Umarłabym z nudów, gdybym musiała robić codziennie to samo. To, że stale uczę się czegoś nowego i stają przede mną nowe wyzwania, z jednej strony jest męczące i stresujące, ale z drugiej – fantastyczne! Powtarzalność mnie nudzi, ale równocześnie umiem się zdyscyplinować.

Wcześnie nauczyłam się czytać, ale jeszcze w trzeciej klasie pisałam nieortograficznie – to była jedyna rzecz, w której nie byłam dobra. Postanowiłam działać. W wakacje czytałam coś Sienkiewicza, chyba „Potop”, i codziennie przepisywałam odpowiednik jednej strony w książce, wybierając jak najtrudniejsze zdania. Po dwóch miesiącach takich ćwiczeń, wspartych sprawdzaniem zasad, wróciłam do klasy czwartej jako osoba, która nie robi błędów ortograficznych.

Elegancja i swoboda

Skąd moja miłość do fizyki? Mój nauczyciel ze szkoły podstawowej cenił wiedzę zdobytą dzięki ćwiczeniom i doświadczeniom. Lekcja fizyki co tydzień oznaczała mierzenie czegoś. Dopiero post factum człowiek sobie uświadamia, że to było ważne. Dziś zajmuję się fizyką cząstek. Lubię to, co się mierzy. To ostateczne sprawdzenie, czy jakaś hipoteza jest prawdziwa.

W dzieciństwie marzyłam, żeby zostać odkrywcą. Byłam pod wielkim wrażeniem „Tomków” Szklarskiego. Marzyłam o nie odkrytych dżunglach. Potem stałam się realistką. Wiedziałam, że większości odkryć geograficznych już dokonano, ale „nowe lądy” są w innych dziedzinach nauki, no i porządnie zrobiona robota ma swoją wartość. O tym, że zajmę się fizyką, zdecydowałam w liceum. Zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego, że to, co bywa trudne i niezrozumiałe dla innych: matematyka, fizyka, chemia, dla mnie jest łatwiejsze. A przede wszystkim, że fascynuje mnie to, by zrozumieć, jak zbudowana jest materia. Podobała mi się elegancja matematyki, proste równania, które opisują rzeczywiste zjawiska.

Miałam świetną szkołę podstawową, fantastycznych nauczycieli matematyki, chemii, fizyki i geografii. Teraz jest tendencja, żeby wysyłać dzieci do szkoły bardzo wcześnie, ale ja mam wrażenie, że niezwykle skorzystałam na tym, że mogłam się swobodnie rozwijać i nauczyć się wielu rzeczy w domu, przed pójściem do szkoły. Byłam zresztą typowym prymusem. Na szczęście czasy były dobre i nauka szkolna nie zajmowała aż tyle czasu co dzisiaj. Dziś dość często wkłada się dzieciom do głowy mnóstwo pamięciowej wiedzy. Skromniejszy, ale bardziej przemyślany program szkolny jest moim zdaniem rozsądniejszy. Dziecku trzeba zostawić wolny czas.

Magia kina

Długo wydawało się, że będę jedynaczką. Mój brat urodził się, kiedy miałam dziewięć lat, i jak mi potem mama opowiadała, wcale nie było oczywiste, że to nastąpi. Rodzice zajmowali się mną bardzo starannie. Tata regularnie chodził ze mną w niedziele na poranki filmowe w kinie „Wanda” w Krakowie. Działo się to we wczesnych latach 50., w czasach przed telewizją, wobec tego to było wielkie wydarzenie. Na początku oglądaliśmy bajki, ale potem również filmy przygodowe i przyrodnicze. Rodzice zabierali mnie też wieczorami na spektakle muzyczne, bo lubili operę i operetkę, a nie mieli mnie gdzie zostawić.

Moi rodzice mieli wykształcenie średnie. Ojciec był elektrykiem, mama skończyła szkołę krawiecką. Zawsze twierdzili, że byli ofiarami wojny. Ich młodość przypadła na czas okupacji, dla Polaków oficjalnie dostępne były tylko szkoły zawodowe. Rodzice pochodzili spod Krakowa. Pradziadek ze strony mamy, Franciszek Wójcik, był jednym z założycieli PSL. Był samoukiem i pierwszym posłem chłopskim do parlamentu austro-węgierskiego, czyli do Rady Państwa, z rejonu Krakowa. Potem zasiadał w sejmie polskim. Krótko był nawet ministrem bez teki w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego. Miał idée fixe: kształcenie zdolnych wiejskich dzieci.

Mama powtarzała, że dla niej pradziadek umarł rok za wcześnie. Była już przygotowywana do tajnego nauczania w Krakowie. To się odbywało na zasadzie osobistych kontaktów i było oczywiście niebezpieczne. Kiedy pradziadek umarł, ta ścieżka się zamknęła. W rodzinie pozostało jednak przekonanie, że uczenie się jest czymś ogromnie ważnym. Na modne ubrania nas nie było często stać, ale nigdy się nie zdarzyło, żebym nie miała pieniędzy na książkę, której potrzebowałam, na lekcje języków obcych, czy żebym nie
mogła pojechać na wycieczkę szkolną.

Wcześnie zaczęłam lubić literaturę popularnonaukową. Prenumerowałam kilka tygodników i miesięczników, na przykład świetne „Problemy” – przegląd ciekawostek naukowych z różnych dziedzin. Czytałam też „Mówią wieki”, bo interesowała mnie historia, „Poznaj świat” i „Poznaj swój kraj”, bo interesowała mnie geografia. To niewątpliwie nie było wszystko, ale te cztery przeglądałam regularnie.

Wyścigi koników polnych

Miałam dużą swobodę, jeśli chodzi o rozwój. Razem z moimi dwoma młodszymi kuzynami spędzałam sporo czasu w domu dziadka pod Krakowem. Wuj Eugeniusz, który miał spore zacięcie przyrodnicze, zabierał nas na cały dzień, łaziliśmy po rowach i laskach i np. zbieraliśmy koniki polne do słoików, a potem był konkurs, kto znalazł najładniejszego. Wieczorem je wypuszczaliśmy blisko ganeczku, na którym jedliśmy kolacje, a one dawały koncert. Kiedyś złapałam piękny okaz w kolorze bzu. Wuj uczył nas też rozpoznawać gatunki drzew i innych roślin. To były niesłychanie kształcące zabawy. To wszystko rozbudzało moją ciekawość. Nie wiem, czy to cecha wspólna dla wszystkich naukowców, ale większość z nas jest bardzo ciekawa świata. Jej zaspokajanie jest ogromnie ważne.

Nie chodziłam do przedszkola. Mama pracowała w domu i byłam z nią. Dla takiego dziecka jak ja to było istotne. Z jednej strony potrzebowałam kontaktu z rówieśnikami, byłam dzieckiem bardzo żywym, ale z drugiej strony potrzebowałam czasem się wyłączyć.