Około I wieku n.e. miasto zaczęło otwie­rać się poza mury. Na ich skraju znajdował się amfiteatr z koszarami gladiatorów. Wzdłuż ulic wznoszono domy mieszkalne, często łą­czone i rozbudowywane. Wypoczynkowi słu­żyły termy i domy publiczne. Tym ostatnim, których liczbę szacuje się na ponad trzydzieści, miasto zawdzięcza opinię antycznej stolicy roz­wiązłości i grzechu.

Pompeje to takie rzymskie Las Vegas - twierdzi profesor Mary Beard, historyczka z University of Cambridge. Trwające od stu lat badania wykopaliskowe wskazują, że poważ­ną gałąź lokalnej gospodarki stanowiły usługi seksualne. Liczne domy publiczne składały się przeważnie z ciasnych klitek. Ślady odcisków butów na ścianach wskazują, że nawet rozpro­stowanie nóg sprawiało niekiedy spory kłopot. Burdele otwierano również w tawernach, gdzie w atmosferze pijaństwa i hazardu funkcje kurty­zan pełniły kelnerki. Do korzystania z ich usług zachęcały napisy reklamowe.

O swobodnym podejściu do spraw seksu świadczyły również obelżywe teksty i rysunki malowane na ścianach budynków.

Ile prawdy, ile mitów?

Tak wyglądały Pompeje na chwilę przed katastrofą. Kolejne odkrycia archeologiczne stawiają przed badaczami nowe pytania o oko­licznościach zniszczenia miasta. Według badań z2010 r. prowadzonych przez wulkanologa Giu­seppe Mastrolorenza główną przyczyną śmierci pompejańczyków mógł być żar wydobywający się z Wezuwiusza.

Erupcji wulkanu towarzyszyła tzw. lawina piroklastyczna (gorejąca chmura) - mieszanina gorących gazów, popiołów i materiału skalnego, która najprawdopodobniej osiągnęła zawrotną prędkość 150 km/godz. Składała się z sześciu fal; Pompeje zalała fala czwarta. Miała jednak stosunkowo małą prędkość, nie mogła więc bezpo­średnio zagrozić ludziom. „Miasto znajdowało się zaledwie na skraju fali uderzeniowej, dzięki czemu zachowała się infrastruktura budowlana” - mówi Mastrolorenzo.

Śmiertelnie niebezpieczny okazał się za to żar o temperaturze sięgającej 550 st. C. Fale gorą­ca doprowadziły według Włocha do natychmia­stowej śmierci tysięcy ludzi, nawet tych, którzy zdołali schronić się w budynkach. „Już 300 st. C to wystarczająco wysoka temperatura, aby w ułamku sekundy zgładzić całą populację” - twierdzi badacz. Nagły zgon ofiar potwierdzają również skurczone, powykręcane pozycje, w ja­kich odnaleziono zwłoki.