Czy jednak na pewno chodzi o upodobania i emocje inne niż nasze? Antyczni Grecy używali słowa epichairekakia (dosłownie: radowanie się ze zła), a Rzymianie – malevolentia – jedni i drudzy przyznając tym samym, że nie były im obce radość i przyjemność wypływające z cudzego nieszczęścia. Ludzie Zachodu sięgają po niemieckie słowo Schadenfreude (od Schaden – krzywda i Freude
– przyjemność), Rosjanie przyznają się do złaradości, a Czesi – škodolibosti. Amerykanie mówią zaś czasem o guilty pleasure (przynajmniej od kiedy w 1860 r. użyto tego wyrażenia w nowojorskim „The Times” w kontekście wizyty w domu publicznym). I jak pokazuje Google, określeń Schadenfreude i guilty pleasure używamy coraz częściej i częściej.

 

NIEBO Z WIDOKIEM NA TORTURY

Arystoteles nie miał wątpliwości. W „Etyce nikomachejskiej” o epichairekakii pisał tak: „Nie każde jednak postępowanie i nie każda namiętność dopuszcza średnią miarę; z samych bowiem już nazw niektórych z nich wynika, że są czymś niegodziwym, tak np. radość z powodu niepowodzenia drugich, bezwstydność lub zawiść, a spomiędzy sposobów postępowania: cudzołóstwo, kradzież i morderstwo; wszystkie te i tym podobne namiętności i sposoby postępowania są przedmiotem nagany, ponieważ one same są niegodziwe, nie zaś ich nadmiar lub niedostatek”. Ale już rzymski poeta Lukrecjusz nie łączył przyjemności, jaką się odczuwa w obliczu cudzych problemów, z moralnym upadkiem:

„Miło w czas burzy morskiej, gdy życia sam nie narażasz / Patrzeć z brzegu na trudy wichrem gnanego żeglarza. / Nie stąd, że cudza męka radość ci może przynieść, / Lecz że przykrości widzisz, które gdy zechcesz – ominiesz. / Miło też walkę mężów oglądać w wielkich bojach / Gdy z daleka bezpieczna całość i wolność twoja”.

Wielu Rzymian podpisałoby się pod tym ostatnim stwierdzeniem. Cyceron uważał, że nic nie uczy i nie unaocznia rzymskich cnót – pogardy dla bólu i śmierci – lepiej niż munera, czyli walki gladiatorów. Zdaniem Pliniusza Młodszego, krwawe widowiska na arenach miały wartość pedagogiczną: rozbudzały odwagę, „wykazując, że umiłowanie sławy i pragnienie zwycięstwa mogą powstać nawet w ciałach niewolników i zbrodniarzy”. Pojedynki gladiatorów pojawiły się w Rzymie jako pomysł zapożyczony od Etrusków i początkowo towarzyszyły pogrzebom. Dość szybko jednak zamożni Rzymianie zrozumieli, że tego typu spektakle mogą im przysparzać popularności i ułatwiać karierę polityczną. Zaczęli więc organizować walki także poza uroczystościami funeralnymi i je urozmaicać, dodając na przykład venatio z udziałem dzikich zwierząt. Publiczność przyjmowała je z zachwytem. Za panowania cesarza Nerona tylko podczas jednego venatio oklaskiwano śmierć czterystu niedźwiedzi oraz trzystu wów. Ile osób zginęło wówczas na arenie, nie wiadomo – były skazańcami i ich liczby nie odnotowywano. Falę współczucia zdołały wzbudzić w roku 55 p.n.e. słonie, które podczas walki z oszczepnikami zaczęły klękać. Wydały się tak podobne do ludzi błagających o łaskę, że widzom miękły serca. Od połowy I wieku p.n.e. igrzyska kończyły często potyczki andabatów,
czyli walczących na oślep, w hełmach pozbawionych otworów na oczy. Widzowie uznawali ten element za komiczny. W 107 r. cesarz Trajan z okazji zdobycia Dacji urządził igrzyska trwające 123 dni: wystąpiło 10 tys. gladiatorów (tylu, co podczas całego czterdziestoletniego panowania Oktawiana Augusta) i zginęło 11 tys. zwierząt.

Do III w. zachował się – jak pisze Jérôme Carcopino w książce „Życie codzienne w Rzymie w okresie rozkwitu cesarstwa” – zwyczaj urządzania munera sine missione, walk gladiatorskich, z których nikt nie mógł ujść z życiem. Podczas całodniowych widowisk były momenty o wyjątkowym okrucieństwie, w tym poranne i południowe egzekucje złodziei, morderców i podpalaczy. „Opisał nam ten haniebny proceder Seneka. Wypuszczano na arenę nędzną gromadę skazańców. Odłączano od niej pierwszą parę, złożoną z człowieka uzbrojonego oraz drugiego – ubranego w zwykłą tunikę. Pierwszy miał za zadanie zabić drugiego i zabijał go niechybnie. Zaraz po tym odbierano mu broń i prowadzono do innego, uzbrojonego po zęby, i rzeź ciągnęła się dalej, nieubłaganie, aż do momentu, kiedy głowa ostatniego nieszczęśnika potoczyła się po piasku” – pisze Carcopino.