powrót
Focus na życie w dobrym stylu
  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie

Focus na życie w dobrym stylu. Lifestyle'owy magazyn o zdrowiu, domu, podróżach, kulturze i relacjach - codziennie o tym, co realnie wpływa na jakość życia.

FacebookPlatforma XYoutubeInstagram

Nasze tematy

  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie
  • Parenting
  • Podróże
  • Kultura
  • Promocje
  • Styl życia
  • Pupile
  • Nauka

Redakcja

  • Polityka prywatności
  • Redakcja
  • Kontakt

© 2026 focus.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.

theprotocol.it
Publicystyka

Siedem godzin rozmowy jak jedna minuta. Tak rodzi się prawdziwa bliskość

W dobrej rozmowie wymianę energii uruchamia mieszanka podobieństwa i różnicy między dwojgiem ludzi. Podobieństwo jest kładką, która prowadzi nas ku drugiemu, a różnica budzi ciekawość.

Coaching
06.04.2021·11 minut·
Siedem godzin rozmowy jak jedna minuta. Tak rodzi się prawdziwa bliskość
Chcesz czytać więcej treści jak „Siedem godzin rozmowy jak jedna minuta. Tak rodzi się prawdziwa bliskość"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google

NATALIA DE BARBARO: Zdarzają się takie przyjaźnie i takie spotkania, które nas szczególnie dotykają. Wchodzimy w ten rodzaj pokrewieństwa, w którym czujemy jakąś, górnolotnie mówiąc, magię. Czasem tak się dzieje w rozmowie z drugim człowiekiem; zdarzają się nam rozmowy niezwykłe.

ROBERT RIENT: Jakie rozmowy są dla ciebie niezwykłe?

NATALIA DE BARBARO: Takie, w których pojawia się wyraźnie nowa przestrzeń, w których można doświadczyć siebie i świata po nowemu. Takie, które burzą porządek albo pseudoporządek naszego życia. Po których jesteśmy inni, odżywieni.

ROBERT: To zazwyczaj rozmowy zaskakujące. Gdy idę z kimś porozmawiać, najczęściej nie mam z tyłu głowy założenia i nadziei, że oto w trakcie tej rozmowy zmienię moje życie. A gdy mam taką nadzieję, często kończy się na rozczarowaniu, bo chcę coś dostać, wyznanie za wyznanie. „Mówi się kocham, bo chce się odzewu” – pisał poeta Świetlicki. Skąd ta nowa przestrzeń, o której wspomniałaś?

NATALIA: Najbanalniej mówiąc – z wymiany energii. Na pewno elementem, który ją uruchamia, jest mieszanka podobieństwa i różnicy pomiędzy dwojgiem ludzi. To podobieństwo jest kładką, która prowadzi nas ku drugiemu, a różnica budzi ciekawość. Ale bez poczucia jakiegoś pokrewieństwa chyba byłoby o ciekawość trudno.

ROBERT: Bez ciekawości to faktycznie niemożliwe. Ciebie, siebie, nas w trakcie spotkania. Melanie Joy, aktywistka na rzecz zwierząt i psycholożka, ma wytatuowane na nadgarstku trzy słowa: ciekawość, współczucie i odwaga. Mają jej przypominać o tym, by w ważnych rozmowach miała odwagę być ciekawą i współczującą. By rozmowa była ważna, karmiąca, musi nastąpić połączenie moich intencji z tym, co mówię, i zrozumieniem po drugiej stronie, czyli odczytaniem nie tylko słów, ale również intencji. Wtedy pojawia się most, porozumienie.

NATALIA: Pomyślałam teraz o Wojtku, moim mężu, i o tym, że kiedy go poznałam i kiedy zaczęliśmy się do siebie zbliżać, spędzaliśmy dosłownie całe noce na rozmowach; potrafiliśmy rozmawiać siedem godzin non stop, w poczuciu, że minęła godzina. To było takie doznanie jak odnalezienie domu; miejsca, z którego nie chce się odejść.

