Wokół ciała zmarłego Indianina gromadzi się zawodzący tłum. Nagi mężczyzna pochyla się nad zmarłym, dmucha na niego i robi znak krzyża. Jest jesienny wieczór 1534 roku gdzieś w dzisiejszym Teksasie. Nie znamy imienia zmarłego Indianina. Wiemy natomiast, że jeszcze tej samej nocy zmartwychwstał. Tak nam przynajmniej każe wierzyć ów mężczyzna, który wykonywał nad Indianinem znak krzyża – Álvar Núnez Cabeza da Vaca. Był on jednym z czterech ocalałych uczestników wyprawy na Florydę, jaką w 1528 roku przedsięwziął konkwistador Pánfilo de Narváez.

W „Naufragios”, swojej relacji z tej ekspedycji, Cabeza da Vaca ostrożnie dobiera słowa, kiedy opisuje moment wskrzeszenia zmarłego. „Indianin leżał z wywróconymi oczami i nie miał wyczuwalnego pulsu. Wszystko wskazywało, że nie żyje, tak przynajmniej wydawało się mnie i Dorantesowi”. Hiszpański czytelnik w XVI w. – a zwłaszcza czujny urzędnik inkwizycji – nie darowałby opisu, w którym autor faktycznie chwali się wskrzeszeniem zmarłego. Ale co w ogóle robił niedoszły zdobywca Florydy nago w Teksasie?

PECHOWIEC I GŁOWA KROWY


Pánfilo de Narváez, szef naszego bohatera, był konkwistadorem nieudacznikiem. Kiedy w 1519 r. Hernán Cortés „zerwał się ze smyczy” gubernatora Kuby i na własną rękę ruszył na podbój Meksyku, w pogoń za nim został wysłany właśnie Narváez. Miał nad Cortésem trzykrotną przewagę w ludziach. Nie dorównywał mu jednak. Geniusz pokonał nieudacznika z łatwością. Wpierw obiecał ludziom swojego niedoszłego pogromcy góry złota – czym przeciągnął część z nich na swoją stronę – a potem, wykorzystując zaskoczenie, w szybkiej nocnej potyczce rozprawił się z resztą. Nieszczęsny Pánfilo stracił oko i trafił do niewoli. Kiedy wrócił do Hiszpanii, w nagrodę za swoje cierpienia otrzymał Florydę. Musiał ją tylko... wcześniej zdobyć! Narváez orłem nie był, a co ważniejsze, nie sprzyjało mu szczęście. Na samym początku wyprawy, u wybrzeży Kuby, potężny huragan uderzył w jego eskadrę. Narváez stracił dwa statki i kilkudziesięciu ludzi. Formalnie odpowiadał za nie drugi rangą oficer, skarbnik wyprawy. To bohater naszej opowieści – Álvar Núnez, zwany Cabeza da Vaca, czyli „głowa krowy”.

Przydomek ten, wbrew pozorom, był bardzo zaszczytny. Otrzymał go przodek Núneza za zasługi w bitwie pod Las Navas de Tolosa w 1212 r., która złamała potęgę Maurów w Hiszpanii. Ten przodek oznaczył czaszką krowy tajemny przesmyk przez góry, którym przeszły wojska chrześcijańskie, zajmując dogodne pozycje.

Álvar Núnez kontynuował rodzinne tradycje. Nim ruszył do Ameryki, odznaczył się w kraju, tłumiąc m.in. ludową rebelię przeciw ostrej polityce fiskalnej władz. Podczas podróży do Nowego Świata nie miał się jednak czym pochwalić. Dzień przed uderzeniem huraganu we flotę Narváeza, Cabeza da Vaca... zszedł na ląd. Zostawiając na jakiś czas powierzone swej opiece okręty, nie zabłysnął jako dowódca. Ale przynajmniej przeżył. Szczęście w nieszczęściu będzie odtąd typowe dla jego losów.

