Zadziwiające, że wśród najwcześniejszych źródeł na temat życia Kolumba – a były to listy, kroniki i opracowania aż 26 współczesnych mu lub żyjących niedługo po jego śmierci autorów – żaden nie napisał, skąd dokładnie pochodzi odkrywca. A przecież chociaż kilku z nich znało go osobiście, korespondowało z nim.

Nawet jeśli kronikarze podawali jakieś informacje o jego rodzinnych stronach, to były albo niejasne, albo sprzeczne. Mało który wskazywał na konkretne miasto. Część nazywała go po prostu Włochem, Liguryjczykiem lub „z genueńskiego narodu”. Sam Kolumb nigdy nie napisał, że pochodzi z Genui. Jedyny dokument rzekomo na to wskazujący nie jest oryginałem, lecz podejrzaną „kopią” [patrz s. 64: Fałszywka?].

Jednak zgodnie z oficjalnie przyjętą, choć nieudokumentowaną, wersją wydarzeń ojcem Kolumba miał być tkacz z Genui. Niejaki Domenico Colombo, który… zmarł w skrajnej nędzy pod koniec XV w. Trudno uwierzyć, że jego syn Krzysztof, znany z przywiązania do bliskich, okazał się nieczuły na los rodzica – zwłaszcza że sam był wtedy u szczytu sławy i bogactwa. Kolumb nie udał się też nigdy do „ojczystej” Genui, by cieszyć się swoim triumfem lub zadedykować go „rodakom”. Ani on, ani jego bracia! Dziwni to zaiste genueńczycy…

NIECHCIANY SYN GENUI?

Fakt, że w 1493 r. historyk Pietro Martire napisał o Kolumbie „człowiek z Ligurii”, a później inni to powtórzyli, wywołał poczucie dumy wśród mieszkańców tego regionu. Stawiali odkrywcy pomniki w centrach miast, chwaląc się sławnym żeglarzem. Nic dziwnego, że informacja podana przez Martire’a poszła w świat – z dokumentów wynika, że w Genui i kilku innych liguryjskich miastach żyło wiele rodzin o nazwisku Colombo. Nie ma jednak dowodów, że to krewni odkrywcy. Oberto Foglietta w kronice z XVI w. zawierającej nazwiska wybitnych rodzin z Genui w latach 1100–1527 nie odnotowuje żadnego ważnego Kolumba (choć są tam zapomniani już dziś żeglarze jak admirał Biagio D’Assereto czy kapitan Lazaro Doria).

Historyk Agostino Giustiniani w swoim „Psałterzu” (1516) utrzymywał, że Kolumb to „Genueńczyk, zrodzony z rodziców niskiego stanu”. Nie zaakceptował takiego sformułowania syn żeglarza Ferdynand. Skrytykował Giustinianiego, że to „dziejopis fałszu się imający, dający się poznać jako nieroztropny i stronniczy uczony tudzież jako złośliwy”. Ferdynand sam postanowił znaleźć rodzinę. Spotkało go jednak rozczarowanie, gdy zaczął przetrząsać Ligurię w nadziei dotarcia do krewnych. Nie odnalazł nikogo, chociaż w czasie jego wizyty mieszkała w Genui np. Bianchinetta Colombo, córka wspomnianego biednego tkacza Domenico – czyli rzekoma ciotka Ferdynanda! Syn Kolumba nie tylko nie zajrzał do niej, ale szukał krewnych w innych regionach: sąsiednim Emilia-Romagna i jeszcze dalej w Wenecji Euganejskiej. Bez powodzenia.

Władze Genui same wydawały się skonfundowane tym, że brakuje dowodów na związki słynnego odkrywcy z tym miastem. W liście do swego ambasadora w Hiszpanii w 1586 r. dowodziły bowiem, że Kolumb pochodził z pobliskiej miejscowości Cogoleto. Lecz i to okazał się niepotwierdzony trop.

A jednak współcześni Kolumbowi, którzy pisali o nim jako genueńczyku, mogą mieć nieco racji. Żeglarz mógł bowiem pochodzić z greckiej wyspy Chios, która była w genueńskich rękach przez dwa wieki (1346–1566) i nazywano ją nawet „prawym okiem Genui”.

