Sobotni wieczór 4 stycznia 1919 roku zwiastował, że w Warszawie może zdarzyć się coś niecodziennego. Rezygnując z udziału w przygotowanym dlań w Hotelu Bristol bankiecie, sławny kompozytor Ignacy Paderewski razem ze Stanisławem Grabskim w wielkim pośpiechu udał się na dworzec kolejowy, by złapać pociąg odchodzący o 22.20 do Krakowa. Godzinę później do Komendy Miasta wkroczyła kompania piechoty, dowodzona przez porucznika Wiesława Januszajtisa, i przejęła budynek.

Chwilę potem zamilkły w stolicy telefony, zaś w Komendzie Miasta swój sztab utworzyła grupa puczystów, planujących przejęcie władzy w Rzeczypospolitej. Sprawami wojskowymi kierował pułkownik Marian Januszajtis (starszy brat Wiesława), polityką mieli się zajmować książę Eustachy Sapieha oraz ekonomiści Jerzy Zdziechowski i Tadeusz Mścisław Dymowski. Na ich polecenie uprowadzono przed świtem z domów najważniejszych ministrów w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego, a na Belweder ruszyła grupa zbrojnych, żeby aresztować Naczelnika Państwa . W niedzielny poranek 5 stycznia 1919 r. miała się narodzić nowa Polska.

CZYJA JEST RZECZPOSPOLITA

Pod koniec listopada 1918 r. napięcie w Polsce rosło. Józef Piłsudski mianował premierem swego bliskiego współpracownika Jędrzeja Moraczewskiego, decydując się na utworzenie rządu zdominowanego przez socjalistów. Jedynie dwa ministerstwa objęli politycy z radykalnego PSL „Wyzwolenie”: Stanisław Thugutt i Tomasz Nocznicki. Naczelnik Państwa traktował to rozwiązanie jako tymczasowe, przed powołaniem rządu międzypartyjnego. Jednak realizacja tych zamiarów okazała się bardzo trudna, bo liderzy ruchu narodowego z Wielkopolski Władysław Seyda i Wojciech Korfanty oraz ich koledzy z Galicji na czele ze Stanisławem Głąbińskim postawili żądania tak daleko idące, że Piłsudski postanowił zerwać rozmowy. Endekom marzył się własny rząd na czele z Wojciechem Korfantym i Romanem Dmowskim oraz generałem Józefem Hallerem dowodzącym siłami zbrojnymi. Ci dwaj ostatni przebywali w Paryżu, co komplikowało sprawę i uniemożliwiało otwarte rzucenie wyzwania Piłsudskiemu.

Dlatego powstał plan obalenia rządu Moraczewskiego na rzekomo spontaniczne żądanie mieszkańców stolicy. Dojść do tego miało dzięki „zorganizowaniu w dniu rocznicy listopadowej olbrzymiej demonstracji ludności stolicy, zebranej na placu Zamkowym, gdzie proklamowano by nowy rząd narodowy” – zapisał we wspomnieniach związany z ruchem narodowym wykładowca Wyższej Szkoły Handlowej dr Tadeusz Mścisław Dymowski. Potem samozwańcza Rada Ministrów miała zająć Zamek Królewski i przy poparciu wojska opanować kraj, żeby „współdziałając z aliantami, jak najśpieszniej wykreślić granice Wielkiej, Wolnej i Niepodległej Polski” – marzył dr Dymowski.

Mocarstwowy plan posypał się tuż przed 29 listopada 1918 r. Niespodziewanie Korfanty wsiadł w pociąg i wyjechał do Poznania, zostawiając partyjnych kolegów w kompletnej konsternacji, bez przywódcy i pomysłu, co dalej. Pomimo jego zniknięcia manifestacji w rocznicę wybuchu powstania listopadowego nie odwołano i na Krakowskim Przedmieściu zebrały się tłumy ludzi żądających usunięcia „bolszewickiego” rządu Moraczewskiego. W końcu demonstranci pomaszerowali na Pałac Namiestnikowski, gdzie miała siedzibę Rada Ministrów. Wtargnęli do gmachu, aby dobrać się do skóry znienawidzonym socjalistom, ale w środku znaleziono jedynie woźnych. Rozczarowani ludzie rozeszli się do domów i tylko pięcioosobowa delegacja z petycją, domagającą się odwołania Moraczewskiego, dotarła do Belwederu. Tam chwilę porozmawiał z gośćmi adiutant Piłsudskiego.

