Na Karaibach szalało wielu piratów, którzy na trwałe zapisali się w historii. Czarnobrody, czyli Edward Teach (1675–1718), splatał swoją bujną brodę w warkoczyki, a przed bitwą morską pod kapelusz wkładał zapalone lonty. William Kidd (1645–1701) to znany nie tylko z Karaibów okrutnik, którego barbarzyńska załoga torturowała i mordowała jeńców. Był aż dwukrotnie wieszany: za pierwszym razem urwała się lina. Z kolei Bartholomew Roberts (1682–1722) miał opinię dandysa, który ubierał się w tafty i jedwabie, a na szyi nosił złoty krzyż wysadzany klejnotami. Zaś zdradziecki Henry Morgan (1635–1688) najpierw był piratem, a potem łapał swoich dawnych druhów jako gubernator Jamajki.

Do historii przeszły też piratki Mary Read (1685–1721) oraz Anne Bonny (1697–1782).  Wbrew oczekiwaniom, nie skończyły na stryczku. Pierwsza zmarła nieszczęśliwie podczas porodu, druga natomiast dożyła sędziwego wieku jako... szanowana dama i kochana babcia.

Nieco później po złotej epoce piractwa, podczas której karierę robili powyżsi „bohaterowie”, na karaibskich wyspach pojawili się też morscy rozbójnicy rodem z Polski. Rozbójnicy dosyć specyficzni. Otóż w pierwszych latach XIX w. Napoleon wysłał na Haiti (czyli San Domingo) 6 tys. polskich legionistów, by pomogli Francuzom stłumić powstanie niewolników w tej kolonii. Polacy wcześniej toczyli przy boku Bonapartego walki w Europie, ale gdy chwilowo nastał pokój, stali się „bezrobotni”. Dlatego praktyczny Napoleon znalazł dla nich nowy front...

Brudna kolonialna wojna

Między XVII a XVIII w. Francuzi wysłali na Karaiby ponad milion niewolników z Afryki. Najwięcej trafiało na Haiti. Rządzono nimi niezwykle brutalnie. „Za zbiegostwo obcina się ucho, za recydywę nogę do kolana, a za trzecią ucieczkę czeka niewolnika śmierć” – opisywał francuskie regulacje prawne historyk Tomasz Łepkowski.

Po latach wyzysku i mniejszych buntów, w końcu wybuchła na Haiti rewolucja. Francuzi prowadzili walki w wyjątkowo bestialski sposób, spotkali się więc z okrutną zemstą powstańców. Polacy też ginęli z rąk niewolników. „Porucznika Madejskiego wziąwszy w niewolę, wsadzili go pomiędzy dwie deski i wzdłuż przepiłowali” – wspominali polscy legioniści Kazimierz Lux i Piotr Wierzbicki. Okazuje się, że Francuzi przedstawili Polaków jako „potwory karmiące się jedynie mięsem ludzkim”.

Jednak, jak pisali obaj żołnierze, gdy buntownicy „dowiedzieli, z jakiego powodu  wysłani zostaliśmy na San Domingo, zmienili postępowanie”. Polacy też rozumieli rewoltę poniżanych, bo przecież ich własna ojczyzna niedawno znalazła się pod zaborami. Dlatego niektórzy z żołnierzy nawet przyłączyli się do buntowników. 

Interwencja w kolonialnej wojnie nie uśmiechała się legionistom tym bardziej, że nie przywykli do walk w tropikach. Szalały choroby zakaźne, szerzyły się demoralizacja i defetyzm. Wierzbicki i Lux wspominali, że „odgłos nawet dzwonu już nie zwoływał wiernych na modlitwę, ani godzinę śmierci zwiastował; każdy się podle lękał, nikt nie śmiał westchnąć do Boga”. Z tych legionistów zginęło, zmarło na zarazę lub sczezło w niewoli Brytyjczyków (którzy też zaangażowali się w konflikt) około 4 tys. żołnierzy. Kilkuset Polaków przeszło na stronę powstańców. A paru... zostało piratami.

Łajdactwo i bohaterstwo

Kaprem na francuskiej służbie został m.in. Wincenty Kobylański. Wykorzystywał przy tym stare znajomości z gen. Lavalettem. Miał jednak o Francuzach kiepskie mniemanie, bo widział, że prowadzą wojnę z przyczyn czysto merkantylnych. Wszak w myśl ideałów rewolucji francuskiej powinni uwolnić niewolników w swoich koloniach, lecz oznaczałoby to bankructwo zbyt wielu rodzin na kontynencie, zrezygnowali więc z tego pomysłu. Pieniądze liczyły się bardziej niż humanitaryzm. „U tych łajdaków ciężko jest służyć i honoru nie ma!”– narzekał więc Kobylański, wyruszając w łupieżcze rejsy ze swej bazy na Kubie.

Za cel obrał Jamajkę, zarządzaną przez Anglików. Po pierwsze byli strategicznymi wrogami francuskich sponsorów Polaka, po drugie zaś w ich niewoli gniło (we wrakach żaglowców przerobionych na więzienia) wielu rodaków Kobylańskiego. Szło mu nieźle. Kupował statki, wyposażał w działa, kompletował załogi. Jego kariera była jednak krótka: został otruty przez wspólnika, któremu wcześniej sam próbował podać truciznę.

