Proszę dotknąć, wciąż  mam tu dziurę”. Marian Gryta nadstawia ostrzyżoną na jeża głowę. Rzeczywiście z lewej strony jego czaszki wyczuwa się głębokie wgniecenie. Pan Marian, lubelski artysta malarz, to jeden z pionierów sportów ekstremalnych w  Polsce. Jego letni dom znajduje się tuż nad Wisłą w  Mięćmierzu. Powstawały tu lotnie i katamarany. Jeszcze kilka lat temu pan Marian, rocznik 1934, wdrapywał się z ważącą 30 kg lotnią na wzgórze oddzielające Mięćmierz od Kazimierza i szybował nad okolicą. Dziś już nie lata, ale wciąż można go podziwiać, jak manewruje katamaranami po Wiśle. Dziura w głowie nie ma jednak związku ze sportowymi pasjami pana Mariana. „Lekarz radził mi wstawić metalową płytkę, ale jakoś się przyzwyczaiłem”. Do dziury w  głowie się przyzwyczaił, ale wspomnienie poranka 12 czerwca 1955 r., kiedy powstała, nie opuszcza go do dziś.

Godzina 3.30 w  nocy. Pod  Domem Studenckim nr 3 przy ul. Kickiego grupa chuliganów dopada dwóch studentów. Wołania o pomoc budzą mieszkańców budynku. Studenci stają w obronie bitych kolegów. W stronę akademika lecą cegły. Dźwięk tłuczonych szyb budzi wszystkich mieszkańców. „Mieszkaliśmy na parterze, więc wyskoczyliśmy do nich pierwsi i zaczęliśmy gonić tę grupę – wspomina pan Marian. – Uciekali w stronę Paca, gdzie znajdowała się świetlica budowlańców. Trwała tam jakaś zabawa. Rysio Bors szybciej biegał i mnie wyprzedził. Kiedy dobiegłem na miejsce, zobaczyłem, jak katują Rysia. Było nas ledwie kilku, rzuciłem w ich stronę kamieniem i... – pan Marian zawiesza głos –  tu mi się urywa film”. 

Dwa tygodnie po zajściach w tygodniku „Po prostu” ukazała się obszerna relacja z tych wydarzeń. Czytelnicy ówczesnej oficjalnej prasy rzadko mieli okazję zobaczyć tak otwartą krytykę władzy: „Na Kickiego skandal jakich mało. W dziesiątym roku władzy ludowej, która potrafiła dać sobie radę z reakcyjnym podziemiem, bandami UPA, pod bokiem milicji czterech studentów zostało zmasakrowanych przez chuliganów”. Andrzej Berkowicz, autor artykułu, cytuje obszerne fragmenty listu kierownika akademika do Wydziału Nauki KC PZPR. Wynika z niego, że w robotniczej zabawie uczestniczyli pijani milicjanci, którzy stanęli po stronie chuliganów i wraz z  nimi bili studentów. Dopiero posiłki z akademika, w liczbie kilkuset osób, przeważyły szalę zwycięstwa na studencką stronę. Łobuzów spędzono do świetlicy. Półgodzinne pertraktacje z komisariatem nie dały rezultatu. Praska komenda odmówiła pomocy, zasłaniając się brakiem funkcjonariuszy. Nic dziwnego, dwaj z  nich znajdowali się na zabawie i lali właśnie studentów. Studenci zawiadomili komendę stołeczną. Przybył patrol MO, który powitano okrzykiem:  „Hurra, trzeźwa milicja!”. 