 

W SIECI SPISKÓW

Spiskowcy zaczęli więc śledzić Moraczewskiego, ministra spraw zagranicznych Leona Wasilewskiego oraz szefa MSW Stanisława Thugutta. Ale okazało się, że to samo robi inna grupa narodowców, działająca na zlecenie księcia Sapiehy oraz Jerzego Zdziechowskiego. Porozumienie z nimi zawarł najmłodszy pułkownik w Legionach, zaledwie trzydziestoletni Marian Januszajtis-Żegota. Oficerowi, który po odejściu Piłsudskiego dowodził I Brygadą Legionów, miało przypaść zadanie aresztowania rządu oraz swego byłego dowódcy. Oficer ów był jednak zbyt mało znany w armii, aby przejąć po udanym puczu urząd tymczasowego dyktatora. Były członek Austriackiej Rady Państwa prof. Stanisław Głąbiński zapisał we wspomnieniach: „W mieszkaniu moim w hotelu Europejskim zjawiały się od czasu do czasu całe grupy wojskowych, domagających się akcji czynnej przeciw rządowi i naczelnikowi państwa”.

Pewnego razu owi wojskowi zaproponowali właśnie jemu funkcję dyktatora, ale Głąbiński odmówił. Podobną ofertę złożono generałowi Józefowi Dowbor-Muśnickiemu. Doświadczony oficer, który w armii carskiej dosłużył się podczas I wojny światowej swej niechęci do Piłsudskiego. Kiedy jednak zjawiła się u niego delegacja puczystów na czele z bardzo politycznie zaangażowanym księdzem Czesławem Oraczewskim, wcale nie wykazał entuzjazmu. Wprawdzie Piłsudskiego nazwał „bandytą” i „austriackim bałaganiarzem”, lecz na pytanie, czy zgodzi się zostać dyktatorem, odparł: „Jeżeli zamach się uda,
a mnie powołają, to stanowczo obejmę”. Natomiast nie miał najmniejszego zamiaru pomagać buntownikom.

Tymczasem do Warszawy 1 stycznia przyjechał Ignacy Paderewski. Jego przejazd przez Wielkopolskę dał tam sygnał do wybuchu powstania. Również w stolicy przybycie wielkiego artysty i patrioty wywołało ferment. Na ulicach miasta pianistę entuzjastycznie Dmowskiego to Paderewski miał zmienić Moraczewskiego na stanowisku premiera. „Rząd Ludowy (Moraczewskiego – przyp. aut.) jest otoczony tymi żywiołami spiskującymi na jego zgubę” – ostrzegało 3 stycznia 1919 r. na swych łamach pismo PPS „Robotnik”.

W tym czasie Grabski wspólnie z Paderewskim wznowili rozmowy z Piłsudskim o stworzeniu ponadpartyjnego rządu. Nie dawały jednak efektu. Naczelnik Państwa nie mógł pójść na zbyt daleko idące ustępstwa, żeby nie stracić twarzy oraz poparcia lewicy. Leon Wasilewski zapamiętał, że gdy nie udało się osiągnąć kompromisu: „Paderewski nagle zbladł, pot wystąpił mu na czoło i był bliski omdlenia”. Zdaniem Wasilewskiego: „Komendant to tłumaczył tym, że Paderewski wiedział, iż odrzucenie propozycji Grabskiego oznacza usunięcie gabinetu Moraczewskiego na drodze zamachu”. A jednak nic nie zrobił, by puczowi zapobiec. Nawet nie zatrzymywał pianisty, kiedy ten postanowił uciec ze stolicy do Krakowa. 

STYCZNIOWĄ NOCĄ

Łatwość, z jaką zamachowcy przejęli przed północą 4 stycznia 1919 r. władzę w Warszawie, musi zadziwiać. Opanowanie Komendy Miasta odbyło się bez jednego wystrzału. Urzędującym w niej oficerom płk Januszajtis po prostu oświadczył, że rząd Moraczewskiego został obalony, nowym premierem będzie Roman Dmowski, a wodzem naczelnym gen. Haller, gdy tylko wrócą z Paryża. Do tego czasu w ich imieniu władzę polityczną mieli sprawować przybyli do Komendy: Sapieha, Zdziechowski i Dymowski. Sobie Januszajtis pozostawił funkcję dowódcy wojsk.

