Właściciel hotelu „Hollywood” w bośniackim mieście Visoko zmienił mu nazwę na „Piramida Słońca”, lokalna pizzeria wzbogaciła ofertę o produkty w kształcie trójkąta, na straganach pojawiły się pamiątki spotykane dotąd jedynie w Egipcie. Sprawcą tego zamieszania był archeolog amator Semir Osmanagić, który wiosną 2005 r. obwieścił, że w pobliżu Visoka odnalazł piramidy starsze i większe od egipskich. Co bardziej niecierpliwi tropiciele sensacji natychmiast ruszyli do Bośni, a przedsiębiorcy z branży turystycznej zwietrzyli okazję do interesu. „Obawiam się, że ich nadzieje okażą się złudne, gdyż mamy do czynienia bardziej z wydarzeniem medialnym niż naukowym” – mówi prof. Włodzimierz Godlewski, kierownik Zakładu Egiptu i Nubii w Instytucie Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. – „Nie ma bowiem żadnych podstaw do twierdzenia, że na Bałkanach budowano piramidy”. Podobnego zdania jest większość naukowców.

Osmanagić jednak się nie poddaje i zapowiada, że wkrótce udowodni swoją teorię. W 2006 r przystąpił do wykopalisk na 213-metrowym wzgórzu Visočica, które według niego jest pokrytą ziemią, zarośniętą piramidą. Odnalazł kilka kamiennych płyt i prowadzący w głąb pagórka tunel. Próba jego penetracji nie powiodła się, gdyż natrafił na tarasujące drogę głazy. Według geologów, tunel to zwyczajna jaskinia, ale Osmanagić nie ma wątpliwości, że wydrążyli go ludzie i stanowi część podziemnych przejść łączących Visočicę z dwoma wzniesieniami, które też kryją w sobie piramidy. Zanalizował ich położenie względem siebie i oznajmił, że jest identyczne jak wielkich budowli w Meksyku. Nazwał je więc przez analogię Bośniackimi Piramidami Słońca, Księżyca i Smoka. Był to znakomity chwyt reklamowy, dzięki któremu jego rewelacje trafiły na pierwsze strony gazet.

Osmanagić wie, jak ważna jest promocja, gdyż ma więcej doświadczeń w biznesie – mieszka w Teksasie, gdzie prowadzi przedsiębiorstwo z branży metalowej – niż w archeologii, którą zajmuje się hobbystycznie. Dlatego zdarzają mu się żenujące wpadki. Gdy oświadczył, że jego piramida jest nie tylko wyższa, ale również starsza od egipskiego Cheopsa i liczy sobie 12 tysięcy lat – usłyszał od profesora Envera Imamovicia z uniwersytetu w Sarajewie, że jego rzekome odkrycia to nie „piramidalne rewelacje, lecz piramidalne bzdury”. Równie krytyczny był przewodniczący Europejskiego Stowarzyszenia Archeologów prof. Anthony Harding, który przypomniał, że 12 tysięcy lat temu trwała w Europie epoka lodowcowa i nikt tu niczego nie mógł budować.

TUTANCHAMON UKRAIŃSKICH STEPÓW

Osmanagić zdobył już jednak rzeszę zwolenników, którzy żarliwie mu kibicują i wierzą, że to on ma rację. Podobne poruszenie w 2004 roku wywołała wiadomość o zidentyfikowaniu jako piramidy trzech wzgórz pod miejscowością Montevechia koło Mediolanu. We wrześniu 2006 roku ukraiński archeolog Wiktor Kłoczko poinformował o odkryciu „pierwszych piramid w Europie Środkowej”. Mają się znajdować w okolicach Ługańska, pochodzić sprzed co najmniej trzech tysiącleci i wznosić się na wysokość 60 m. Jeszcze bardziej pobudziły wyobraźnię rewelacje Japończyka Masaku Kimury, który w latach 90. XX wieku poinformował o odkryciu ruin miasta i potężnej, 50-metrowej piramidy... na dnie morza u wybrzeży wysp Okinawa i Yonagani. Jeśli dodać do tego napływające nieustannie doniesienia z obu Ameryk, można faktycznie dojść do wniosku, że piramidy są wszędzie. Czy zatem Egipt traci swą wyjątkową pozycję?

