Rozważania przed śmiertelnym zastrzykiem. Felieton Łukasza Orbitowskiego

David Goodall w wieku stu czterech lat zdecydował się na wspomagane samobójstwo. Nie zapadł na żadną chorobę. Uznał, że komfort jego życia znacząco się obniżył i generalnie ma wszystkiego dosyć. Wylogowuje się z życia. Prosi o kalendarz, w który mógłby kopnąć. Goodall był kumatym facetem, profesorem botaniki. Doskonale rozumiem faceta.

Ponieważ ojczyzna Goodalla, Australia, odmówiła mu prawa do eutanazji, staruszek odbył podróż do Szwajcarii. Wziął udział w konferencji prasowej, na której tłumaczył powody swojej decyzji, dając ludziom rzadką szansę rozmowy ze zdeterminowanym i racjonalnym samobójcą. Ostatnie chwile spędził z rodziną i przyjacielem. Zjadł rybę z frytkami, wysłuchał dziewiątej symfonii Beethovena i samodzielne (korzystając ze specjalistycznej aparatury) wprowadził truciznę do organizmu.

Znajdzie się więcej ludzi takich jak David Goodall.

W 1989 roku, dobiegający dziewięćdziesiątki węgierski pisarz, Sandor Marai kupił pistolet i zapisał się na strzelnicę. Chciał mieć pewność, że nie zawiedzie. W ostatnich latach życia utracił wszystkich najbliższych. Po długiej chorobie zmarła jego żona. Opiekował się nią z pełnym poświęceniem. Wkrótce po niej umarł brat pisarza, a przybrany syn popełnił samobójstwo. Marai ślepnął. Od dziesięcioleci przebywał w Ameryce i nie mógł wrócić na ukochane Węgry. Innymi słowy, nie znajdował powodów do życia. Ostatnie słowa w jego wielotomowym, przepięknym dzienniku brzmią: „Czekam na wezwanie, nie ponaglam ale i nie ociągam się. Już pora”. Przywołałem je i teraz nie chcą mnie opuścić.

Marai musiał się zastrzelić. Goodall skorzystał z liberalnego prawodawstwa w Szwajcarii i udogodnień oferowanych przez medycynę. Obaj osiągnęli swoje zamierzenia. Dzieli ich tylko komfort umierania – oto miara postępu. Minęło trzydzieści lat, świat skurczył się do rozmiarów smartfona, przeszczepiamy twarze i lądujemy na Marsie, a los starców nie uległ poprawie. Starość oferuje rozpacz i tęsknotę za śmiertelnym zastrzykiem. Być może względny dobrobyt jeszcze umacnia tę morderczą perspektywę. Nie samo życie się liczy, tylko jego jakość.

Będziemy borykali się z tym dalej. Żyjemy coraz dłużej, co oznacza większą porcję bolesnej starości. Tej perspektywy nie da się uniknąć. Krzepcy, młodzieńczy osiemdziesięciolatkowie (nowość naszych czasów) zmienią się w bezradnych dziewięćdziesięciolatków. Znajdzie się więcej ludzi takich jak David Goodall.

Wciąż jestem zwolennikiem eutanazji, tyle, że melancholijnym i zrezygnowanym.

Za młodu byłem radykalnym zwolennikiem eutanazji i bardzo chciałem aby tego rodzaju procedury wprowadzono w Polsce. Znajdowałem też osobliwą przyjemność w kłóceniu się z katolikami na ten akurat temat. Uważałem, że moje życie jest moją wyłączną własnością. Nie należy do rodziców, partnerki ani Boga, którego przecież nie ma. Mogę skończyć ze sobą kiedy to mi się żywnie podoba. Po latach zapytałem siebie co zrobię, gdy mój syn dojdzie do podobnych wniosków i zmieniłem zdanie. Wciąż jestem zwolennikiem eutanazji, tyle, że melancholijnym i zrezygnowanym.

 

Obiecuję sobie, że nie dopuszczę do niedołężności, że nigdy nie stanę się ciężarem dla innych. Postrzegam siebie jako wojownika, przewodnika stada. Muszę być mocny i samowystarczalny, tak sobie powtarzam, a gdy moc i samowystarczalność dobiegnie końca, zamierzam palnąć sobie w posiwiały łeb. Ten plan powziąłem w późnej podstawówce i trzymam się go do teraz. Jak sądzę, ma dojrzałość czternastolatka.