300 HISZPANÓW


Eskadra Narváeza dobiła do brzegów Florydy w kwietniu 1528 r. Historia potoczyła się wedle typowego scenariusza konkwisty. Prawdopodobnie gdzieś w okolicach dzisiejszej Tampy Narváez ogłosił, że zajmuje tę ziemię w imieniu hiszpańskiego króla. Oczywiście nie zapytał Indian o zdanie, dowiadywał się natomiast, gdzie jest złoto. Indianie, by pozbyć się kłopotliwych gości, powiedzieli – a raczej na migi pokazali – że drogocenny kruszec można znaleźć w leżącej na północy krainie, którą nazywali Apalache. 1 maja 1528 r. trzystuosobowa grupa pod dowództwem Narváeza wyruszyła w głąb lądu. Álvar Núnez Cabeza da Vaca był ponoć przeciwny oddalaniu się od okrętów i marszowi w nieznane, zwłaszcza że prowiant każdego z żołnierzy ograniczał się do kilograma boczku i pół kilograma sucharów. Ale być może rolę wyraziciela zdrowego rozsądku wymyślił sobie dopiero, spisując wspomnienia 10 lat później.

Marsz do wymarzonego Apalache trwał blisko dwa miesiące. Konkwistadorów czekały trzęsawiska, ruchome piaski, moczary, indiańskie strzały, a przede wszystkim głód. Apalache – w okolicach dzisiejszego Tallahassee – okazało się biedną małą wsią. Tamtejsi Indianie skierowali ludzi Narváeza na południe, w stronę Zatoki Meksykańskiej, do wsi Aute. Po kolejnych dziewięciu dniach mordęgi Hiszpanie dotarli na miejsce.

Osada Aute była jednak wyludniona i spalona. Sytuacja konkwistadorów stawała się dramatyczna. Wygłodniali i zmęczeni, zaczęli chorować. Nie mieli siły iść dalej. Postanowili więc przedostać się na wybrzeże i popłynąć w stronę Meksyku.

Przez dwa miesiące żołnierze zbudowali pięć tratw pod kierunkiem jedynego w oddziale cieśli. Szczury lądowe, zmuszone do bycia wilkami morskimi, całkiem nieźle sobie poradziły. Strzały i groty posłużyły im za gwoździe, z ubrań uszyto żagle, a z końskiego włosia upleciono liny. 20 września 1528 r. pięć tratw wyładowanych po brzegi żołnierzami wyruszyło z Aute na zachód.

PRZYJAŹNI INDIANIE I BIALI KANIBALE

 


Żaden z żołnierzy nie miał pojęcia o żeglowaniu. Mała eskadra się rozproszyła. Warunki były koszmarne, bo jesień w Zatoce Meksykańskiej to pora sztormów. Kiedy zabrakło wody pitnej, niektórzy Hiszpanie z pragnienia zapijali się na śmierć wodą morską. Na cud zakrawa więc fakt, że cztery tratwy dopłynęły aż do Teksasu, a załogi dwóch z nich – w tym tej dowodzonej przez Núneza – spotkały się na tej samej wyspie. Rozbitkowie nazwali ją Wyspą Nieszczęścia. Współcześni badacze identyfikują ją z Galveston, tuż obok dzisiejszego Texas City.

Osiemdziesięciu półżywych konkwistadorów trafiło na przyjaznych Indian, którzy im pomogli. Kiedy nadeszła zima, kilku najsilniejszych Hiszpanów ruszyło szukać pomocy. Byli przekonani, że są blisko Meksyku. Tymczasem głód sprawił, że wśród Hiszpanów doszło do przypadków kanibalizmu. To wywołało zgorszenie wśród Indian. Do psucia się wzajemnych stosunków przyczyniła się także choroba, przywleczona przez konkwistadorów. Zabijała sprawiedliwie gospodarzy, jak i gości – na wiosnę było ich już tylko piętnastu. Ale nawet i ta mała grupka miała się rozpaść. 12 postanowiło szukać szczęścia na stałym lądzie. Nie jest do końca jasne, dlaczego Núnez pozostał na wyspie z dwoma towarzyszami przez 4 lata. Odkrył jednak coś, co pozwoliło mu przeżyć i sprawiło, że przeszedł do legendy.

UZDROWICIEL I NIEWOLNIK


Indianie, przypisując Hiszpanom wybuch epidemii, zmusili Álvara Núneza do leczenia chorych. Podpatrując praktyki szamańskie, polegające na dmuchaniu na pacjentów, nakładaniu na nich rąk i szeptaniu zaklęć, Núnez opracował własny system. Połączył rytuał z chrześcijańską modlitwą i zaczął odnosić ogromne sukcesy jako uzdrowiciel. Antropolodzy nazywają to „skutecznością symboliczną”, a my po prostu powiedzmy, że chodziło o zasadę placebo. Gwarancją skuteczności jest samo zaufanie pacjenta, przekonanego o skuteczności terapii albo o nadzwyczajnych mocach terapeuty (choć Núnez wyjaśniał swoje sukcesy boską interwencją)...