ROBERT: Klasyczne zakochanie. To rozmowy, które można nazwać – o tobie. Wszystkie rozmowy zakochanych są takie kuszące i podstępne, bo chodzi o to, by rozmawiać „o tobie”. Skąd jesteś, co myślisz, jak czujesz, do tego dochodzą spory o sens życia, filozofię, wymiana doświadczeń, filmów, książek. Godziny lecą i to nie jest nawet wierzchołek góry, masz poczucie, A potem, gdy pojawia się związek, kopalnię zalewasz wodą, czyli rozmowami „o sobie”. A rozmów „o tobie” ubywa. Te pierwsze mają pozór zmiany życia, a najczęściej są kosmicznym porozumieniem i faktycznie prowadzą do zmiany, ale scenografii życia, gdy na przykład pojawia się wspólny dom i sypialnia. Rozmowy „o tobie” udają, że nie są narcystyczne, ale czasami narcyzm wspierają. I to przekonanie: jesteś dla mnie najważniejszy.

NATALIA: Ja nie wspominam tamtych rozmów jako narcystycznych, zresztą dzisiaj, po dwudziestu latach bycia razem, mój mąż jest dalej moim ulubionym rozmówcą. Ale niewątpliwie rozmowy zakochanych są oparte na złudzeniu – bo nasz ukochany wydaje nam się kimś, kim na pewno nie jest, i my nie jesteśmy osobą, którą on w nas widzi. Ale nie tylko w zakochaniu zdarzają się rozmowy niezwykłe. Ty na przykład dużo mówisz o przyjaźni i o tym, jak to, co się w niej wydarza, zmienia twoje życie.

ROBERT: W kwestii zmiany sposobu myślenia, bycia, postrzegania siebie i świata najbardziej wpłynęły na mnie właśnie rozmowy z przyjaciółmi. W tej sprawdzonej, pełnej zaufania przestrzeni możliwa jest zupełna akceptacja drugiej osoby i jej wyborów. Bo o takiej przyjaźni mówię, która nie ocenia, lecz wysłuchuje, podąża. Jest w nią wpisana ciekawość, świeżość, otwartość na zmiany.

NATALIA: Bo w związkach tak zwanych romantycznych jest element, którego nie ma w przyjaźni – to, że od siebie wyraźnie jakichś rzeczy oczekujemy. A z tym nieuchronnie wiążą się pretensje, kiedy te oczekiwania nie zostają spełnione; pretensje z dzisiaj i te uzbierane – pudła, walizki, worki z pretensjami, często rozpakowywane w trakcie kłótni.

ROBERT: Ale to nie jest kwestia drugiej osoby, bycia w związku, tylko uwewnętrznionego przekonania, że związek jakiś ma być. Dlatego że gramy w role. Uwierzyliśmy w miłość tzw. romantyczną, w schemat, w którym dwie osoby tworzą dom i mają wspólne łóżko. Odebraliśmy sobie tym schematem, przepisem na związek, wolność w wybieraniu dowolnego sposobu na życie. Sukces w życiu osobistym odnosisz, gdy pozostajesz w relacji romantycznej i wspólnie mieszkacie. Sprawy dotyczące związku odgórnie ustaliła historia, psychologia, nasi wychowawcy. I lądujemy w związku złożonym z kompromisów, dostosowywania się, potem szukamy w tym sensu i wartości, rozwijamy cierpliwość i wytrwałość, mylimy poświęcenie z miłością. Przyjaźń to dla mnie tak samo ognisty, pełen pasji i twórczości związek, w którym jest o tyle łatwiej, że może się realizować w wolności.