 

CHIOS: „PRAWE OKO GENUI”

Argumenty przemawiające za tą teorią zebrała – analizując zapiski żeglarza oraz inne historyczne dokumenty z epoki – prof. Ruth Durlacher-Wolper, dyrektor New World Museum San Salvador na Bahamach (autorka książki „A new theory clarifying the identity of Christophoros Columbus”). Według badaczki  Kolumb to w istocie urodzony w 1439 r. syn bizantyjskiego szlachcica Jana Paleologa Dishypatosa. Matką odkrywcy Ameryki była Maria Sacoma-Colom z kupieckiej rodziny z katalońskiej Girony, która na początku XV w. przeniosła się na Chios. Owo Colom to katalońska forma nazwiska Colon, jak włoskie Colombo, polskie Kolumb czy greckie Kolombos.

Tradycję o pochodzeniu żeglarza z Chios pielęgnują mieszkańcy miejscowości Pyrgi na południu wyspy. Pokazują nawet dom, w którym mieszkał odkrywca. Dodajmy, że na grobowcu żeglarza w Sewilli widnieje napis, że pochodził „z Terra Rubra”, czyli z „czerwonej ziemi”. Jego syn Ferdynand wyjaśniał w swych „Dziejach żywota i znamienitych spraw Admirała don Krzysztofa Kolumba”, że „takie same słowa widział w podpisie don Krzysztofa przed uzyskaniem przezeń tytułu admirała”. Tak się składa, że ziemie południowej części wyspy Chios w okolicach Pyrgi są rzeczywiście czerwone… Tylko dlaczego Kolumb miałby zatajać, że jest z pochodzenia Grekiem?

SEKRET DLA OCALENIA ŻYCIA

Powodem był upadek Konstantynopola 29 maja 1453 r., gdy większość z dworzan i szlachty, walczących u boku cesarza, zginęła broniąc murów miasta. Inni zostali zmasakrowani przez triumfujących muzułmanów.

Wśród tych, którzy ponieśli śmierć po wtargnięciu osmańskiej armii, było wielu członków rodziny Dishypatos – spokrewnionych z panującą w Bizancjum dynastią Paleologów. Ostatni cesarz Konstantyn XI nie miał bezpośrednich spadkobierców. Sułtan chciał się jednak upewnić, że wszyscy męscy członkowie rodziny znaleźli się pod kontrolą albo zostali wcześniej wyeliminowani z gry. Przecież krewni bizantyjskiej dynastii byliby idealnymi kandydatami do poprowadzenia krucjaty mającej odbić Konstantynopol z tureckich rąk. To wyjaśniałoby, dlaczego Kolumb musiał ukrywać się przed siepaczami sułtana. Wielu Paleologów zmieniło swoje „dane osobowe” w 1453 r., aby uniknąć śmierci albo schwytania przez Osmanów. Kolumb też je zmienił, o czym jego syn Ferdynand napisał: „Naumyślnie więc przyjął nazwisko Colón, odnowione [po przodkach]”. Po przodkach, a właściwie po matce, Marii Sacoma-Colom.

Ferdynand był świadomy, że ojciec zmienił nazwisko, ale nie zdawał sobie sprawy, jakie miał korzenie. O przodkach wiedział, że „byli ludźmi zacnymi i dopiero wskutek wojen (…) w ubóstwo i niedostatek popadli”. Podobnie można odebrać słowa kronikarza Bartolomé de Las Casasa – którego ojciec towarzyszył admirałowi w drugiej wyprawie – że rodzice żeglarza byli „ludźmi szlachetnie urodzonymi, swego czasu zamożnymi, którzy musieli się trudnić handlem morskim i z tego utrzymywać”. Pasuje to do historii Jana Paleologa Dishypatosa oraz Marii Sacoma-Colom. Niestety, historycy nie wiedzą, co stało się z nimi na Chios, tam ślad się urywa. Kolumb natomiast opuścił wyspę i przystał do żeglarza, który – jak się okazuje – również pochodził z bizantyjskiej rodziny.

COLON SPOTYKA COLOMBO

Ferdynand napisał w „Dziejach…”, że po opuszczeniu Chios jego ojciec znalazł się pod opieką pewnego męża „znakomitego imienia i rodu, nazwiskiem Colombo”. Na tego żeglarza, z którym Kolumb długo pływał, „mówiono »Colombo junior« dla zaznaczenia różnicy między nim a inszym Colombem, który wcześniej sławny był na morzach”.