Przez 4 lata osiągnął biegłość w szamańskim rzemiośle, zajął się też handlem między wędrującymi plemionami. Jego sytuacji nie można określić jako tragicznej, ale nie był człowiekiem wolnym. Przechodził z rąk jednego plemienia do drugiego. Postanowił więc uciec. Dlaczego zajęło mu to tyle lat? Czy zdecydował się na ten krok, kiedy poczuł się pewniej, czy wtedy, kiedy zyskał więcej swobody? Ważne, że po kilku latach spotkał trzech towarzyszy niedoli z Wyspy Nieszczęść. Jedyni żywi spośród dwunastki, która wyruszyła na ląd, obecnie wiedli smutny żywot niewolników. To od nich Núnez usłyszał historię dwóch łodzi, które także dotarły do Teksasu. Opowiedział im ją Figueroa – jeden z owych kilku śmiałków, którzy opuścili wyspę, by szukać pomocy. Sam usłyszał ją od Esquivela, ostatniego żyjącego człowieka z owych dwóch załóg.

Opowiadał on, że Narváez nie chciał zejść na ląd, a gwałtowny nocny wiatr wypchnął jego tratwę na morze. Pozostali, cierpiąc głód i niedostatek, szybko wdali się w kłótnie. Kapitan Pantoja, następca Narváeza, został zamordowany i zjedzony przez towarzyszy. Kiedy śmierć zabierała kolejnych Hiszpanów, pozostali przy życiu mieli co jeść. Ostatnim w tym przerażającym łańcuchu pokarmowym i jedynym pozostałym przy życiu był autor opowieści – Esquivel. I on, i Figueroa przepadli gdzieś w bezkresach Teksasu. Ich opowieści przetrwały dzięki Núnezowi. A z całej wyprawy zostało już ich tylko czterech. Oprócz Núneza byli to: Dorantes, Castillo i Estebanico (niewolnik tego ostatniego).

Czterej rozbitkowie wybrali moment na wspólną ucieczkę i w 1534 r. rozpoczęli dwuletni marsz z Teksasu do Meksyku. Trudno zrozumieć, dlaczego wcześniej stawali się niewolnikami plemion, do których trafiali, a teraz przemierzali okolicę bez przeszkód, świadcząc usługi lekarsko-szamańskie i handlując. To podczas tej podróży Cabeza da Vaca „wskrzesił” Indianina. Być może więc drogę torowała mu fama wielkiego czarownika. W kwietniu 1536 r. wędrówka zbiegów dobiegła końca, gdy w północnym Meksyku natknęli się na swych rodaków. Wyczyn Álvara Núneza i jego towarzyszy zapewnił im miejsce wśród gigantów konkwisty. I tu w zasadzie mogłaby się skończyć ta historia. Ale nasz bohater marzył o tym, że zostanie doceniony przez samego króla i uczyniony gubernatorem.

Szlak Krowiego Łba

W 1527 r. Cabeza da Vaca wypłynął z Hiszpanii w stronę Wysp Kanaryjskich. Stamtąd przez karaibskie porty – Santo Domingo, Santiago de Cuba i Trinidad – dotarł na Florydę. Dalej (jako konkwistador, a potem szaman i uciekinier) przewędrował z okolic Tampy do miasta Meksyk, w którym zjawił się w 1536 r.

JAK PRZEGRAĆ WSZYSTKO

 


W 1537 r. zmarł w drodze do Hiszpanii gubernator prowincji Rio de la Plata, założyciel Buenos Aires, Pedro de Mendoza. Boskie Buenos w początkach swojej historii było miastem iście piekielnym. Kiedy głód, choroby i indiańskie strzały zdziesiątkowały kolonistów, popłynęli oni Paraną w głąb kontynentu. Założyli tam Asunción, stolicę dzisiejszego Paragwaju. 11 marca 1542 r. przybył do nich nowy gubernator – Álvar Núnez Cabeza da Vaca.

