Kiedy zaczynałem studiować filozofię, myśl Sokratesa: „Poznaj samego siebie, a stanie przed tobą otworem cały świat”, wydawała mi się oczywista. Trzeba po prostu wsłuchać się w siebie, poznać swoje możliwości, przyjrzeć się zagadnieniu: kim jestem i dokąd zmierzam. Dziś wydaje mi się jednak, że nie miałem wtedy doświadczenia i potrzebnych narzędzi, by zrozumieć to zdanie i rzeczywiście poznać siebie. Dlatego potraktowałem je w sposób oczywisty i powierzchowny. Tak naprawdę specjalnie się nad sobą nie zastanawiałem. Myślałem, że przecież znam siebie dobrze i wiem, kim jestem.

Później przyszedł czas zdobywania biegunów, pokonywania pustyń i oceanów. Cały czas byłem zwrócony w stronę świata zewnętrznego, wielkich idei i ambicji, które pchały mnie do przodu, w stronę zdobywania doświadczenia, balansowania na granicy życia i śmierci. Wszystko to dawało wiele emocji i wiele materiału do zastanowienia się nad sobą, ale czasu, by to zrobić, nie było wiele. Mimo to przestrzeń, w której żyłem, estetycznie uproszczona, sprawiała, że skupiałem się na sobie. W dziennikach „Moje bieguny” i w książce „Wyprawa” dużo pisałem o swoich emocjach, odczuciach, doświadczeniach, wnioskach z tych doświadczeń.

Powoli zaczynałem dostrzegać pewne mechanizmy i zależności między zdarzeniami z przeszłości a teraźniejszością. Kiedy miałem pięć lat, w czasie wakacji u cioci w Helenowie pod Łodzią złamałem rękę. Znalazłem się w szpitalu, gdzie założono mi gips. Ale kość nie chciała się zrosnąć, groziła mi nawet amputacja. Wielokrotnie mi tę rękę łamano i składano. W efekcie spędziłem mnóstwo czasu w sanatoriach i szpitalach, łącznie kilka lat. Dzisiaj dostrzegam związki między tą sytuacją: długim pobytem w szpitalu, osamotnieniem a swoją późniejszą skutecznością w rozwiązywaniu problemów i podejmowaniu nowych wyzwań. Znajduję się teraz na takim etapie w życiu, że zaczynam się poważnie zastanawiać nad tym, skąd przychodzę i dokąd zmierzam. Wiąże się to z pomysłem na mój najnowszy projekt wyprawowy „Odyseja 2014. Człowiek w poszukiwaniu wartości”, w którym w serii debat będę dyskutował o wartościach europejskich i próbował odpowiedzieć właśnie na pytanie: skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy.

Analizując doświadczenia z dzieciństwa, zaczynam dostrzegać mechanizmy, które świat – chcąc czy nie chcąc – wpoił mi w dzieciństwie i którym teraz podświadomie ulegam. Jestem na początku tej drogi i pewnie nie będę próbował rozkładać się na czynniki pierwsze, ale wydaje mi się, że dopiero z pewnej perspektywy dostrzegamy, na ile jesteśmy wolni w tym, co robimy, a na ile zaprogramowani. Ze spotykanymi ludźmi staram się rozmawiać otwarcie o tym, na ile to, kim jesteśmy dzisiaj, wypływa z tego, kim byliśmy we wczesnym dzieciństwie, i wiele osób stwierdza, że nie zdawały sobie sprawy z tego, jak mocno nas dzieciństwo determinuje.

Wydaje mi się, że umysł w naturalny sposób ucieka od swojej historii. Gdybyśmy wciąż rozpamiętywali przeszłość, trudno byłoby nam funkcjonować. Na pewno każdy człowiek spotkał się w dzieciństwie z wydarzeniami dobrymi i złymi. Zawsze krytycznie, wręcz z uśmiechem, podchodziłem do psychoanalizy, psychoterapii i ciągle tak jest. Wydaje mi się, że jest niewiele osób, które mają rzeczywistą, głęboką wiedzę na temat pracy z sobą i wnikania w swoją przeszłość. Podróż w głąb siebie powinna według mnie mieć charakter praktyczny, być nie tyle rozpamiętywaniem przeszłości, ile pracą z nią. Powinna służyć lepszemu zrozumieniu siebie, poznaniu schematów i zasad postępowania, których do końca sobie nie uświadamiamy.

Wcześniej wszystko wydawało mi się oczywiste: jestem, jaki jestem, zachowuję się w ten, a nie inny sposób. Staram się być swobodny, otwarty, szczery, uśmiechnięty. Teraz jednak, kiedy się sobie trochę przyjrzałem, widzę, że w pewnych sytuacjach postępuję schematycznie. Mimo że mam dom i dzieci, myślę o ekstremalnych podróżach, trzech biegunach w jednym roku. Zdaję sobie sprawę, że nie mam ku temu powodów. Kolejna wyprawa niewiele zmieni w moim bilansie życia podróżnika, nie przybędzie mi doświadczeń, ani emocji, ani sławy. A jednak gdzieś w mojej podświadomości tkwi schemat, który powoduje, że wracam do tych pomysłów. Na ile wypływają one z dzieciństwa, do końca nie wiem. Nasza wolność jest tak naprawdę pozorna i im jesteśmy starsi, tym bardziej te pozory są widoczne. Kiedy jesteśmy pochłonięci wielkimi ideami, one nas kształtują i wtedy powodujące nami schematy są zawieszone. Kiedy te „wielkie sprawy” się kończą i wracamy w objęcia codzienności, biorą nas z powrotem w posiadanie.

Żeby być trochę bardziej wolnym, trzeba wykonać choćby podstawową pracę nad sobą, nad zrozumieniem siebie, odszukaniem schematów, które są w nas wdrukowane. Nie jest to łatwe, umysł instynktownie ucieka od tych problemów. Wydaje mi się, że musi zacierać te ślady, traumy, bo inaczej trudno byłoby nam żyć. Los często konfrontuje nas (przynajmniej mnie konfrontował) z wieloma trudnymi sytuacjami, które trzeba jakoś pokonać (nie zawsze jest to możliwe). Dwadzieścia lat temu to, co piszę teraz, wydawałoby mi się bajką i literaturą. Ale z dzisiejszej perspektywy wierzę, że takie zależności istnieją. Tak naprawdę nie chodzi o wzniosłe idee czy słowa, które by nas opisywały, lecz o konkretne sytuacje, zidentyfikowanie kluczowych punktów, odnalezienie kluczy do samego siebie.

Jak poznać samego siebie? Tego nie wiem, sam jestem na początku drogi. Na pewno warto rozmawiać z ludźmi, którzy mają doświadczenia w odnajdywaniu siebie. Przed podróżą w głąb siebie mogę jedynie zastosować te narzędzia, które już znam i wykorzystywałem przy wcześniejszych podróżach. Najpierw spróbować poszukać w internecie i księgarniach najlepszych książek, starać się zidentyfikować przez internet i kontakty osobiste ludzi, którzy mają kompetencje w tej dziedzinie, niekoniecznie podparte tytułami naukowymi. Następnie postarać się zdobyć jak najwięcej doświadczeń, zbudować plan podróży i ruszyć w drogę. Każda podróż zaczyna się przecież od pierwszego kroku.