Zadaniowość i odpowiedzialność najczęściej mamy w sobie, choć nie wszyscy, ale to wcale nie oznacza, że nie możemy się tego nauczyć. Wystarczy zobaczyć, że mamy na wiele rzeczy ogromny wpływ, a potem świadomie kierować naszymi działaniami i emocjami. Mocno wierzę w swoją intuicję, to ona podpowiada mi, które sytuacje są dla mnie zdrowe, a które niebezpieczne. Kiedy wchodzę w nowy obszar, często widzę go szerzej i chcę na niego wpływać – doskonalić, znajdować nowe rozwiązania. To, że coś funkcjonowało od dawna nie oznacza, że dziś nam też służy i nie możemytego zmienić.

W czasie realizacji zadań zawsze przyglądam się sobie, obserwuję swoje postępy, reakcje, osiągnięcia i emocje. Gdy zdarzają się momenty kluczowe czy kryzysowe, zadaję sobie pytanie: co to dla mnie znaczy? Wyciągam wnioski, podejmuję decyzje. Z perspektywy czasu widzę, że im jest trudniej, tym rozwój następuje szybciej. Warto zaufać, że wszystko dzieje się dla naszego dobra. Cel nie zawsze jest najważniejszy. Czasami ślepe zapatrzenie się w cel może doprowadzić do porażki własnej lub projektu.

Jedną z moich technik zarządzania w kryzysie jest też akceptacja danej sytuacji. Kiedy dochodzę do muru i wydaje się, że sytuacja jest bez wyjścia, zadaję sobie pytanie: czy zrobiłaś wszystko na 100 procent? Jeśli odpowiedź jest „tak”, a często jest „nawet na 200 procent” – powtarzam sobie w myślach „Zaakceptuj to”. Wtedy rozwiązanie często przychodzi samo.

Nie miałam nawyku zdrowego myślenia od urodzenia. To technika wyuczona – zaczerpnięta z terapii racjonalnych zachowań, z coachingu. I naprawdę działa.

W pracy z przekonaniami najważniejsze jest odkrycie hamujących nas myśli. Można usiąść i snuć scenariusze negatywnych rozwiązań, jednak warto się spytać, w jakim stopniu są one prawdziwe i czy takie myślenie nam służy? Czy rozczulanie się rzeczywiście mi pomaga? Co tak naprawdę mnie blokuje? Gdy sobie odpowiemy na te pytania, tworzy się dystans, przestrzeń potrzebna nam na nowe pomysły, decyzje. Ja nazywam to „przerzuceniem do przyszłości”.

Nie jestem dobrym partnerem do narzekania. Warto zgubić nawyk czarnego scenariusza. Nie pozwolić spalić się złym emocjom. Skupić się na rzeczywistości.

Ćwiczę to także często z moimi przyjaciółmi i pracownikami. Początkowo pracujemy z kartką. Gdy już dojdziemy do tego, co ich blokuje, przepisują blokady, a na prawą stronę przerzucamy tylko fakty i wspierające rozwiązania. Nie chodzi tu o typowe pozytywne myślenie. Często stwierdzenie, że może tak być, ale może być też inaczej, daje ludziom siłę, poczucie dystansu i wpływu. Często doradzam im, by słuchali innych, zbierali feedback na swój temat. Dobrym sposobem jest też tzw. przegadywanie swoich spraw, czerpanie inspiracji od innych. A decyzje i tak muszą być nasze.

Witold Rychłowski,  trener, coach,  instruktor kyudo

Obserwuję od wielu lat adeptów karate, judo, aikido czy, przez ostatnią dekadę, kyudo (japońskie łucznictwo) i często rozmawiam o ich motywacji. Co sprawia, że decydują się na rozpoczęcie wieloletnich, pozornie nużących i bardzo wymagających treningów? Początkowe motywacje są podobne. „Chcę poprawić swoją sprawność fizyczną, chcę nauczyć się samoobrony, chcę poznać bliżej fragment odległej kultury”. Z upływem czasu, w miarę pogłębiania świadomości swoich wyborów, percepcja się zmienia. Część młodych ludzi odchodzi w poszukiwaniu innych, bardziej odpowiednich dla siebie form aktywności. Ci, którzy zostają, zaczynają mówić o zupełnie nowych motywacjach, o zmieniających się oczekiwaniach i dążeniach. Najczęściej o rozwoju. Zaczynają zauważać elementy zarządzania sobą w dążeniu do doskonałości. Często ciężka praca w dojo (z jap. sala ćwiczeń) pozwala odkrywać efekty wytyczania i dążenia do realizacji celów, dyscypliny i konsekwencji w realizacji zadań, współpracy w zespole, odpowiedzialności za siebie i za grupę, prozaicznie brzmiącego uporządkowania. Regularność zajęć przestaje być postrzegana jako monotonia. Wysiłek już nie wymaga nagrody – sam w sobie staje się wartościowy.