Równie łatwo udało się wyciągnąć nocą z łóżek i uprowadzić ministra spraw zagranicznych Wasilewskiego oraz komendanta Milicji Ludowej kpt. Ignacego Boernera i uznawanego za czołowego ideologa PPS Witolda Jodko- -Narkiewicza. Pewien kłopot sprawiło jedynie porwanie ministra spraw wewnętrznych Thugutta.

Zbudzony w środku nocy szef MSW, na wieść, że jest do niego pilna depesza, zgodził się otworzyć drzwi mieszkania, ale gdy to robił, padły na korytarzu dwa strzały. Po czym Thugutt zobaczył tylko zmykającą w popłochu grupę ludzi. Skonsternowany absurdalnym wydarzeniem zatelefonował do żandarmerii wojskowej. „Mój telefon przyjęto, jakby ze zdziwieniem” – zapisał później. Wkrótce się dowiedział, że zadzwonił do osób, które wydały rozkaz jego aresztowania. Nowa grupa żandarmów, dowodzonych przez por. Mieczysława Skrudlika, zjawiła się u drzwi ministra i mocno go sponiewierała, aby nie myślał, że są tchórzami. Następnie przewieziono Thugutta do garażu przy domu w Alejach Jerozolimskich 79, gdzie wcześniej uwięziono pozostałych członków rządu.

Na nieszczęście puczystów postanowiono aresztować także szefa Sztabu Generalnego Stanisława Szeptyckiego. Wyciągnięty z ciepłego łóżka w Hotelu Bristol generał jedynie przez krótką chwilę dał się prowadzić pod bronią czterem cywilom. Pierwszemu napotkanemu patrolowi żandarmów kazał rozbroić napastników, a sam wmaszerował do Komendy Miasta. Na pytanie, co to wszystko ma znaczyć, skonsternowany Januszajtis odpowiedział tylko: „Niech pan generał pójdzie się przespać, jutro pogadamy”.

Równie mało elokwentny okazał się książę Sapieha. Wówczas Szeptycki odwrócił się na pięcie i, wychodząc, rzucił przez zęby: „Ja wam ten cały zamach zlikwiduję bez strzału”. Słowa dotrzymał niemal błyskawicznie, bo pod Komendą Miasta spotkał żołnierzy 21. pułku piechoty gen. Jaźwińskiego, którzy szli obsadzić Pałac Namiestnikowski, Zamek Królewski i elektrownię. Szeptyckiemu zajęło ledwie chwilę, aby ich zrugać, przejąć dowództwo i rozkazać otoczyć Komendę Miejską.

 

KOMEDIA ZAMIAST TRAGEDII

W środku nocy puczyści zjawili zamachowców cywilnych i wojskowych, prowadzona przez rotmistrza w mundurze wtargnęła na podwórzec Belwederu; niedoświadczony wartownik posłuchał rozkazu rotmistrza i przepuścił ich przez bramę”. Na drzwiach, wedle Miedzińskiego, miał zatrzymać nieproszonych gości adiutant Piłsudskiego porucznik Kazimierz Stamirowski, który „huknął na nich niezbyt parlamentarnymi słowami, aresztował ich i przy pomocy podoficera i kilku nadbiegłych z wartowni żołnierzy, rozbroił”. Potem wedle relacji Januszajtisa zjawił się u niego wysłannik Naczelnika Państwa, któremu puczyści postawili warunek, że nie wypuszczą ministrów, dopóki nie nastąpi „zmiana rządu partyjnego na rząd ogólnonarodowy”. Pułkownik z radością przyjął propozycję bezpośredniej rozmowy z Piłsudskim. Opis, jak przebiegała, zależy od tego, czy relacjonował ją zwolennik endecji, czy też współpracownik Naczelnika. Jerzy Zdziechowski twierdził, że Piłsudski „biegał po pokoju wymachując rewolwerem”, a do tego krzyczał: „Chcecie zmienić rząd, to znaczy oderwać mnie od przyjaciół, od jedynych ludzi na których mogę się opierać, to mówcie otwarcie, to sobie w łeb strzelę!”. Twierdzenia narodowców, że Naczelnika ogarnął wówczas atak histerii, wydają się mało wiarygodne.