Przyszło mu działać w bardzo trudnych warunkach. Koloniści mieli wyjątkowy w historii konkwisty przywilej wybierania gubernatora, jeśli ten mianowany przez Madryt umarł i nie wskazał następcy. Przed odpłynięciem z Ameryki Mendoza mianował następcą Juana de Ayolas. Ten zaś ruszył na wyprawę w głąb kontynentu i słuch o nim zaginął. Jego oficerowie rozpoczęli walkę o władzę. Przybycie nowego gubernatora sprawiło, że dawni wrogowie zwarli szyki. Tym bardziej że Álvar Núnez głosił rewolucyjną wizję kolonialnych porządków. Miał pomysł na „konkwistę z ludzką twarzą”. Była ona efektem ośmioletniej wędrówki, podczas której nauczył się szanować Indian. Szybko ujawniła się wewnętrzna sprzeczność takiej rewolucyjnej koncepcji. Osadników Cabeza da Vaca zrażał swoją namiętną obroną Indian. Tubylców zaś – misjonarskim zapałem i niekonsekwencją.

Hiszpanom zakazał handlu niewolnikami i – rzecz niepojęta dla dumnych zdobywców – kazał im płacić za usługi świadczone przez Indian. Co więcej, pozbawił swoich ziomków tego, co było największym bogactwem na tej ziemi bez srebra i złota: kobiet. Osadnicy musieli pożegnać się z haremami, które powstały w skomplikowanym procesie ekonomicznej wymiany z Indianami. Naruszył tym samym delikatną równowagę, jaka wytworzyła się między zdobywcami i podbitymi. Jego przeciwnikami nie byli tylko starzy żołnierze i urzędnicy Mendozy. Zagorzałych wrogów miał także wśród swoich oficerów, którzy nie rozumieli jego pomysłów.

Indian z kolei zrażała do swego obrońcy gorliwa walka Núneza z elementami ich tradycji (jak np. kanibalizm). Nowy gubernator gotowy był bowiem bronić Indian pod warunkiem, że staną się chrześcijanami.

Półtora roku po przybyciu do Ameryki Núnez ruszył w poszukiwaniu złota i srebra w głąb kontynentu. Strategia, polegająca na zaprzyjaźnieniu się z napotkanymi Indianami i płaceniu za ich usługi, początkowo przynosiła rezultaty. Jednak kłopoty aprowizacyjne, skomplikowana polityka międzyplemienna i nieufność między „sojusznikami” doprowadziły do wojny. Idealistyczny plan gubernatora załamał się. Uznał wtedy, że nieposłusznych Indian jednak można zamieniać w niewolników. Wrogowie śmiało mogli mu wtedy zarzucić – o ironio! – okrucieństwo wobec Indian i handel niewolnikami.

W świetle poglądów Núneza oskarżenia te brzmią absurdalnie, ale jak widać miały swoje uzasadnienie. Podobnie było z innym zarzutem, że chce się uniezależnić od korony hiszpańskiej i stworzyć własne państwo. Miał wieszać swój herb zamiast królewskiego i mawiać: „Jestem królem i władcą tej ziemi”. Wydaje się jednak, że nie były to przejawy buntowniczego usposobienia, tylko zwykłej pychy. Możliwe, że w Ameryce zachłysnął się władzą. To, że miał megalomańskie ciągoty, widać wyraźnie już w „Naufragios”. Na dowód wystarczy w zasadzie przytoczyć historię o wskrzeszeniu zmarłego i opis cierpień, w którym porównywał się z Jezusem Chrystusem...

BIEDA I ŚMIERĆ


Álvar Núnez zawsze wykręcał się od odpowiedzialności. Do czasu. 25 maja 1544 r. w Asunción skończył się jego wielki sen. Wybuchł bunt, a sam gubernator został aresztowany. 7 marca 1545 r. wyruszył do Hiszpanii. W kajdanach, pod czujnym okiem prześladowców, świetnie przygotowanych do procesu, który zaczął się rok później.

Oskarżyciele mieli przewagę w świadkach. Poza tym w owych czasach nie istniało pojęcie „domniemanej niewinności”. Proces wlókł się, bo dotyczył bądź co bądź jakiejś peryferyjnej, zapyziałej kolonii. W końcu Álvar Núnez Cabeza da Vaca został uznany winnym. Otrzymał dożywotni zakaz powrotu do Ameryki, a dodatkowo miał spędzić pięć lat na wygnaniu w Oranie. Kary zostały złagodzone, ale najbardziej oryginalny spośród konkwistadorów i kolonialny prekursor antykolonializmu już nie zaistniał. Zmarł około 1559 r. w Valladolid jako „biedny szlachcic”.