Mniej więcej od czasów pandemii jestem oddanym fanem drożdży i zakwasu. Pieczenie domowej pizzy oraz chleba stało się takim moim kuchennym hobby, które traktuje wprawdzie poważnie, ale racjonalnie. Zapewne każdy, kto zaczął interesować się tymi tematami, doskonale wie, o czym mówię.

Z jednej strony patrzę krzywo, kiedy ktoś wrzuca ketchup na moją pizzę (po co poprawiać ideał?), ale z drugiej nie mam nic przeciwko typowej “chamskiej polskiej pizzy”, która ugina się od dodatków. Ba, sam niegdyś robiłem wyłącznie taką, bo była zwyczajnie prostsza w przygotowaniu (cała paka drożdży robi brrrrrrt), ale z czasem zrozumiałem, że taka “sałatka na drożdżowym cieście z piekarnika” może i jest dobra, ale daleko jej do włoskich smaków. Wtedy zacząłem wchodzić głębiej w temat.

Nadszedł czas, aby wejść na wyższy poziom w karierze pizzaiolo
Po latach pieczenia pizzy w domowym piekarniku jestem pewien, że można w nim wypiec świetną pizzę na kamieniu ustawionym pod grzałką. Wystarczy tylko sprawdzony przepis, składniki dobrej jakości i nieco cierpliwości. Ktokolwiek mówi inaczej, ewidentnie albo za bardzo próbuje sobie uzasadnić zakup sprzętu za grube tysiące, albo idealizuje swoje przeżycia w kraju pizzy, opery i espresso. Nie zmienia to jednak faktu, że dedykowane piecyki do pizzy mają w sobie to coś, czego typowy piekarnik nie ma – szalonej wręcz temperatury oraz umiejscowienia grzałek znacznie bliżej placka. Tym zresztą wyłącznie różni się taki piecyk od piekarnika w najbardziej podstawowym sposobie działania.
Czytaj też:Zdradzę Ci prawdę o elektrycznych rowerach, której się boisz. Największe wady i zalety e-bike



Tak się składa, że pewnego dnia trafiłem na okazję zakupu piecyka raczej z niskiej półki. Cena była na tyle atrakcyjna, że odpowiadała dedykowanemu kamieniowi szamotowemu i łopatce, więc długo się nie zastanawiałem. Zwłaszcza że poważne modele kosztują nie setki, a tysiące złotych i tak – zdaję sobie sprawę, że modyfikacje sprzętu za 3-4 stówki robią ponoć cuda, ale problemem była u mnie nie sama temperatura. Maksymalne 320 stopni Celsjusza w tanim piekarnika to i tak całe 70 stopni więcej od tradycyjnego poziomu, więc o to się akurat nie bałem.


Innymi słowy, postanowiłem dosyć ostrożnie sprawdzić swoje siły w bardziej poważnym wypieku pizzy, gdzie papier do pieczenia nie wchodzi w grę, opanowanie podsypywania i łopatki do perfekcji to klucz, a brak odpowiedniego podsypania ciasta na blacie to bilet do katastrofy. Oj, nie był to dobry pomysł i to nie z tych powodów, które możesz mieć już na myśli, ale teraz już wiem, że piecyk do pizzy musi mieć jedną cechę, aby mnie do siebie przekonać.
Jak przejechałem się na piecyku do pizzy?
Zanim przejdę do szczegółów, muszę podkreślić raz jeszcze jedno – nie był to najdroższy czy najszerzej polecany piecyk. Wziąłem go ot do sprawdzenia, czy taka forma wypieku pizzy nie będzie zbyt czasochłonna i problematyczna względem zwykłego piekarnika i uzyskiwanych efektów. Wiecie, jak to jest – człowiek przez lata wyrabia sobie własny rytuał i dąży w nim do perfekcji, więc jeśli już wielki eksperyment się nie powiedzie, to łatwiej przełknąć stratę kilku stówek niż tysiąca.

Z samego początku miałem nadzieję, że dostanę nie tylko wyższą temperaturę, ale też większą powtarzalność wypieku. Że cały proces będzie szybszy, że góra i dół pizzy zaczną dochodzić do siebie w tempie bliższym temu, co widzimy w porządnych pizzeriach, a sam sprzęt skróci drogę między “dobra domowa pizza” a czymś, co już naprawdę zbliża się do włoskiego ideału. Nie szukałem zresztą kolejnej kuchennej zabawki dla samej zabawki. Interesowało mnie wyłącznie to, czy taki piecyk rzeczywiście zapewnia sobą efekt, którego zwykły piekarnik z kamieniem już dać nie potrafi.