 

Uporządkujmy tych żeglarzy o podobnych nazwiskach i przydomkach. Mamy ich trzech: Kolumba, jego protektora „Colombo juniora” i starszego od tegoż „seniora”… Dziś można stwierdzić, że „juniorem” był niejaki Jerzy Grek, a właściwie Jerzy Paleolog de Bissipat. To krewny odkrywcy Ameryki, bo Bissipat jest zgalicyzowaną wersją greckiego nazwiska Dishypatos. Przydomek „Colombo junior” zyskał jednak prawdopodobnie nie przez jakieś związki z rodziną Colom, a za sprawą swego druha – francuskiego korsarza Guillaume’a de Casenove’a, u którego służył w randze porucznika. Francuz używał przydomka „Coullon”, od nazwy jednego ze swych statków – „Colomb” (po francusku „gołąb”). Korsarz „Coullon/Colomb” oraz jego druh--podwładny trzymali się razem. Tak francuski dowódca mógł stać się dla obserwatorów „Colombo seniorem”, zaś porucznik Grek – „Colombo juniorem”.

Kolumb, czyli Colom/Colon, pasował do tego grona jak ulał. Jako krewny Jerzego Greka mógł liczyć na jego pomoc. Poza tym identyfikacja z bizantyjskim rodem nadaje nowego znaczenia zapisanej przez Ferdynanda myśli odkrywcy Ameryki: „nie jestem ci ja pierwszym admirałem w mojej familii”. Ponieważ miałby wówczas wśród przodków takich wielkich żeglarzy jak Jerzy Paleolog (dowodzący flotą bizantyjską pod koniec XII w.), Emmanuel Paleolog (w 1410 r. pokonał turecką flotę), Messih-Pashas Paleolog (przeszedł na islam, zostając admirałem we flocie tureckiej) czy Dimitrios Laskarys Leontaris (który pozostawał w służbie cesarza Manuela II Paleologa).

ZAGADKA ZAUFANIA WŁADCÓW

Taki rodowód i losy Kolumba wyjaśniałyby, dlaczego w 1472 r. – na dwadzieścia lat przed odkryciem Nowego Świata – z jego usług skorzystał francuski król René Andegaweński. „Jednego razu zdarzyło się, że król René – przyznawał Kolumb, cytowany przez syna w „Dziejach…” – wyprawił mię był do Tunisu, abym położył areszt na galeasie Fernandina”. Zdobycie wrogiego statku nie wydaje się misją dla jakiegoś potomka biedaka z Genui! W XV w. kariera w amerykańskim stylu „od pucybuta do milionera” była możliwa (choćby za zasługi na polu bitwy), ale Kolumb wyskakuje dosłownie jak królik z kapelusza magika. Niczego jeszcze nie dokonał, a jest przyjmowany przez króla Francji, a niedługo później na dworach władców z Półwyspu Iberyjskiego! To tak, jakby dzisiaj jakiś przeciętny Amerykanin dostał się do Białego Domu przed oblicze Baracka Obamy, proponując mu zasiedlenie bieguna.

A gdyby Kolumb tylko popuszczał wodze wyobraźni we wspomnieniach, to w jaki sposób w 1487 r. udałoby mu się wżenić w jedną z najznaczniejszych rodzin Portugalii – Bragança-Norona? Gdyby doszło do tego małżeństwa po odkryciu Ameryki, można by zrozumieć mezalians arystokratki z synem tkacza z Genui. Ale to było 5 lat przed zakończoną sukcesem pierwszą wyprawą do Nowego Świata! Tylko dobre pochodzenie Kolumba – np. więzy krwi z ostatnim cesarzem Bizancjum, ujawnione wybrance i jej rodzinie w najskrytszej tajemnicy – wyjaśniają także tę zagadkę.

FAŁSZYWKA?

Dokument, w którym Kolumb jeden jedyny raz przyznaje, że urodził się w Genui, nie jest oryginałem. Prawdopodobnie to odpis „testamentu”, rzekomo sporządzonego przez Kolumba w Sewilli w 1498 r. Na kopii tej próżno jednak szukać nazwiska notariusza, a przecież przy spadku po żeglarzu w grę wchodziła fortuna! Tymczasem nikt nie poświadczył zgodności kopii z oryginałem. Nie ma nawet podpisu „Christoferens”, lecz „El Almirante” (Admirał). A jak zauważa badacz Manuel Rosa, Kolumb zawsze bardzo troszczył się o formalności prawne. Wniosek nasuwa się jeden: „testament” został przez kogoś sfabrykowany, aby podtrzymać nieistniejące związki między Kolumbem a Genuą, gdy rozpoczęła się gra o spadek po żeglarzu.