„Odpowiedź zależy od tego, co uznamy za piramidę” – wyjaśnia prof. Godlewski. – „W klasycznym rozumieniu nie jest to tylko obiekt architektoniczny, lecz budowla mająca silny związek z religią i kulturą danej społeczności. Piramidy egipskie były grobowcem faraona, którego czczono jak boga, a po śmierci starano się tak zabezpieczyć jego ciało, by trwało wiecznie. Dlatego balsamowano je i składano w monumentalnych grobowcach. Ludy w innych regionach Starego Świata, zwłaszcza na stepach Eurazji, też wznosiły potężne obiekty, w których chowały władców – najczęściej kopce przypominające nieco piramidy. Nie odnaleziono jednak żadnych śladów świadczących, że na ich wierzenia i obrzędy pogrzebowe jakikolwiek wpływ wywarła religia Egiptu. Grobowców tych nie nazywa się więc piramidami, lecz kurhanami”.

Przed dziesięcioma laty pod wielkim kurhanem w pobliżu wsi Ryżanówka na Ukrainie odkryto nienaruszony grób księcia Scytów. Znaleziono w nim broń, naczynia z brązu i srebra, amfory na wino oraz szkielet towarzyszącego księciu wojownika. Ponieważ większość grobów scytyjskich, podobnie jak egipskich, obrabowano w starożytności, odkrycie z Ryżanówki ma bezcenną wartość. Nieznanego z imienia władcę nazwano „Tutanchamonem ukraińskich stepów”. Zespołem naukowców, który odsłonił grobowiec, kierował prof. Jan Chochorowski, dyrektor Instytutu Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Na pytanie „Focusa”, czy uważa się za odkrywcę piramidy, odpowiada, że nie. „Nazwaliśmy księcia »Tutanchamonem stepów« tylko dlatego, że jego grób zachował się w równie nienaruszonym stanie jak faraona” – wyjaśnia. – „Na tym jednak podobieństwa się kończą. Kultury tego regionu rozwijały się samodzielnie, bez kontaktów z Egiptem. Trzeba pamiętać, że tworzyły je ludy koczownicze, które nie budowały miast. Dla nich górujące nad stepowymi równinami kurhany stanowiły ważny element identyfikacji i tożsamości, pokazywały do kogo należy dany region, wyznaczały sferę sacrum, podkreślały też pozycję władcy, co było szczególnie istotne dla następców zmarłego”.

 

W czasach komunizmu kołchoźnicy, którym „bezużyteczne” kopce przeszkadzały w uprawie pól, zrównali z ziemią niemal wszystkie kurhany. Profesor Chochorowski ocenia, że zniszczenia mogą sięgać 99%. Wciąż jednak niektóre z porośniętych trawą wzgórz mogą kryć w sobie grobowce sprzed tysięcy lat i można się spodziewać kolejnych rewelacji. Trzeba jednak podchodzić do nich ostrożnie, gdyż to, co odkrywcy zareklamują jako piramidę, z pewnością będzie dobrze znanym nauce kurhanem.

PODZIEMNE CESARSTWO


Z powściągliwością zawodowców kontrastuje pewność siebie amatorów. Jednak i ich nie należy zupełnie lekceważyć. Przez lata wśród tropicieli sensacji krążyły opowieści o Białej Piramidzie. Po raz pierwszy mieli ją zobaczyć w 1912 r. niemieccy kupcy, którzy dotarli w okolice chińskiego miasta Xi’an. „Było to bardziej niesamowite, niż gdybyśmy znaleźli się w dziczy” – zanotował jeden z nich, Oscar Maman. Jeszcze bardziej niesamowicie brzmiała relacja pilota Jamesa Gaussmana, który w ostatnich dniach II wojny światowej odbył lot z Chin do Indii: „Bezpośrednio pod nami leżała gigantyczna piramida. Otulała ją biel, była jakby pokryta lśniącym metalem lub białym kamieniem”. Komunistyczne władze Chin odizolowały kraj od świata, więc nie było możliwości sprawdzenia tych rewelacji, co sprzyjało snuciu najbardziej nieprawdopodobnych hipotez. Niemiecki historyk amator Hartwig Hausdorf dowodził w kilku książkach, że budowla jest pozostałością po wizycie gości z kosmosu.

