat, jeździłam na grzyby i było to zawsze bardzo podniecające wydarzenie. Dzisiaj dużo podróżuję, ale już wtedy, oczywiście jak na warunki ówczesnej Polski, wiele podróżowałam. Na wakacje jeździliśmy zwykle nad morze, do Kołobrzegu albo Międzyzdrojów. Pamiętam pierwszy wyjazd na kolonie do Szklarskiej Poręby. Ponieważ całe życie – to młode –spędzałam na nizinie, w Poznaniu, wyjazd w góry był ogromnym przeżyciem. Czy coś łączy moją pasję podróżniczą i naukową? Na pewno tak. W podróży, tak jak w nauce, ciągle odkrywa się coś nowego, czego się człowiek nie spodziewał. Podczas podróży – nawet tych niedalekich – zawsze się czegoś uczymy, choćby słuchając rozmów w pociągu, spotykamy nowych ludzi. Oczywiście pod warunkiem, że jesteśmy wrażliwi. Wrażliwość jest bardzo ważna dla sposobu, w jaki rozwija się przyszły naukowiec.