SEKRETNA METODA

Na bizantyjskie korzenie Kolumba może wskazywać też fakt, że podczas wyprawy do Ameryki pomiarów dokonywał pewną – jak się wyraził – „sekretną metodą”. Długo nikt nie zainteresował się tym, co miał na myśli. Potem zakładano, że po prostu prowadził podwójne obliczenie przebytej odległości: jedno prawdziwe na swój użytek, drugie fałszywe dla załogi – aby nie przerazić ludzi, że odpłynęli tak daleko od lądu. Ot i cały sekret. Ponieważ jednak przesadnie oceniał szybkość swoich statków, jego „fałszywe” dane były bliższe rzeczywistości niźli dane „rzeczywiste” – przynajmniej zdaniem biografów żeglarza.

 

Po skontrolowaniu prawdziwego dziennika I wyprawy stwierdzono, że obliczenia Kolumba dotyczące przebytych odległości były przesadzone przeciętnie o 9 proc. Pomyłka?

Niekoniecznie. Jeśli bowiem założymy, że Kolumb nie używał powszechnej wtedy mili rzymskiej (1480 m), ale wykorzystywał milę grecką (1388 m) – wtedy jego obliczenia okażą się prawidłowe! A posługiwanie się taką miarą przez nawigatora wywodzącego się z greckiego środowiska żeglarskiego jest logiczne. W wiekach średnich zresztą w kwestii miar panowało spore zamieszanie i dowolność. Oto jeden z wielu przykładów. Według Giovanniego da Uzzano i jego „La pratica della mercatura” z 1442 r., 4 małe mile morskie stanowią leguę, która liczyła zatem 4800–5000 m. Jednak według powszechnej opinii legua (leuca – lieu) w czasie wielkich odkryć liczyła 5920 m i składała się z 4 mil rzymskich po 1480 m.

Jeżeli Kolumb zakładał, że ktoś jego milę grecką weźmie za milę katalońską (wszak płynął pod banderą hiszpańską), to w ten sposób dodatkowo celowo zagmatwałby drogę do Nowego Świata. Dzięki temu asekurował się nie tylko na wypadek, gdyby dziennik wpadł w niepowołane ręce (np. Portugalczyków), lecz także zabezpieczał swoją pozycję na dworze kapryśnych władców Hiszpanii.

PRAWDA NA MARGINESACH

Co ciekawe, Kolumb niekiedy zamieszczał notatki na marginesach czytanych ksiąg po grecku (rzekomo „ojczystym” językiem włoskim nie posługiwał się nawet w korespondencji z bratem, choć wówczas używano go do tego celu). I również na greckie pochodzenie odkrywcy wskazuje sposób, w jaki się podpisywał. Otóż Kolumb w wielu listach na dole, po prawej stronie kartki, stawiał grecką literę X. Mogła oznaczać wyspę Chios – w greckiej pisowni Xio. Nie był to skrót od imienia Krzysztof, ponieważ je zapisywał w inny dziwny sposób, jak rebus.

: Xpo FERENS./

To łacińsko-grecka kombinacja, którą można odczytać jako Christoferens Kolon. Pierwszy człon to udziwniona forma zapisu imienia Krzysztof. Podkreśla, że oznacza ono „niosący Chrystusa”. Święty Krzysztof przeniósł małego Jezusa przez rzekę – być może Kolumb uważał za swoją misję przeniesienie chrześcijańskiej wiary przez ocean. Drugi człon rebusu, nazwisko po matce, wyrażają obustronnie umieszczane znaki interpunkcyjne – symbole dwukropka i kropki z ukośnikiem, po grecku nazywane kolon.

Kolumb zatem świadomie ukrywał swoją prawdziwą tożsamość. Potwierdza to jego syn: „Pan nasz chciał, by (…) ojczyzna Admirała i jego pochodzenie były o tyle mniej pewne i znane, o ile bardziej zasłużona i zaszczycona tym wszystkim, co się jej za tak wspaniałe czyny należało, była jego osoba”.

Wniosek? Kolumb nie udawał Greka,  on nim był.