NATALIA: Ja wierzę, że w miłości wolność też jest możliwa, ale jest trudniejsza. Trudniej jest też o to, co w niezwykłych rozmowach często się wydarza – o zawieszenie osądu. Jeśli czuję, że ktoś jest mnie ciekawy, że nie występuję przed jakąś komisją egzaminacyjną, która protestuje za każdym razem, kiedy mój pogląd nie zgadza się z jej poglądem, wtedy właśnie pojawia się ta nowa przestrzeń; moje myśli i uczucia stają się bardziej twórcze. Fajnie o tym pisał Peter Senge w „Piątej dyscyplinie”: „W dialogu ludzie stają się obserwatorami swojego własnego myślenia”. Czasami, paradoksalnie, łatwiej o to w rozmowach z obcymi ludźmi.

ROBERT: Takie rozmowy z obcymi bywają czyste, nie mamy oczekiwań wobec tych ludzi, dlatego mogą się do nas przykleić wypowiadane słowa bez konotacji ze wspomnieniami, bólem, przeszłością.

NATALIA: Ktoś nas mija, rzuca coś po drodze, a to zapada w nas głęboko. Pamiętam jak kiedyś, kiedy próbowałam zajść w ciążę, pielęgniarka popatrzyła na mnie i powiedziała jedno zdanie: „Życzę pani, żeby się udało”. Powiedziała to jakoś tak prawdziwie, niezdawkowo. Usłyszałam wtedy, że świat mi dobrze życzy; to było ważne.

ROBERT: Jakiś czas temu we Wrocławiu, za dworcem kolejowym, siedziałem i czytałem. Podeszła do mnie dziewczyna, narkomanka. Tak sama o sobie mówiła, a po stanie jej rąk było widać wyraźnie, że używa od lat. Wpisała mi się do dziennika i dała wykład o przemijaniu i teraźniejszości, którego nie powstydziłby się niejeden tzw. oświecony.

NATALIA: Miałam też taką niezwykłą rozmowę z taksówkarzem, który w Hamburgu wiózł mnie ze szkolenia na lotnisko. Jechaliśmy przez piękne miasto, aleje, wille. I on nagle zaczął opowiadać o operacji Gomora, z czasu II wojny światowej. Na te aleje i wille nałożył obraz bombardowań, zniszczeń, ludzi ginących w huraganowym ogniu, zastygających w gorącym asfalcie przy próbie ucieczki. „Nie ma we mnie złości – powiedział mi. – To my zaczęliśmy wojnę. To my zaczęliśmy tę spiralę nieszczęścia”.

Potem rozmawialiśmy o tym, jak udało się dojść do miejsca, w którym teraz jesteśmy, Polacy i Niemcy. W tej rozmowie niezwykłe było to nakładanie się obrazów – tego, co było, z tym, co jest, tamtej nienawiści z życzliwością między nami; i jeszcze to, że to było takie nieoczekiwane miejsce na najpoważniejsze z tematów – nie znaliśmy się, nie piliśmy razem wódki, nie była czwarta nad ranem, po piętnastu minutach zapłaciłam i wysiadłam, i nigdy tego człowieka już nie spotkam. A jednak było w tej rozmowie coś niezwykle karmiącego.

ROBERT: By rozmowa była karmiąca, musi pojawić się w sposób naturalny element odżywiania. Nie służą do tego pochwały, uwodzenie, oceny. Karmiąca jest obecność i pewnego rodzaju transcendentne przekroczenie samego siebie, tego kogoś, czyli rozmówcy, i nas. To trochę tak, jakby pozwolić wodzie, by nas unosiła, nie podejmować z nią walki, co robią uczący się pływać, nie ciąć jej sprawnymi ruchami jak sportowcy, ale pozwolić się unieść. W trakcie takich rozmów z moją przyjaciółką, które trwają często długie godziny, przechodzimy przez wszystkie emocje, od radości przez smutek, zrozumienie, dochodząc niekiedy do punktu, w którym pojawia się dla nas obojga nowa jakość. Zaczyna się zawsze od słuchania. Zgłaszam problem, trudność, ona słucha, jest lustrem. Pyta, by zrozumieć, więc i ja zaczynam rozumieć, potem pojawiają się pytania, po co mi to, po co mi ten sukces albo to wytrzymywanie, to cierpienie. Karmiąca rozmowa jest wtedy dla mnie momentem, w którym opada ze mnie jakaś iluzja, nie tylko rozumiem bardziej siebie i świat, ale tracę np. wiarę w coś, co nie istnieje. Tak było, gdy moja przyjaciółka zapytała mnie o to, czym jest męskość, gdzie mieszka, jaka jest, co w niej stałego, co wybrałem, a co zostało mi narzucone. Z każdym pytaniem okazywało się, że męskość nie jest niczym więcej niż społeczno-kulturowym kostiumem. I w ten sposób, podczas karmiącej rozmowy, udało mi się trochę schudnąć, zrzucić z siebie konieczność noszenia owego kostiumu albo wierzenia, że jest on integralną częścią mnie.

