Dopiero niedawno zachodni buddyści zauważyli (na łamach swoich magazynów i książek), że radość i rozluźnienie są koniecznym warunkiem rozwoju medytującego umysłu. Budda mówił o tym 25 wieków temu. Radość to jeden z siedmiu czynników oświecenia. Pozostałe to: uważność, badanie, energia, wyciszenie, koncentracja i bezstronność.

W ramach tego nowego objawienia przyszła konstatacja – to nie konkretna technika medytacyjna ma znaczenie, ale nastawienie umysłu w każdej chwili życia. Odrobina wiedzy na temat procesu medytacyjnego wystarczy, żeby uświadomić sobie, że tak jak nie ma cudownej diety, nie ma też cudownej recepty na oświecenie. I choć medytacja stała się częścią zachodniej popkultury, to najczęściej nasze wyobrażenie o niej jest czystą fikcją.

Medytacja nie jest relaksacją, jak sądzą prawie wszyscy, którzy zgłaszają się na mniej lub bardziej zaawansowane kursy. Relaksacja jest tylko częścią procesu medytacji, jedną z wielu. Medytacja nie służy pozbywaniu się stresu ani poprawianiu samopoczucia. Służy przebudzeniu z iluzji umysłu opętanego pragnieniem. Pozbycie się stresu jest produktem ubocznym.

Medytacja nie polega na przybraniu odpowiedniej pozycji ciała – możemy obudzić medytacyjny umysł zawsze, w czasie każdej czynności. Ikoniczne obrazy ludzi siedzących na poduszkach ze skrzyżowanymi nogami przedstawiają tylko jedną z form tradycyjnych technik medytacji.

Medytacja nie ma przynosić przyjemnych stanów ciała i ducha. Jest procesem poznawczym, a nie mistycznym odlotem w transcendentną rozkosz. W procesie medytacji – radykalnego odwarunkowania umysłu – przechodzimy przez stany przyjemne, ale także bolesne. Wgląd medytacyjny, według tradycyjnego buddyzmu Theravady, jest wglądem w brak zaspokojenia, przemijanie, brak jaźni.

Dlatego w medytacji musimy zmierzyć się z tym, czego nasza goniąca za przyjemnościami, konsumpcją i nieustannym rozpraszaniem świadomości kultura unika za wszelką cenę. Nagrodą jest poczucie wolności. Przebudzeni mistrzowie nie mówią o rozkoszy, częściej z ich ust pada słowo „ulga”.

Reszta tekstu jest dla tych, którzy jeszcze nie stracili zainteresowania medytacją. Najpierw zachęta od tych, którzy medytacją interesują się coraz bardziej – naukowców.

Mnich pod skanerem. Medytacja wywołuje neurochemiczną rewolucję.

O mężczyźnie znanym jako Lama Öser wiemy tyle, że jest Europejczykiem i przez ponad trzydzieści lat medytował intensywnie w Himalajach według instrukcji największych współczesnych mistrzów. Wiemy także, że gdy podłączono go do najbardziej zaawansowanych urządzeń monitorujących mózg w laboratorium na University of Wisconsin i innych amerykańskich laboratoriach, wyniki powaliły naukowców. Lama Öser na życzenie badaczy medytował za pomocą sześciu różnych technik, takich jak jednopunktowa koncentracja, generowanie współczucia czy otwarty umysł – rodzaj bezstronnej uwagi nienakierowanej na żaden konkretny przedmiot. Badacze sprawdzali reakcję jego mózgu między innymi za pomocą rezonansu magnetycznego i urządzenia do EEG, wyposażonego w 128 czujników (zamiast standardowych 32).