Takie wywody odbierały hipotezie o chińskich piramidach resztki naukowej wiarygodności. I gdy wydawało się, że to jedynie humbug – w roku 1974 chłopi z okolic Xi’an rozkopali kilka pagórków, zwanych „grobami słońca”, i znaleźli wykonane z terakoty figury żołnierzy. Nie mieli pojęcia, że wpadli na trop jednego z największych odkryć w dziejach archeologii. Do dziś odsłonięto trzy podziemne pomieszczenia, w których odnaleziono ponad 6 tysięcy postaci, wszystkie naturalnej wielkości. Ta „terakotowa armia” strzegła wiecznego spokoju cesarza Shi Huangdi, zmarłego w 210 roku p.n.e. Wiele wskazuje na to, że jest to zaledwie forpoczta głównych sił. Samego grobowca jeszcze nie odkopano. Według wszelkiego prawdopodobieństwa znajduje się on pod oddalonym o półtora kilometra od wykopalisk, porośniętym morelowymi drzewami, masywnym wzgórzem.

Chiński historyk Sim Qian, który mógł jeszcze od naocznych świadków usłyszeć opowieści o budowie grobowca, napisał, że pracowało przy nim pół miliona ludzi. Według jego relacji na sklepieniu odtworzono usiane gwiazdami niebo, na posadzce – trójwymiarową mapę cesarstwa z miniaturami miast, pałaców, twierdz i rzek w postaci rowów wypełnionych srebrzystą rtęcią. Dla ochrony przed rabusiami zamontowano wiele pułapek; inżynierów, którzy mogliby zdradzić ich tajemnice, zamurowano w podziemiach. Po zakończeniu prac całość przykryto ziemią i obsadzono drzewami. W takim stanie grobowiec przetrwał już 22 wieki. Opis ten znano od dawna, ale uważano za twór wyobraźni autora. Odkrycie terakotowej armii bardzo go uwiarygodniło. Kosmicznej „Białej Piramidy” oczywiście nie odnaleziono, jeśli pilot Gaussman rzeczywiście widział coś niezwykłego, to prawdopodobnie odblask słońca na jednym ze wzgórz w pobliżu Xi’an. Według dzisiejszych szacunków około 100 pagórków w tej okolicy może być pradawnymi grobowcami. Nie są to jednak klasyczne piramidy, lecz również kurhany.

ANI ATLANTYDZI, ANI KOSMICI


Niezwykłego wyczynu dokonał w roku 1970 norweski podróżnik i archeolog Thor Heyerdahl. Wraz z siedmioma śmiałkami przepłynął Atlantyk na zbudowanej według starożytnych wzorów łodzi z papirusu. Chociaż większość naukowców uważała, że przeprawa nie może się udać, gdyż łódź nasiąknie wodą i zatonie, rejs po 57 dniach zakończył się sukcesem. Celem tego ryzykownego przedsięwzięcia było udowodnienie hipotezy, że dysponujący podobnymi łodziami Egipcjanie mogli pokonać Atlantyk i nawiązać kontakt z ludami Ameryki. U podłoża tego mniemania leżało, dostrzegalne na pierwszy rzut oka, podobieństwo piramid w Egipcie i Meksyku. Heyerdahl triumfował, zdobył olbrzymią popularność, książki, w których przekonywał, że tak odległe w przestrzeni i czasie cywilizacje mogą mieć wspólne korzenie, stały się światowymi bestsellerami. To m.in. dzięki niemu każda dzisiejsza relacja o odkryciu nowej piramidy wywołuje poruszenie. Zwłaszcza gdy amatorzy sensacji skojarzą ją z mityczną Atlantydą, z której miałyby wyrastać owe wspólne korzenie, lub – jak przekonywał Erich von Daeniken (z zawodu hotelarz) – z wizytą gości z kosmosu.