O ucieczce w śmierć dobrze mi mówić w tej chwili, gdy jestem silny, zdrowy i czterdziestoletni, a perspektywa starości, choć już dostrzegalna jest tylko punktem majaczącym na horyzoncie. Nie wiem jak to jest być starym, podobnie jak nie wiem co to znaczyć być kobietą.

Argument z próżności: czy jestem wystarczająco silny, by znieść własną starczą słabość? A jeśli tak, to w jakim celu?

Przecież może mi, tak zwyczajnie zabraknąć odwagi, mogę też, jak większość staruszków, czepiać się wszystkimi siłami uciekającego życia. Tego nie wiem. Eutanazyjne samobójstwo wydaje się zbyt poważną sprawą by dyskutować o nim w zdrowiu i ciepełku. 

Dlatego opowiem o czymś innym. O wątpliwości.

Mój przyjaciel opiekował się obłożnie chorą matką. Ze względu na szacunek do tego człowieka zmilczę szczegóły i napiszę tylko, że matka wymagała stałej, bardzo wyczerpującej opieki, a jej stan nie dawał żadnych szans na poprawę. Mój przyjaciel zwolnił się z pracy i opiekował się matką z pełnym poświęceniem. Przejadał oszczędności, spał po trzy godziny na dobę i całkowicie zrezygnował z życia: żadnego kina, randek, piwa z przyjaciółmi. Robił to, choć mógł oddać mamę do ośrodka opieki. Wiedział, że tam mama błyskawicznie umrze.

 

Odwiedzałem go, a on reagował na te wizyty połączeniem zażenowania i wdzięczności. Siadywaliśmy nad kieliszeczkiem (przyjaciel był cały czas na cyku – alkohol stanowił jedyną rozrywkę na jaką mógł sobie pozwolić), obok na łóżku spała mama. Rozmawialiśmy o niej, o poświęceniu mojego przyjaciela, a on w którymś momencie rzekł: „Stary, ja po prostu chcę, żeby ona żyła. Nie musi samodzielnie jeść ani mówić, wiem, że nigdy nie przejdzie się o własnych siłach, niech po prostu żyje, jakkolwiek ale żyje.” Tak właśnie mówił na ściśniętym gardle.

Te słowa utkwiły mi głęboko w sercu i pamięci. Matka mojego przyjaciela nie mogła już wyzdrowieć, nie czerpała też żadnych radości z życia. Nie wiedziała kim jest ani gdzie się znajduje. Znajdowała się więc w gorszej sytuacji niż Sandor Marai i David Goodall, który przed śmiercią cieszył się ulubionym posiłkiem i symfonią Beethovena. Nie miała żadnego powodu aby żyć. A ja jestem bezradny wobec słów mojego przyjaciela: niech żyje, jakkolwiek, ale żyje. Była w nich wielka rozpacz i jeszcze większa miłość. Po prostu nie chciał aby jego ukochana mama umarła. Bardzo jej potrzebował. Może te, przecież głęboko irracjonalne, nierozsądne słowa są potężnym argumentem? Żyj póki ktoś cię kocha. Tak, wiem jak naiwnie to brzmi.

On – mój przyjaciel – był w miejscu, do którego nie dotarłem. Był tam też Marai i Goodall, czego nie można powiedzieć o zdrowych i silnych dyskutantach na temat eutanazji, zwolennikach i przeciwnikach medycznie wspomaganego samobójstwa. Im doradzam milczenie. 

Matka w końcu umarła, mój przyjaciel ją opłakał i zajął się swoimi sprawami. Wrócił do roboty i ułożył sobie życie. Ze śmiercią matki w pełni się pogodził. Śmierć rodzica jest tragedią, ale też czymś naturalnym. Rodzice umierają i nic z tym nie zrobimy. A on, zdrowy i silny, cieszy się życiem świadom, że dla mamy zrobił tyle, co mógł.

Nie decydujmy pochopnie o życiu. Swoim jak i cudzym.

Przeczytaj także——–>>>> Cierpienie Anthony’ego Bourdaina. Felieton Łukasza Orbitowskiego