Bardziej wiarygodnie przedstawia się relacja Miedzińskiego, iż przybywszy ok. 6 rano do Komendy Miasta, Piłsudski „przemówił bardzo krótko i bardzo ostro, używając słów tak twardych, jakich nigdy przedtem z ust jego nie słyszałem”. Ale za słowami nie poszły żadne czyny. Po zakończeniu wystąpienia Naczelnik zwolnił wszystkich cywilów do domu, żądając jedynie, aby dali słowo honoru, że stawią się na każde wezwanie władz, zaś zbuntowanym oficerom zaordynowano dwa tygodnie aresztu. 

Z polecenia Piłsudskiego ministrów odnaleźli popołudniem 5 stycznia gen. Leon Berbecki i kpt. Tadeusz Kasprzycki. „Odnaleziony gabinet ministrów odwiozłem z Kasprzyckim do Belwederu i oddałem w ręce Piłsudskiego. Gdy opuszczałem Belweder, dolatywały mnie słowa Piłsudskiego, rugającego swój gabinet ministrów” – opisywał gen. Berbecki.

 

W CO GRAŁ NACZELINK

Na początku stycznia 1919 r. Piłsudski zachowywał się, jakby nie był sobą. Biernie czekał na rozwój wypadków, a do tego sprawiał wrażenie, że przeoczył spisek, o którym mówiła niemal cała Warszawa. Jednak następne dni dawały jasną odpowiedź, czego tak naprawdę chciał Naczelnik.

Jego posłaniec zjawił się w Krakowie z prośbą, aby Paderewski jak najszybciej wrócił do stolicy. „Paderewski miał wielką naprawdę w tych dniach szansę objęcia, przy poparciu znakomitej większości narodu i nawet wojska, zwierzchniej władzy w państwie, odsuwając od niej Piłsudskiego, który musiałby mu ustąpić miejsca pod naciskiem ulicy warszawskiej” – łudził się wówczas Stanisław Grabski. Endecy triumfowali, bo wyglądało to tak, jakby Naczelnik przestraszył się spisku. I za wszelką cenę chciał go uniknąć.

Ale spotkanie Paderewskiego z Piłsudskim wyglądało zupełnie inaczej, niż zakładali przywódcy ruchu narodowego. Myśleli, że pianista postawi twarde warunki i w ich imieniu przejmie pełnię władzy politycznej, pozostawiając Piłsudskiemu stanowisko naczelnego wodza. Tymczasem po spotkaniu Paderewski oświadczył, że „Piłsudski okazał w rozmowie z nim tyle serdeczności i wyższego ponad partyjne niechęci patriotyzmu, że słowa jego zupełnie mu wystarczyły” – zanotował Grabski.

Piłsudski spokojnie doprowadził do dymisji Moraczewskiego i zastąpił swojego premiera równie uległym mu Paderewskim. Nowy rząd Polacy zaakceptowali wręcz entuzjastycznie. O puczu szybko zapomniano, a jego nieudolni uczestnicy zasiedli w Sejmie lub otrzymali nowe stanowiska dowódcze w armii.

Najszybciej awansował książę Sapieha, wysłany najpierw z polskim poselstwem do Londynu, a potem mianowany nawet ministrem spraw zagranicznych.

Już po zwycięskiej wojnie z bolszewicką Rosją, na raucie w jednej z ambasad z ministrem Sapiehą pokłócił się o pucz Januszajtisa działacz PPS Adam Pragier. W pewnym momencie Sapieha zapytał, co jego oponent zrobiłby na miejscu Piłsudskiego. „Różne rzeczy, jedną z nich byłoby, żebym kazał księcia powiesić” – odparł zapytany. „Toby pan zrobił głupstwo” – odparł z uśmiechem książę. „Myśmy działali w rzeczywistości ku wygodzie Piłsudskiego. Nie chciał on rządu lewicowego, ale nie mógł od razu się go pozbyć. A zamach pokazał, że ani my nie potrafimy nic zrobić, ani lewica. To właśnie otworzyło drogę Paderewskiemu” – dodał.

Nieco aluzyjne stwierdzenie ministra mogło wskazywać, że od samego początku swego udziału w endeckim spisku jedynie wykonywał polecenia Naczelnika. A to bardzo wiele wyjaśniało.