Jednym z owych Polaków cierpiących w angielskiej niewoli na pełnych szczurów i robactwa okrętach-więzieniach był Kazimierz Lux (1780–1846). O jego życiu wiemy ze wspomnień, które spisał po powrocie nad Wisłę. Wynika z nich, że o karierze pirackiej pomyślał po wyjściu na wolność. Żądny zemsty na Anglikach, wystąpił do Francuzów o list kaperski. Z sześćdziesięcioosobową załogą pływał na galeocie o nazwie „Mosquito”, pod wodzą kapitana Bruata. Wiele razy potykali się na Karaibach z amerykańskimi i angielskimi okrętami płynącymi z dostawami na zbuntowane Haiti. Rekwirowali zatrzymane jednostki i sprzedawali razem z ładunkiem. Czasem dla postrachu wychłostali jeszcze marynarzy z pojmanego statku i wypuścili na pełne morze w szalupie, z garścią sucharów.

85 proc. zysków dzieliła między sobą korsarska załoga. Resztę przeznaczano m.in. na rzecz dawnych towarzyszy walki, którzy zostali inwalidami lub znaleźli się w potrzebie. Lux przeżył wiele ataków, podstępów, pościgów i abordaży. Po czym, bogatszy o doświadczenia i sporo gotówki, wrócił do Europy, do armii Księstwa Warszawskiego. Spisał wspomnienia, a jego grób można podziwiać na warszawskich Starych Powązkach.

Większym ideowcem był Izydor Borowski (1776–1838). Najpierw przeszedł na stronę zbuntowanych niewolników. Potem przystąpił do piratów mających bazę na słynnej Tortudze. Zamiast zostać kolejnym Czarnobrodym, Polak wolał być miejscowym Janosikiem. W szeregach tzw. Braci Wybrzeża bronił miejscowych przed wyzyskiem. „W odróżnieniu od piratów, uprawiających zwykłe rozbójnictwo morskie, Bracia Wybrzeża chcieli uchodzić za obrońców biednej ludności Archipelagu Antylskiego” – pisał Wojciech Sulewski w książce „Konterfekty dziwnych Polaków”. 

Z czasem Borowski zhardział jeszcze bardziej i wziął udział w walkach narodowowyzwoleńczych w Ameryce Południowej: u boku legendarnych bojowników o wolność takich jak Simon Bolivar i Francisco de Miranda. Niespokojny duch, nie zagrzał jednak długo miejsca na zachodniej półkuli. Ostatecznie wylądował na służbie u perskiego szacha, bijąc się w Afganistanie (jako wezyr zdobył tam m.in. słynną twierdzę Herat).

Mieszane korzenie

Zupełnie inna była biografia Ignacego Aleksandra Blumera (1773–1830). Był synem Polki i Irlandczyka, właściwie nazywał się O'Bloomer, a przyszedł na świat na Podolu. Bił się m.in. w powstaniu kościuszkowskim, a po upadku I Rzeczypospolitej wyjechał z kraju i jak wielu innych wstąpił do Legionów Polskich we Włoszech. Na San Domingo cudem przeżył, gdy haitańscy powstańcy zaatakowali szpital, w którym leżał z innymi legionistami, walcząc z żółtą febrą. Udało mu się uciec z kompanami na morze na francuskim statku.

Potem, gdy jednostkę zatrzymali Anglicy, Francuzów zabrali do niewoli, a Polaków puścili wolno. Podobno w kontaktach z Brytyjczykami pomógł fakt, że oficerowie z obu jednostek wymienili między sobą masońskie pozdrowienia.

Tak Blumer został dowódcą okrętu, który de facto zajmował się piractwem. Ponoć miał nawet konszachty z wcześniej wspomnianym Kobylańskim. Podczas jednej z wypraw, uciekając przed Anglikami (tym razem już mniej litościwymi), Blumer wylądował z załogą na Florydzie. Powstał wtedy pomysł, by założyć tam polską kolonię. Blumer wolał jednak wrócić do ojczyzny. Jak wyznał później, „wcale nie chciał korony króla puszczy”.

Co dostał w zamian? Z wojskiem Księstwa Warszawskiego wziął udział w wyprawie Napoleona na Rosję, a po klęsce Bonapartego służył w armii Kongresówki. Nie wierzył już w sukces kolejnych polskich zrywów narodowowyzwoleńczych. Gdy w 1830 r. wybuchło powstanie styczniowe, pozostał lojalny wobec cara. Zginął walcząc przeciw zbuntowanym rodakom pod warszawskim Arsenałem.

Te zadziwiające historie nigdy niestety nie stały się kanwą filmu, który mógłby być polskim odpowiednikiem „Piratów z Karaibów”. Ba, przez lata nawet rzadko o nich pisano. Szkoda, bo cała historia karaibskiego piractwa wiele zawdzięcza człowiekowi, w którym płynęła ponoć polska krew. To urodzony w Elblągu – jak pisał na łamach „Polski Zbrojnej” marynista Henryk Mąka – z matki Polki i ojca Holendra korsarz Aleksander Exqemelin (1645–1707).

Zajmował się nie tylko rozbójnictwem: wykształcił się także na chirurga, zaś w 1678 r. wydał książkę „De Americaensche Zee-Roovers” (Bukanierzy amerykańscy). Ten ważny historyczny dokument o karaibskim piractwie, pełen też opisów egzotycznych miejsc i krwawych walk, opublikował pod zmienionym nazwiskiem – jako John Esquemeling. Książka zyskała taką popularność, że szybko doczekała się tłumaczeń na inne języki. Polscy korsarze, którzy za czasów Napoleona poszaleli trochę na Karaibach, zapewne nawet nie wiedzieli, że mieli takiego znanego poprzednika.

Więcej o piratach – od Karaibów po Chiny, od Bałtyku po Ocean Indyjski  przeczytasz w nowym Focusie Historia Ekstra nr 4/21.