Podobieństwo kształtów i wielkości to jednak za mało, by mówić o łączności między cywilizacjami z regionu Morza Śródziemnego i Ameryki Środkowej. Wyczyn Heyerdahla również niczego nie rozstrzygnął. „To, że coś jest możliwe, nie oznacza, że faktycznie zaistniało” – stwierdza prof. Godlewski. – „Gdyby do kontaktów rzeczywiście doszło, po Egipcjanach z pewnością pozostałby jakiś rezonans w kulturze, wierzeniach czy obyczajach Indian. Nic takiego nie stwierdzono”. Profesor Chochorowski dodaje, że byłoby co najmniej dziwne, gdyby Egipcjanie czy przybysze ze stepów Azji wtajemniczyli mieszkańców Ameryki w sztukę budowania piramid, a nie nauczyli ich tak prostej rzeczy jak jazda konna. Powszechnie znane jest przecież przerażenie, jakie w Aztekach wywoływali siedzący na koniach hiszpańscy konkwistadorzy, Indianie nigdy nie widzieli tych zwierząt, nigdy o nich nie słyszeli. „Rewelacje o Atlantydzie czy kosmitach dlatego cieszą się takim powodzeniem, że wciąż trudno nam uwierzyć, jak wielki był człowiek w przeszłości” – mówi Włodzimierz Godlewski. – „Jesteśmy przeświadczeni, że nie mógł dokonywać rzeczy, które nam wydają się niezwykłe”.

DZIEŁO BOGÓW

 

Bez wątpienia jednym z najbardziej niezwykłych dokonań są olbrzymie piramidy w Teotihuacan, w pobliżu stolicy Meksyku. Uznaje się je często za budowle Azteków. Tymczasem Aztekowie wiedzieli o nich tyle, co my, czyli praktycznie nic. Gdy osiedlili się w tych okolicach, zastali kamienne konstrukcje, które wydały się im zbyt potężne, by mogły być dziełem człowieka. Uznali je więc za twór bogów i wierzyli, że właśnie tu został stworzony świat. Najwyższa z nich, tzw. Piramida Słońca, ma wysokość 65 m, czyli 20-piętrowego wieżowca.

Współczesna nauka zdołała ustalić, że piramidy wzniesiono między II w. p.n.e. i II w. n.e. Ich budowniczowie nie pozostawili po sobie żadnych śladów pisanych, nie wiemy, jak się nazywali, jakim mówili językiem, w co wierzyli. Stworzyli natomiast wspaniałą cywilizację; według szacunkowych obliczeń miasto Teotihuacan zamieszkiwało prawdopodobnie 200 tys. ludzi. Budowniczowie piramid byli też znakomitymi matematykami i astronomami, w ich dziele nic nie jest przypadkowe. Odkryto wiele zależności między ustawieniem względem siebie najważniejszych budowli a układem gwiazd; przez piramidy Słońca i Księżyca można przeprowadzić linię, która sięga do wznoszącego się w oddali szczytu wulkanu. To wskazuje na zupełnie inny rodowód piramid meksykańskich i egipskich. „Cywilizacje, które je budowały, ewoluowały samoistnie, rozwijały się własnym rytmem dostosowanym do miejscowych warunków ” – wyjaśnia prof. Chochorowski. –„Książki Heyerdahla czytałem z zainteresowaniem, ale bardziej jako literaturę przygodową niż naukową”.

Najstarsze amerykańskie piramidy były kopią stożków wulkanów, w których, jak wierzono, zamieszkiwali bogowie. Wznosząc je, ludzie mieli nadzieję, że zadowolą bogów i zapewnią sobie ich przychylność. Z wierzchołka bliżej też było do nieba, co zwiększało szanse, że ofiary zostaną przyjęte, a prośby szybciej dotrą do adresata. Dlatego większość piramid w Ameryce Środkowej wieńczyły świątynie z ołtarzami ofiarnymi. W nauce długo obowiązywał pogląd, że było to ich jedyne przeznaczenie i w odróżnieniu od budowli egipskich nie chowano w nich zmarłych. Rzeczywistość okazała się bardziej złożona.

ZAKLĘTE W KAMIENIU


„Stałem na szczycie świątyni El Mirador w Gwatemali i widziałem w oddali ślady 26 miast, otaczających ją jak tarcza zegara. Znad ciągnącego się po horyzont lasu deszczowego wynurzały się wierzchołki piramid. To było coś! Czułem potęgę cywilizacji, która tu kiedyś istniała” – tych słów nie wypowiedział żaden odkrywca, lecz hollywoodzki gwiazdor Mel Gibson. Wrażenie, jakie wywarły na nim ruiny wielkich miast Majów, było tak silne, że zdecydował się ożywić ten zaginiony świat. Wchodzący właśnie na ekrany film „Apocalypto” z pewnością jeszcze zwiększy zainteresowanie tajemniczym ludem i jego niezwykłym dziełem, które mogą symbolizować górujące nad dżunglą, wysokie, strome piramidy.

