Nie każdy musi być szefem firmy, ale warto, by każdy świadomie kierował swoim życiem zawodowym. Dlaczego? Bo to daje spełnienie. Podpowiadamy, od czego zacząć, żeby przejąć stery swojej kariery. I dlaczego fajniej jest być piratem niż służyć w marynarce.

 

Ogień był wysoki. I jak   twierdzi Rafał Betlejewski, wówczas pracownik korporacyjnej agencji reklamowej, dziś artysta i szef własnej agencji – oczyszczający. Nie,  z dymem nie poszła korporacja, ale autobroszurki,  w których napisano, jak świetna jest firma. „To ognisko było wyrazem mojej głębokiej frustracji związanej z korporacją. Ja się w niej dusiłem. Czasami musiałem wręcz wyjść z budynku. Czasami zniszczyć jakiś mebel, rzucić krzesłem, zabarykadować wejście do firmy, żeby odreagować” – mówi Betlejewski.  „W  moim przypadku nie chodziło o tę konkretną korporację, ale o wszelkie firmy, w których jest się trybikiem, w których traci się niezależność” – dodaje. 

Rok później, w 2002 r., w  happeningu „Spal wstyda” wzięło udział kilkanaście osób, w 2003 r. blisko setki, w 2004 r. ich liczba doszła do pięciuset. Betlejewski był dosadny: „Wyruchała cię korporacja, przyjdź spalić wstyda!” (cytat za Wikipedią). Do wielkiego ogniska wrzucano więc firmowe długopisy, opinie o pracownikach, doroczne raporty. „A przede wszystkim chałtury. To znaczy rzeczy, których się wstydzimy, ale robimy je, bo nam płacą” – tłumaczy Betlejewski.

Zanim odszedł z firmy, przyczepił jeszcze do reklam PZU naklejki „Ja to zrobiłem” z własnym podpisem. „To był taki żartobliwy donos na samego siebie” – śmieje się. Potem przez pewien czas zajmował się tylko sztuką (akcje „Tęsknię za Tobą, Żydzie”, cykl plakatów dotyczących powstania warszawskiego „A ja, czy poszedłbym?”, działania parateatralne). Ale że ta nie przynosi zwykle pieniędzy, a wręcz sama jest kosztowna, założył agencję reklamową Cytryna Agencja Reklamowa oraz Koledzy Strategia & Kreacja. Dziś pracuje dla tych, z którymi mu po drodze. 

Nie, nie będziemy namawiać do palenia umów o pracę. Ani do donoszenia na siebie. Chcemy tylko pokazać, że aby wziąć stery we własne ręce, dobrze jest się najpierw wkurzyć. Efektem tego może być spektakularne ognisko na dziedzińcu firmy (choć nie polecamy, teraz to byłby już plagiat z Betlejewskiego), wybuch gniewu po rozmowie z szefem, złość po odmowie podwyżki, upokorzenie po uderzeniu o firmowy szklany sufit. Ale może być też skrajnie inaczej. Tym przełomowym momentem może być chwila rozmarzenia. Na przykład podczas oglądania filmu „Lepiej późno niż później”. Co z tego, że to komedia romantyczna ze starszą panią w roli głównej? Ważne, że w przypadku niektórych działa. 

Warto się wściec

Jeśli chcesz coś zmienić, spowodować, by twoje życie w jakimś obszarze stało się inne, to wkurzenie, złość czy irytacja SĄ NAJLEPSZYM ZE STARTERÓW. Praktycznie biorąc – JAK SIĘ NIE WŚCIEKNIESZ, TO SIĘ NIE ZMIENISZ” – pisze Marek Skała w książce „Psychologia zmiany. Rzecz dla wściekniętych”. „Złość to niezwykle silny motywator zmian. Daje taką samą energię jak silna inspiracja, pasja”  – mówi Marta Szeszko, psycholog i coach. W tym przypadku, tak samo jak przy wizualizacji wymarzonego celu, też nie myślimy o zmianie jak o stracie. Po prostu działamy, bo sytuacja, w której jesteśmy, bardzo nam się nie podoba. 

Dlatego właśnie Olga Woźniak, przez osiem lat szefowa działu nauka w „Przekroju”, odeszła z redakcji. „Szlag mnie trafiał, gdy widziałam psucie tygodnika pod nowym kierownictwem. Mieliśmy być kreatywni, inspirujący, ale stać na baczność” – mówi Olga. „Odeszłam nie dokądś, ale skądś”.

Została wolnym strzelcem. I szybko okazało się, że na jej usługi, to znaczy teksty naukowe, jest ogromne zapotrzebowanie. Być może dlatego, że dziennikarzy tej specjalności nie ma wielu, być może robi to po swojemu, inaczej niż reszta. „Dziennikarze często biadolą, że kończy się era papierowych gazet, a oni nic nie umieją, tylko pisać. A to przecież już bardzo dużo! Na ludzi, którzy umieją dobrze opowiadać historie, zawsze będzie popyt” – mówi. I wtedy nie jest ważne, czy publikujemy na papierze, w internecie, czy w jakimś innym medium, o którego istnieniu nie wiedzą jeszcze nawet w Centrum Nauki Kopernik. Chodzi o to, żeby spojrzeć na swoje umiejętności z innej perspektywy. Inaczej je nazwać, i inaczej niż dotychczas wykorzystać. Zobaczyć w czym – tak naprawdę – jesteśmy specjalistami. Ona uznała, że umie „opowiadać historie” oraz „popularyzować naukę”. 