Pierwsze wypieki były zresztą obiecujące. Ser łapał kolor szybciej, brzegi potrafiły wyjść bardziej wyraźne, a sam proces pieczenia był znacznie bardziej ekscytujący, bo wszystko działo się szybciej i agresywniej. Tyle że już przy pierwszej próbie zacząłem zauważać coś, co na początku można było zrzucić na brak wprawy, ale później coraz trudniej było ignorować. Dobra pizza z takiego piecyka jak najbardziej była możliwa… ale jego forma zaczęła mnie ograniczać. Właśnie tutaj dochodzimy do najważniejszego elementu całej historii.
Centymetry, które zmieniają wszystko
W moim piecyku przestrzeń między kamieniem szamotowym a górną grzałką wynosi mniej więcej od czterech do pięciu centymetrów i właśnie ta przestrzeń okazała się największym problemem tegoż piecyka. Przy tak niskiej komorze margines błędu robi się po prostu bardzo mały. Jeśli robicie cienką pizzę z niewielką ilością dodatków i dobrze opanowaliście ciasto, to taki piecyk potrafi odwdzięczyć się naprawdę świetnym efektem. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynacie wychodzić poza ten bardzo konkretny scenariusz, a przecież nie o to chodzi, żeby w kółko piec wyłącznie najprostsze placki z serem i sosem.
Czytaj też:Bez tych sprzętów nie wyobrażam sobie dziś stanowiska komputerowego


Trochę więcej sera, nieco grubszy rant i kilka dodatkowych składników, a wtedy nagle okazuje się, że góra zaczyna się przypiekać zbyt szybko względem spodu i nawet zaczyna dotykać bezpośrednio grzałki, która w konsekwencji przypala składniki. Efekt? Mogłem zapomnieć o dobrze napowietrzonym cieście i swoich ulubionych kombinacjach, które w piekarniku przechodziły, bo zamiast dobrej pizzy, dostawałem punktowe przypalenia, kiedy ciasto zaliczało zbyt duży “wyrzut” podczas pieczenia.


Nie mówię tego jako zarzut wobec samej idei piecyka do pizzy. Mówię to dlatego, że sam dałem się złapać na myślenie, że taki sprzęt uprości cały proces wypieku, ale w przypadku tego konkretnego modelu wcale tak nie było. Na przestrzeni miesięcy żonglerki między piecykiem a piekarnikiem odkryłem, że w tym drugim można popełnić błąd i zwykle kończy się to pizzą trochę gorszą, ale nadal dobrą i możliwą do zjedzenia, bo przynajmniej miejscowo niezwęgloną.

W piecyku z niską komorą przy moich doświadczeniach błąd częściej kończył się plackiem, który z góry prosił się o wyjęcie, a od spodu nadal błagał o kilkadziesiąt dodatkowych sekund wypieku. Oczywiście jednak na rynku znajdziemy piecyki o większej przestrzeni między grzałkami a plackiem, które dają w tej kwestii więcej swobody.
Nie mówię piecykowi do pizzy “nie”, ale teraz wiem, czego szukać
Po tej przygodzie z tanim piecykiem do pizzy nie mam więc poczucia, że tego typu sprzęt jest bez sensu. Mam raczej poczucie, że bardzo łatwo zachłysnąć się samą wizją wyższej temperatury i szybszego wypieku, a zignorować coś znacznie ważniejszego, czyli samą budowę komory sprzętu. To jednak właśnie ona w dużej mierze decyduje o tym, czy piecyk stanie się wygodnym krokiem wyżej względem klasycznego piekarnika, czy raczej sprzętem, który zacznie narzucać wam własny, bardzo wąski styl pieczenia. Jeśli przestrzeń między kamieniem a górną grzałką jest zbyt mała, to nagle okazuje się, że taki piecyk najlepiej czuje się wyłącznie z cienkimi, oszczędnie obłożonymi plackami. Wszystko ponad ten scenariusz zaczyna już balansować na granicy przypalonej góry i niedopieczonego spodu.

Czytaj też:Gotowe zestawy komputerowe doprowadzają mnie do szału. Musisz na to uważać
Właśnie dlatego, jeśli myślicie o zakupie piecyka do pizzy, to nie patrzcie wyłącznie na maksymalną temperaturę czy samą cenę. Zwróćcie uwagę na formę grzałki, jej umiejscowienie, a przede wszystkim na wysokość komory i przestrzeń między górną grzałką a kamieniem szamotowym (niestety specyfikacja często tego nie wymienia), bo to ona określa, ile swobody dostaniecie przy doborze ciasta, ilości sera i dodatków.

W przeciwnym razie może się okazać, że zamiast sprzętu dającego większe możliwości, kupicie urządzenie zmuszające was do wypieku wyłącznie “chudych” placków. Wtedy nie będzie to ot wejście poziom wyżej w karierze domorosłego pizzaiolo, tylko zamiana jednych ograniczeń na drugie.

Swoją drogą, w przygodach z wypiekiem pizzy wpadłem na inną formę piecyka (zdjęcie powyżej). To, jak sprawdzi się on w praktyce i czy rzeczywiście będę mógł zapomnieć o tradycyjnym piekarniku, opiszę już wkrótce. Innymi słowy, śledźcie nas na Focus.pl, bo po prostu warto.