Gibson opowiadał o mieście Tikal, ale była to tylko jedna z potężnych metropolii Majów, opuszczonych z niewyjaśnionych do końca powodów. Skoro ruiny nawet dziś wywierają takie wrażenie na filmowcach, łatwo sobie wyobrazić, jakie emocje towarzyszyły ich odkrywcom. Zwłaszcza że nie wiedziano, kto i kiedy wzniósł wynurzające się spod plątaniny drzew i lian omszałe kamienne mury, pokryte tajemniczymi płaskorzeźbami. Gdy w 1839 roku John Lloyd Stephens i Frederick Catherwood dotarli do ruin Copan w Hondurasie i opublikowali pierwsze relacje, snuto przypuszczenia, że odnaleźli ślady któregoś z zaginionych plemion Izraela lub Atlantydy. Indianie mówili o mieście duchów, które nie pozwalają, by ktokolwiek zamieszkał w tej okolicy. Z czasem poznano prawdę, ale jak się okazało, był to dopiero początek sensacyjnych odkryć. Każde miasto, każda piramida kryły w sobie niespodzianki. W Chichen Itza, w piramidzie ze świątynią boga-węża Kukulkana na szczycie, zakodowano cały kalendarz Majów.

Liczba stopni i tarasów odpowiada liczbie dni i miesięcy w roku, 52 reliefy oznaczają 52 lata tworzące pełny cykl rachuby czasu. Budowlę usytuowano w taki sposób, że podczas wiosennego i jesiennego zrównania dnia z nocą pierwsze promienie słońca powoli przesuwają po schodach, co wywołuje wrażenie, że Kukulkan, którego głowę wyrzeźbiono na szczycie piramidy a ogon u podstawy, pełznie do swej świątyni. Stromą piramidę w Uxmal, najstarszym z dotąd odkrytych ośrodków kultowych Majów, zbudowano – z nieznanych powodów – na podstawie w kształcie precyzyjnie wykreślonej elisy. Prawdziwą rewelację przyniosły jednak badania ruin Palenque. Kierującego tymi badaniami Meksykanina Alberto Ruz Lhuilliera szczególnie intrygowała zbudowana na niezbyt wysokiej piramidzie tzw. Świątynia Inskrypcji. Intuicja podpowiadała mu, że trzy pary niewielkich otworów w jej posadzce nie są, jak dotychczas sądzono, magicznymi znakami, lecz służyły czemuś bardziej konkretnemu. Podejrzewał, że przeciągano przez nie liny, za których pomocą wywindowano na szczyt potężny głaz, by coś nim zasłonić. Ale co? Lhuillier zaryzykował.

W 1946 roku roku sprowadził sprzęt i kazał unieść kamień. Zobaczył zasypany gruzem, prowadzący w głąb piramidy szyb. Po jego oczyszczeniu zszedł na dół, do niewielkiego pomieszczenia, w którym dziewięć wyrzeźbionych postaci strzegło kolejnej płyty. Tym razem pokrytej misternym reliefem przedstawiającym mężczyznę we wspaniałym nakryciu głowy. Gdy i tę płytę uniesiono, ukazał się szkielet z jadeitową maską na twarzy. Nie było wątpliwości: To był grób! Wagę odkrycia trudno przecenić. Lhuillier udowodnił, że piramidy w Ameryce nie stanowiły jedynie postumentu dla świątyń, lecz tak jak w Egipcie były monumentalnymi grobowcami.

ZAJRZEĆ DO SERCA PIRAMIDY

Odkrycie w Palenque początkowo wywołało poruszenie jedynie wśród archeologów. Powszechnie znane stało się za sprawą von Daenikena, który w postaci mężczyzny z nagrobnej płyty dopatrzył się pilota statku kosmicznego. To oczywiście kolejna piramidalna bzdura, wystarczy pobieżna znajomość sztuki Majów, by wiedzieć, że właśnie w taki sposób przedstawiano dostojników i kapłanów. Znacznie poważniejszy charakter miała dyskusja o przyczynach już nie tylko wizualnego, ale również funkcjonalnego podobieństwa piramid egipskich i amerykańskich. Jej temperatura jeszcze wzrosła, gdy okazało się, że Palenque nie było wyjątkiem i wiele grobowców odnaleziono w piramidach w Copan.

