Ależ to stworzenia z Doliny Muminków!” – wołają moi znajomi oglądając rysunki, które zrobiłam spod mikroskopu. Tak nazywają wirki, które uczyłam się rozpoznawać w Alfred-Wegener-Institut (AWI) na niemieckiej wyspie
Sylt na potrzeby mojego doktoratu w Instytucie Oceanologii PAN w Sopocie. Można znaleźć je w wilgotnym piasku na każdej polskiej plaży, podobnie jak mnóstwo innych zwierząt – pod każdym odciskiem stopy średnio żyje ich od
50 do 100 tys. Ta piaskowa menażeria to meiofauna. Wchodzące w jej skład stworzenia są mniejsze od przecinka w tym zdaniu, przezroczyste, zazwyczaj długie i cienkie. Nicienie wyglądają jak czerwie pustyni z „Diuny” Franka Herberta. Niesporczaki przywodzą na myśl ośmionogie misie gramolące się wśród głazów, wrotki wyglądają jakby na zawsze zrosły się z włochatą trąbą (zresztą słusznie, bo ta trąba, zwana aparatem wrotnym, stanowi ich paszczę), a brzuchorzęski rozczulają zaokrąglonymi „brzuszkami” na krótkich „nóżkach” i ledwo zarysowaną „głową” z fryzurą a la Einstein.

Co w ziarenkach piszczy


Meiofauna została odkryta w latach 20. XX wieku. Niemiecki zoolog Adolf Remane szukał wówczas modelowego mikroświata o niewielkiej liczbie gatunków i prostej sieci zależności, który mógłby opisać w najdrobniejszych
szczegółach. Piaszczysty brzeg Zatoki Kilońskiej wydawał mu się idealny, bo cóż poza kilkoma robakami mogło w nim mieszkać? Remane użył sita o  drobnych oczkach i doznał szoku. Otworzył wrota naukowego sezamu – ekosystemu, który okazał się jednym z najbogatszych na Ziemi! Różnorodność życia toczącego się w szczelinach między ziarnami piasku, od morskich głębin po rozpalone słońcem plaże, nie ustępuje obfitości gatunkowej lasów deszczowych.