
Kiedy drewniane szczątki okazały się bezcennym archiwum
Pierwsze tabliczki wydobyto jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku. Przez długi czas nikt nie podejrzewał, że te niepozorne kawałki drewna kryją jakiekolwiek inskrypcje. Wosk, którym były pokryte, dawno się rozłożył, a delikatne nacięcia rysika stały się prawie niewidoczne dla oka. Przełom nastąpił w 2020 roku, gdy dyrektor muzeum w Tongeren, Else Hartoch, dostrzegła w nich potencjał. Kolejne fragmenty znalezione w 2013 roku potwierdziły, że nie są to zwykłe śmieci. Artefakty pochodziły z dwóch miejsc. Część celowo połamano i wrzucono do studni przy forum, co mogło być prymitywną formą niszczenia dokumentów. Inne trafiły do błotnistej jamy śmietnikowej, gdzie lądowały po wielokrotnym użyciu. W starożytności były to codzienne narzędzia: drewniane deseczki z warstwą wosku, na którym pisano metalowym stylusem. Po wykorzystaniu tekst można było wygładzić i zapisać na nowo.
Czytaj też: Świątynia Herkulesa na przedmieściach Rzymu. To odkrycie okazało się jedynie wstępem
Praca zespołu pod kierunkiem Markusa Scholza i Jürgena Blänsdorfa była żmudnym połączeniem humanistyki i nowoczesnej techniki. Kluczowa okazała się technika Multi-Light Reflectance Imaging, która pozwala uwidocznić mikroskopijne zagłębienia w materiale. Dzięki niej udało się odtworzyć ślady pozostawione przez rysik, mimo że wosk nie przetrwał. Każdy fragment wymagał indywidualnej analizy. Naukowcy identyfikowali gatunki drewna, badali pozostałości wosku i przetwarzali cyfrowo obrazy. Wyzwaniem były tzw. palimpsesty, czyli tabliczki używane wielokrotnie, gdzie pod wierzchnią warstwą kryły się starsze, wygładzone napisy.
Codzienność życia na prowincji
Treść odczytanych tekstów jest zaskakująco różnorodna i… bardzo przyziemna. To nie epickie poematy, a raczej biurokratyczna oraz handlowa rzeczywistość. Znaleziono kontrakty, urzędowe zapisy, ćwiczenia szkolne czy kopie ważnych dokumentów. Najbardziej znaczący jest szkic inskrypcji dedykacyjnej dla posągu przyszłego cesarza Karakalli z 207 roku n.e., który świadczy o wizytach wysokich rangą oficjeli w tym regionie. Tabliczki wymieniają lokalnego decemwira (wyższego urzędnika) oraz weteranów, w tym byłych żołnierzy rzymskiej floty rzecznej na Renie, którzy osiedlili się tu po służbie. Imiona zapisane na drewnie mają pochodzenie rzymskie, celtyckie i germańskie, co doskonale oddaje wielokulturową mozaikę społeczeństwa przygranicznego.
Czytaj też: Narzędzie sprzed pół miliona lat szokuje archeologów. Wykonano je z kości słonia
Odkrycie dostarcza namacalnych dowodów na procesy, które znamy głównie z teorii. Zapisane imiona i funkcje pokazują, w jaki sposób miejscowa ludność, żołnierze i przybysze wchodzili w interakcje w ramach wspólnych struktur. Tongeren leżało na skrzyżowaniu szlaków z Galii do Germanii, pełniąc rolę pomostu kulturowego. Tabliczki potwierdzają, iż rzymska machina administracyjna działała nawet tutaj, a łacina służyła jako lingua franca dla mieszanej etnicznie populacji. Oczywiście romanizacja nie oznaczała całkowitego porzucenia lokalnych tradycji na rzecz rzymskiego stylu życia. Była raczej negocjacją, procesem, w którym przyjmowano pewne wzorce prawne, administracyjne czy językowe, adaptując je do lokalnych warunków.