 

Na swój sposób włączył się do niej Thor Heyerdahl, pokazując, że również w starożytności przeprawa przez Atlantyk była możliwa. Problem w tym, że piramidy Majów i Egipcjan dzieli w czasie niemal 3 tysiące lat. Mówienie o wzajemnym wpływie ich budowniczych zakrawa więc na absurd. Trzeba jednak pamiętać, że przed Majami i Aztekami w Ameryce Środkowej rozkwitały inne, dużo starsze cywilizacje, m.in. budowniczych Teotihuacan i wznoszonych jeszcze wcześniej piramid ziemnych. Jak dotąd nie odnaleziono w nich grobów, ale też niezbyt intensywnie ich szukano. Dopiero w latach 70. minionego wieku podjęto poważniejsze prace. Pod Piramidą Słońca odkryto fragmenty tunelu, w roku 1998 w Piramidzie Księżyca natrafiono na szczątki trzech osób. Analiza szkieletów wykazała, że byli to młodzi mężczyźni, którym ścięto głowy, a więc prawdopodobnie złożono w ofierze. Nadal jednak nie wiadomo, czy stanowili tylko dar dla bogów, czy mieli towarzyszyć w zaświatach pochowanemu wewnątrz władcy.

Piramidy w Teotihuacan są tak ogromne, że nie można ich prześwietlić. Obecnie naukowcy z Instytutu Fizyki Uniwersytetu w Mexico City starają się „zajrzeć” do ich środka za pomocą detektora cząsteczek promieniowania kosmicznego. Gdyby wewnątrz znajdowały się puste pomieszczenia , na przykład komory grobowe, tor cząsteczek ulegałby minimalnemu odchyleniu. Ta wiedza pozwoliłaby na podjęcie prac wykopaliskowych w konkretnym miejscu, przy czym ich wyniku nie sposób przewidzieć. Piramidy pozostają ciągle zagadką, a wiele związanych z nimi odkryć ma rzeczywiście piramidalny charakter.

ZAPOMNIANY OLBRZYM


Czy może istnieć większa od piramidy Cheopsa budowla, o której jeszcze do niedawna nic nie wiedziano? Pytanie wydaje się pozbawione sensu, tymczasem prawidłowa odpowiedź wcale nie brzmi „nie”. Już pierwsi konkwistadorzy dowiadywali się od Indian, że niektóre wzniesienia w głębi kraju to również piramidy, tyle że całkowicie porośnięte roślinnością. Nie dawali wiary tym opowieściom, gdyż wzgórza wydawały się zbyt wielkie, by mogły być sztucznymi tworami. Na jednym z nich, w Cholöltlan (obecnie Cholula, w środkowym Meksyku) zbudowali kościół. Od XIX wieku mieszkańcy miasteczka wydobywali ze wzgórza kamienie, których używali do budowy domów. Gdy sprawą w końcu zainteresowali się archeolodzy, stwierdzili ze zgrozą, że ludzie nie kują skał, lecz rozbierają jakąś budowlę. Czyżby opowieści Azteków o gigantycznej piramidzie były prawdziwe? Dziś jest to już potwierdzone.

Meksykańscy archeolodzy odsłonili jedną z bocznych ścian, wydrążyli w niej tunel i ustalili, że zgodnie z kalendarzem, używanym przez większość kultur Ameryki prekolumbijskiej, budowlę co 52 lata „odnawiano”, wznosząc na starej konstrukcji nową. Powtórzono to kilkakrotnie i w efekcie zbudowano... największą piramidę świata. Jest co prawda niższa od piramidy Cheopsa, ma „tylko” 66 metrów wysokości, ale ze względu na podstawę o wymiarach 450 x 450 m niemal dwukrotnie przewyższa ją objętością. Nie można wykluczyć, że nawet ten gigant straci pozycję lidera, istnieją bowiem podejrzenia, że wzgórze El Tigre w północnej Gwatemali kryje piramidę jeszcze potężniejszą. Skoro takie sukcesy odnoszą zawodowi archeolodzy, z poszukiwań nie rezygnują również żądni sławy amatorzy. I zdarza się, że dokonują zdumiewających odkryć. Emiliano Bethencourt należał do grona nieszkodliwych maniaków szukających Atlantydy.