NATALIA: Tak też bywa w terapii, ktoś pokazuje ci lustro, bez tezy wokół tego, co dokładnie masz w nim zobaczyć; są pytania i jest ta akceptująca obecność drugiego człowieka. Gdyby nagle ten człowiek – czy to będzie terapeuta, czy przyjaciel – powiedział na przykład: „no teraz już przesadziłeś! Naprawdę, taki drobiazg cię rozzłościł? Strasznie jesteś dziwny jednak!” – to czar by prysnął, prawda? Ale akceptująca obecność to nie jedyna gleba dla niezwykłej rozmowy. Czasem jest odwrotnie – ktoś nieoczekiwanie stawia granice, pokazuje brak akceptacji, konfrontuje nas z czymś.

ROBERT: Pamiętam, jak byłem w bardzo złym momencie związku, pozwalałem na krzywdzenie siebie i nie chciałem tego widzieć. Odprowadzając moją przyjaciółkę na pociąg, opowiadałem jej o tym, co się u mnie dzieje, stosując mnóstwo racjonalizacji. Gdy usłyszała moją historię, stwierdziła, że pojedzie kolejnym pociągiem, przez dwie godziny wypowiadała na różne sposoby zdanie: robisz sobie krzywdę. Pokazała mi coś mocno, dosadnie – to też okazało się karmiące. Można więc powiedzieć komuś, że przesadza, jeżeli robi się to z miłością. A z terapią bywa tak, jak mówisz, że pomaga czasami stracić iluzje, np. wtedy, gdy traci się idealny obraz rodziców, obraz siebie jako skrzywdzonego, a nie krzywdzącego, obraz siebie jako ofiary. Ale terapia na miejsce iluzji, które odpadły, ma tendencję do budowania – lub zachęcania pacjenta, by budował – nowych podpór, czasami, nie wprost, zgodnych z ideologią terapeuty.

NATALIA: Wiesz, że ja mam rodzinne powody, żeby stawać po stronie terapeutów, więc mnie nie prowokuj. Natomiast zgadzam się z tym, że odważne powiedzenie drugiemu człowiekowi, co nam się nie podoba; powiedzenie mu o czymś ważnym, czego, jak nam się wydaje, on sam nie widzi, może być dobre, ważne, przełomowe. Dość radykalnym przykładem tego, nie zawsze udanym, są tak zwane interwencje – wcześniej zaplanowane rozmowy, w których rodzina albo przyjaciele wszyscy naraz spotykają się ze swoim bliskim i wszyscy chórem mówią to samo – na przykład, że jest uzależniony od alkoholu. To jest taka sytuacja osaczenia z premedytacją, niedania komuś drogi ucieczki, postawienia pod ścianą – w założeniu w dobrej intencji i dla jego dobra, chociaż praktyka oczywiście może być różna.