Bezradność milicji oraz problem chuliganów to tematy ówczesnej satyry. Jan Brzechwa w wierszyku „Milicja” pisał: „Wracał Marek z Nowolipek/ Najspokojniej szedł/ Wtem mu cegłę jakiś typek/ Sprzedał za 100 zet/ Sprzedał? Zmusił. Wepchnął siłą/ Bo milicji znów nie było”. Marek co chwila ma przygody z chuliganami, a milicji nigdy nie ma. Popularny dowcip owych czasów: gdzie dwóch się bije, tam nie ma milicji. Jednak ludziom wcale nie było do śmiechu. W  Warszawie wystarczył byle pretekst, by dostać w zęby. Pokazuje to słynny dokument „Uwaga chuligani!” nakręcony w roku 1955 przez Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego. 12-minutowy fabularyzowany film ma odpowiednią wymowę ideologiczną – tytułowi chuligani tańczą rock&rolla, wytwór społeczeństwa kapitalistycznego. Andrzej Łapicki czyta śmiertelnie poważnym głosem komentarz Karola Małcużyńskiego. Napisany w formie odezwy do widza: kiedy kupujesz bilety od nastoletniego „konika”, to tak jakbyś wysłał go na wódkę – tworzy wrażenie, że wszyscy jesteśmy winni fali chuligaństwa, bo przymykamy oczy na szerzące się zło. W efektownych scenkach chuligani zaczepiają ludzi na ulicach, przepijają całe pensje w jeden wieczór, prowokują bójki na dansingu, wreszcie mordują konduktora w pociągu. Jednak tych kilka obrazów blednie przy rozróbie na Kickiego.

Dziś relację o bójce, w której uczestniczyło prawie tysiąc osób, zamieściłyby wszystkie media. W  ostatnim roku Bierutowskiego PRL-u o zajściach napisało tylko „Życie Warszawy” i to w skromnej notce na końcu rubryki stołecznej. Na pierwszej stronie gazeta informowała, że premier Indii Nehru przybył do Tbilisi, i że rząd ZSRR wyraził zgodę na konferencję rozbrojeniową w  Genewie. Na stronach poświęconych życiu miejskiemu można było przeczytać o obchodach Dnia Morza w Warszawie oraz o kłopotach rentgenologów. Dlaczego bójkę na „Kicu” przemilczano? Trwały przygotowania do Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży, który miał rozpocząć się za miesiąc. Przede wszystkim jednak zajścia na „Kicu” burzyły sielankowy obraz stosunków społecznych. Dziennikarz Zbigniew Chmielewski, mieszkaniec akademika i uczestnik bójki, wspomina, że Warszawa była oklejona plakatami przedstawiającymi młodych robotników i studentów w przyjaznych uściskach. Były to – jak się okazuje – pobożne życzenia. Jakże wymowna, choć pewnie zmyślona, jest informacja podana przez „Życie Warszawy”, że w odpowiedzi na grad chuligańskich cegieł, studenci rzucali kałamarzami. Czy można sobie wyobrazić lepsze symbole konfliktu? 

Dopiero w artykule w „Po prostu” pojawiła się informacja o ofiarach. „Ryszard Bors, student ASP, doznał uszkodzenia czaszki, po czym nastąpił wylew krwi do mózgu. W szpitalu dokonano natychmiast trepanacji czaszki, ale jak dotąd Ryszard Bors nie odzyskał słuchu i mowy” – pisał Berkowicz. 

 

Wszystko się zgadza, poza  tym, że dziennikarz pomylił Mariana Grytę z jego przyjacielem Ryszardem Borsem, który odniósł lżejsze obrażenia. Kiedy pan Marian czyta relację „Po prostu”, uśmiecha się. „I tak dobrze. Koledzy mówili, że Wolna Europa mnie uśmierciła. Podobno podano informację, że komunistyczni studenci pobili robotników i jeden komunista zginął”.

W relacji Wolnej Europy tkwi jednak ziarno prawdy. Uświadamia nam podłoże robotniczo-inteligenckiego konfliktu. Zbigniew Chmielewski uważa, że dla okolicznej ludności studenci byli symbolem władzy. Potwierdza to pisarz Ernest Bryll, który mieszkał na „Kicu”. Jego zdaniem utożsamianie z władzą to skutek ZMP-owskiej gorliwości niektórych studentów. Członkowie tej młodzieżówki zwykli wchodzić ludziom do domów, nękać ich pytaniami i agitować. Warto dodać, że Grochów był dzielnicą proletariacką, chuligańską, więc konflikt ze studentami, nowymi w dzielnicy, był nieunikniony.