W roku 1990 zwrócił uwagę na kamienne pryzmy w pobliżu Güimar na Teneryfie. Codziennie mijały je dziesiątki ludzi, traktując jak dzieło rolników oczyszczających pola. Bethencourt przyjrzał się im uważniej i doszedł do wniosku, że kamienie nie zostały ułożone przypadkowo, a na niektórych znajdują się ślady obróbki. O swych spostrzeżeniach poinformował niezmordowanego Heyerdahla, który mimo że ukończył już 76 lat, wciąż szukał dowodów potwierdzających teorię „łańcucha piramid”, ciągnącego się od Egiptu po Amerykę, i prowadził wykopaliska w Peru. Zaintrygowany przybył na wyspę z ekipą ekspertów, którzy potwierdzili, że hałdy kamieni to pozostałości po 6 piramidach. Ich kształt i ustawienie przypominały najstarsze budowle z Ameryki Środkowej. Heyerdahl uznał, że trafił na ślad brakującego ogniwa w swoim łańcuchu, Wyspy Kanaryjskie leżą bowiem na trasie transatlantyckiej przeprawy. Jeśli starożytni żeglarze rzeczywiście przepływali ocean, nie mogli znaleźć lepszego miejsca na postój.

OD GIZY DO MAZUR


Największą słabością w tym rozumowaniu są problemy z synchronizacją czasu. Na razie nie udało się ustalić wieku piramid z Güimar, nie wiadomo zatem, czy budowano je wcześniej od amerykańskich, czy – co sugeruje wielu badaczy – znacznie później. Jakkolwiek było, pewne jest jedno – nikt, kto zobaczył piramidy, nie pozostawał obojętny na ich moc i magię. Zdarzali się nawet naśladowcy faraonów, którzy pragnęli spocząć w podobnym grobowcu, oczywiście skrojonym na miarę możliwości. Osiem wieków po zbudowaniu ostatniej piramidy w Egipcie na piaskach Sahary ponownie zaczęto stawiać budowle w kształcie ostrosłupów. Miały zaledwie kilkanaście metrów wysokości, ale były nader liczne. Do dziś przetrwało ich 180–220. W minipiramidach chowano władców królestw z terenów historycznej krainy nazywanej Nubią; największe skupiska grobowców tego typu znajdują się w Meroe i el-Kurru na terenie Sudanu. „Wpływ Egiptu na kulturę Nubii jest oczywisty” – mówi prof. Godlewski, który kierował kilkoma ekspedycjami naukowymi w Sudanie. – „Tworzące ją ludy Kuszytów przejęły od Egipcjan nie tylko elementy architektury, lecz również religię.

Te zapożyczenia nie stanowią jednak argumentu potwierdzającego teorię o rozprzestrzenianiu się kultury egipskiej na cały świat. Kuszyci bezpośrednio sąsiadowali z Egiptem, ich władcy zapoczątkowali 25. dynastię faraonów”. Po podboju kraju faraonów swoją architekturę o egzotyczne elementy wzbogacili Rzymianie. Do naszych czasów zachował się grobowiec, w którym w 12 r. p.n.e. pochowano trybuna Cestiusza – smukły ostrosłup o wysokości 37 m. Zajęcie Egiptu przez Arabów na długo zamknęło go przed Europejczykami , ale wystarczyło, że dotarła tam armia Napoleona, by piramidy znów zaczęły fascynować. I to tak intensywnie, że mówiono wręcz o egiptomanii. Jej pozostałości można znaleźć na całym kontynencie, także na ziemiach polskich.

 

Największe wrażenie wywiera 16-metrowa piramida grobowa zbudowana w 1811 r. przez barona Friedricha von Fahrenheida w Rapie na Mazurach. Jej projektant, wybitny duński rzeźbiarz Thorvaldsen, zadbał, by wewnętrzne proporcje były identyczne jak w grobowcach faraonów. Charakterystyczny kształt ostrosłupa mają również grobowce rodziny Kulczyckich w Międzybrodziu, Franciszka Łakińskiego w Łaziskach, generała von Obena w Rożnowie na Opolszczyźnie oraz mogiła powstańców kościuszkowskich w Karczewie pod Warszawą. Podobnych obiektów jest więcej i wcale nie trzeba przeprowadzać wykopalisk, by odkryć „swoją” piramidę.

Kazimierz Pytko