ROBERT: Byłem raz świadkiem interwencji w restauracji. Przy stole tłum zatroskanych bliskich. Podsłuchiwałem przez prawie godzinę, zafascynowany. W końcu ten, któremu pomagali, wyszedł. Podsłuchiwałem dalej, jego bliscy z troską podszytą moralną wyższością komentowali jego życie. Interwencja ma w sobie coś z przemocy, ataku, wolę kontakt sam na sam. Wyobrażam sobie jak spłoszony, zawstydzony, oceniany, głupszy i przerażony bym się czuł podczas interwencji. A nawet jeśli te wszystkie uczucia pozwoliłyby mi coś odkryć, wolę kontakt i rozmowę zaczynać od innych emocji. Pisarka Magdalena Tulli powiedziała, że to, co człowieka unosi, podnosi, to piękno, a nie cierpienie i analizowanie go. Uwierzyliśmy w to fałszywe powiedzenie, że cierpienie uszlachetnia – wypowiadają je ci, którzy przeżyli, poradzili sobie. Bezdomni, ci bez pracy, warunków, możliwości, zostali przez cierpienie zgładzeni, ich jest większość.

NATALIA: No, ale jeśli ktoś jest w ciężkim uzależnieniu, to raczej piękno go nie podniesie. Oczywiście powstaje wtedy pytanie o granice odpowiedzialności innych za to, żeby go z tego wyciągać. To są poważne dylematy i niezwykłe rozmowy w tych kontekstach nigdy nie bywają przyjemne. Nie to co na przykład przy zakochaniu. Ostatnio było głośno o eksperymencie naukowców z State University of New York – wymyślili 36 pytań, takich, że jak dwoje ludzi sobie je nawzajem zada i uważnie posłucha odpowiedzi, a potem jeszcze popatrzą sobie w oczy przez cztery minuty, to prawdopodobnie się w sobie zakochają. To taki quasi-przepis na niezwykłą rozmowę. Podobno wielokrotnie sprawdzony. Przekonuje cię to?

ROBERT: Te pytania to tylko pretekst. Jeśli przez trzy godziny ludzie opowiedzą o sobie, o rodzicach, o planach intymnie, a potem patrzą sobie w oczy, to naturalne, że pojawi się w nich ciekawość, bezbronność, otwartość, czułe myśli o drugiej osobie. To, co stało się podczas tego eksperymentu, warto zastosować podczas ważnych rozmów: zadawanie pytań, słuchanie, zainteresowanie, czas dla siebie i patrzenie sobie w oczy. Reżyserka Agnieszka Glińska porównała zaufanie do włączenia światła, decyzji. Nie kalkuluję, nie rozważam, skaczę we wspólną przestrzeń, w rozmowę, nagi, bezbronny, ufając. Jak pomyślę o ważnych momentach w życiu, związanych ze stratą albo miłością, była w tym bezbronność, pewnego rodzaju niewiedza. Bo muszę trochę wątpić, mieć w sobie wolną przestrzeń, by mogła się pojawić szansa na zmianę, na nową jakość. Jeśli wiem i tylko wygłaszam opinie, sądy, jeśli pouczam, pomagam, lituję się albo proszę i czekam na pomoc, ciężko o rozmowy, które zmieniają.

NATALIA: Właśnie od takiej przestrzeni i ufności zaczęła się nasza przyjaźń, nie uważasz? Właściwie zaczęło się od tego, że przeczytałam twój tekst o vipassanie i poruszył mnie. Napisałam o tym do Kaśki Sroczyńskiej, poprzedniej szefowej „Coachingu”.

ROBERT: A ona mi to przekazała. I wtedy odezwałem się do ciebie na Facebooku. Pamiętasz, jak zaczęliśmy rozmawiać na czacie?

NATALIA: Jasne. W piątym zdaniu już chyba zeszliśmy na to, czy Bóg istnieje. Pamiętam wir tej rozmowy, jej energię i swoją pewność, że to jest, jak to mówił Bogart w „Casablance”, „początek pięknej przyjaźni”.

Tematy:energiazmianyżycie

Spodobał Ci się ten artykuł?

Daj znać autorowi — kliknij wielokrotnie.

Chcesz czytać więcej treści jak „Siedem godzin rozmowy jak jedna minuta. Tak rodzi się prawdziwa bliskość"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google
Udostępnij
FacebookX