Łatwo sobie wyobrazić tę wielką drakę w praskiej dzielnicy jako starcie wymuskanych maminsynków z krzepkimi twardzielami. Trzeba jednak pamiętać, że czasy były spartańskie i wszyscy byli twardzi. Studenci A.D. 1955 to ludzie pamiętający wojnę, którzy na własnej skórze odczuwali trudy odbudowy. Dla nich akademik na Kickiego, gdzie w pokoju z umywalką gnieździło się 6 osób, stanowił szczyt luksusu. Przyjrzyjmy się zresztą tłumowi studentów, który biegnie ulicą Kickiego w stronę świetlicy na Paca, by ratować bitych kolegów. Nie zatrzymuje ich grad młotków, prętów zbrojeniowych i cegieł, które rzucają z pobliskich dachów chuligani. Okolice akademika są placem budowy i nie brakuje tu narzędzi o śmiercionośnym potencjale. Widzimy wśród studentów trochę okularników, ale wielu tu chłopskich i robotniczych synów, beneficjentów nowego ustroju, którzy nie dadzą się zastraszyć byle chuliganowi. W tłumie pędzących wyróżnia się potężna postać Zygmunta Ważbińskiego, który później zostanie wybitnym znawcą włoskiego renesansu, profeso-rem na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, ale teraz, w 1955 r., jest wsparciem dla kolegów. Ernest Bryll opowiada, że kiedy student Ważbiński brał w  dłonie cegłówki, mógł wywijać nimi jak wiatrak. Niejeden chuligan-donkiszot mógł zakończyć wieczór muśnięty ramieniem wiatraka.

Przez kilka tygodni po zajściach studenci poruszali się większymi grupami. Starali się nie nosić czapek „bratniaków”, które wyróżniały ich wśród mieszkańców Grochowa. Napięcie podsycały opowieści, że grupy chuliganów polują na nieuważnych już na rondzie Waszyngtona. Co ciekawe, bójka na „Kicu” nie była ewenementem. Podczas Festiwalu Młodzieży – pomimo ogromnej czujności milicji i UB – 600 junaków z paramilitarnej młodzieżówki „Służba Polsce” tłukło się z  cywilami na placu Dzierżyńskiego. W ruch poszły żelazne sprzączki od pasów. „Milicja nie była w stanie opanować sytuacji i dopiero wojsko zaprowadziło porządek. Przez kilka następnych dni miałem sporo roboty przy odbieraniu zatrzymanych junaków z komend dzielnicowych MO. Wśród poszkodowanych znalazł się także dyrygent Jan Cajmer, któremu junacy solidnie poturbowali głowę” – wspominał w niepublikowanych wspomnieniach jeden z junaków Robert Kozak Koleszo.

Marian Gryta z  12 czerwca 1955 r. pamięta, jak odzyskał przytomność w akademiku, dokąd przynieśli go koledzy. Pamięta też szpital i operację czaszki, podczas której był półprzytomny. Pamięta ból, kiedy chirurg rekonstruował zmiażdżoną tętnicę. Pamięta też, że lekarze winą obarczali studentów. „I to jest kultura, i to jest młodzież” – narzekali, grzebiąc mu w głowie. Zaprotestował niezrozumiałym bełkotem. Odzyskiwanie słuchu i mowy zajęło mu kilka miesięcy. Dziś pan Marian opowiada o tym z uśmiechem, choć przez wiele lat nie mógł sobie poradzić z traumą po wydarzeniach z 12 czerwca 1955 roku. Ale wypadki na „Kicu” uruchomiły w nim nową energię. Wie, że gdyby nie owa trauma, nie poznałby radości, jaką daje latanie.