Rozkład czy mumifikacja? Wiemy, jak wyglądałaby nasza śmierć i jej skutki w kosmosie

Wydaje się, że turystyczne loty w kosmos są tylko kwestią czasu, a to oznacza, że musimy zacząć myśleć, jak żyć poza Ziemią (zwłaszcza w kontekście kolonizacji Marsa). Z każdym życiem nierozerwalnie jest związana śmierć, dlatego eksperci apelują, by zastanowić się, co się stanie, gdy ktoś umrze w kosmosie.
Życie i śmierć w kosmosie /Fot. Pixabay
Życie i śmierć w kosmosie /Fot. Pixabay

Kiedy człowiek umiera tu – na Ziemi – jego ciało przechodzi kilka etapów rozkładu. Opisano je już ponad 750 lat temu, w 1247 r. przez Song Ci w książce “Collected Cases of Injustice Rectified or the Wash Away of Wrongs”, którą uważa się za pierwszy w historii podręcznik do medycyny sądowej. Prof. Tim Thompson z Teesside University postanowił pogłębić temat i napisał ciekawy artykuł dotyczący śmierci w kosmosie – można go przeczytać w The Conversation.

Co dzieje się po śmierci na Ziemi?

Śmierć to nie “moment”, a złożony proces, co potwierdzają liczne badania naukowe. Kiedy krew przestaje płynąć w żyłach, zbiera się w różnych miejscach naszego ciała i powstają tzw. plamy pośmiertne (livor mortis). To prowadzi do oziębienia pośmiertnego (algor mortis), a mięśnie sztywnieją na skutek niekontrolowanego gromadzenia się wapnia. Stan ten nosi nazwę stężenia pośmiertnego (rigor mortis), a enzymy zaczynają rozkładać komórki.

Czytaj też: Ile przeżyłby człowiek w przestrzeni kosmicznej? Śmierć w kosmosie

W tym samym czasie jelita zaczynają “przeciekać”, a bakterie, które całe życie pomagały trawić pokarmy, rozprzestrzeniają się po całym organizmie. Pochłaniają całe tkanki, powodując ich gnicie, a uwalniane gazy sprawiają, że ciało pęcznieje. Stężenie pośmiertne się cofa, bo degradowane są zesztywniałe mięśnie.

Wymienione wyżej procesy są naturalne i zachodzą praktycznie w większości przypadków zgonów na Ziemi. Mogą je modyfikować czynniki zewnętrzne, które wpływają na tempo rozkładu, np. temperatura, aktywność owadów, owinięcie ciała czy obecność wody lub ognia.

Warto dodać, że w wilgotnym środowisku (bez tlenu) może zajść tzw. przeobrażenie tłuszczowo-woskowe (saponifikacja). Proces ten polega na przemianie tkanki tłuszczowej w żółto-brunatne masy tłuszczowo-woskowe (adipocera), złożone z uwodornionych kwasów tłuszczowych z domieszką mydeł wapniowych i magnezowych. Ta woskowa powłoka może konserwować skórę. W większości przypadków tkanki miękkie w końcu znikają i pozostaje szkielet, który może rozkładać się nawet tysiące lat.

Co dzieje się po śmierci w kosmosie?

Mimo że nikt jeszcze nie umarł w kosmosie, to naukowcy mają całkiem dobre pojęcie o tym, jak wygląda proces rozkładu pośmiertnego w warunkach pozbawionych grawitacji. To na pewno ogranicza powstawanie plam pośmiertnych, więc krew nadal może “krążyć” (nie będąc niczym napędzana) po ciele (hipotetycznego) astronauty-denata.

Może wystąpić stężenie pośmiertne, gdyż jest to konsekwencja zaprzestania akcji serca. Mogą wystąpić procesy gnilne, ale czasowo, ograniczone stężeniem tlenu, którego potrzebują do przeżycia. Gdyby do zgonu doszło na innej planecie (np. Marsie), mogłoby dojść do zachowania tkanek miękkich (jak podczas mumifikacji). Ale co ze szkieletem?

Czytaj też: Jeszcze 100 lat temu operacja oznaczała śmierć pacjenta. Chirurdzy w “czarnych fartuchach”

Na Ziemi rozkład szczątków stanowi część ekosystemu, w którym składniki odżywcze są ponownie wykorzystywane przez żywe organizmy, takie jak owady, mikroby, a nawet rośliny. Środowiska innych planet nie funkcjonują w ten sposób, więc owady i zwierzęta padlinożerne nie zajęłyby się pozostawionymi tam zwłokami.

Prof. Tim Thompson pisze:

Prawdopodobnie szczątki nadal wyglądałyby na ludzkie, ponieważ nie nastąpiłby pełny proces rozkładu, który obserwujemy na Ziemi. Nasze ciała byłyby “obcymi” w kosmosie. Być może musielibyśmy znaleźć nową formę praktyk pogrzebowych, która nie wiąże się z wysokim zapotrzebowaniem energetycznym kremacji lub kopaniem grobów w surowym, niegościnnym środowisku.