I tu z pomocą Oldze przyszedł wspomniany Kopernik. Jego pracownikom podobało się, że dziennikarka „myśli w poprzek”,  to znaczy szuka nowych powiązań, nie idzie utartymi ścieżkami. Zaproponowali jej pracę przy wymyślaniu nowych projektów, będących dopełnieniem codziennej działalności Centrum. Ku jej zdziwieniu okazało się, że umie zorganizować imprezę dla 5 tys. ludzi, którzy – na dodatek – wcale się podczas niej nie nudzą. Wymyśliła, jak powinny wyglądać pierwsze urodziny „Kopernika”, otworzyła planetarium. „Fajna przygoda, ale biurokracja państwowych instytucji przerosła mnie” – przyznaje. Niedawno odeszła. Także po to, żeby założyć własną szkołę. Bezpośrednim bodźcem jest to, że jej syn ma iść do pierwszej klasy, a w podwarszawskim Ustanowie, w którym mieszkają, nie ma dobrej podstawówki. W okolicy jest za to pięć prywatnych przedszkoli, co może dobrze wróżyć także prywatnej szkole. Zwłaszcza jeśli będzie wyjątkowa! To znaczy nie będzie zabijać naturalnego talentu matematycznego (Olga jest przekonana, że większość dzieci go ma) i zainteresowania przyrodą. Twórcą autorskiego programu matematyczno-przyrodniczego jest prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska. Jej nowatorską metodą pracują już dwie szkoły na Pomorzu. W Ustanowie właśnie kompletowana jest kadra. „Nigdy nie wiadomo, co się może w życiu przydać. Przedzierając się przez biurokrację w Centrum Nauki Kopernik, nie myślałam, że teraz, przy tworzeniu szkoły, te umiejętności będą jak znalazł” – przyznaje Olga Woźniak.  

Pirat czy marynarz

A teraz kubeł zimnej wody. „Ważnych decyzji nie należy podejmować ani w stanie wzburzenia, ani w euforii” – podkreśla Natalia de Barbaro, psycholog i coach. Zanim po chwili wkurzenia lub uniesienia rzucimy korporację, założymy firmę lub w inny sposób przejmiemy stery, trzeba przeprowadzić z sobą szczerą rozmowę.

Najlepiej z dala od miejsca pracy, żeby nie czuć na plecach oddechu szefa czy kolegów, nie widzieć służbowego biurka, laptopa, kubka na kawę. „W wersji luksusowej może to być roczna podróż dookoła świata. W wersji ekonomicznej wystarczą trzy godziny na łące” – dodaje de Barbaro. 

Podstawowe pytanie, które trzeba sobie zadać, brzmi: czy w swojej pracy rosnę? To znaczy, czy się rozwijam, czy widzę jej sens, czy mam wpływ na to, co robię. A może jest przeciwnie: może karleję? Tracę wpływ na decyzje ze mną związane, doświadczam upokorzeń, może już jestem obiektem mobbingu. Bo jeśli rosnę, to prawdopodobnie jestem w dobrym miejscu i sam trzymam stery, przynajmniej na swoim odcinku żeglugi. Ale jeśli kurczę się, to najwyższa pora coś z tym zrobić. Karlenie można porównać z sytuacją pływającej w garnku żaby, która nie zauważa, że woda jest coraz cieplejsza i że zaraz się ugotuje. A przecież gdyby wrzucić ją do wrzątku, od razu by wyskoczyła. Z nami jest podobnie. Przyzwyczajamy się do coraz wyższej temperatury, czyli do coraz gorszych warunków i relacji w pracy, tłumacząc sobie na przykład, że koleżanka ma jeszcze gorzej. Albo że jest kryzys i nie mamy wyjścia. Albo że przecież musimy spłacić kredyt. Rzeczywiście musimy.

Dlatego zanim podejmiemy jakieś kroki, potrzebna jest też druga część tej rozmowy: z kalkulatorem. Ile naprawdę potrzebujemy na życie? Co dzięki pensji możemy opłacić? Czy możemy pozwolić sobie na chwilowe zmniejszenie dochodów? Czyli zderzamy marzenia z finansami. Nie musi to wcale oznaczać podcięcia skrzydeł. „Wierzę, że każdy człowiek ma w sobie głęboką mądrość i dobrze wie, co jest dla niego dobre” – mówi Natalia de Barbaro. 

A jeśli już wiemy, że karlejemy, męczymy się i na dodatek jest to nasz wybór? Adam Aduszkiewicz, kiedyś menedżer m.in. w Telewizji Polskiej, dziś coach, szkoleniowiec i prezes zarządu Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, długo toczył wewnętrzny spór. W końcu uznał, że już dłużej nie może. Że nie wytrzyma jako część wielkiej machiny, że musi działać na swoich warunkach, że zaryzykuje. Doskonale pamięta moment, w którym oświadczył osłupiałej radzie nadzorczej firmy, w której wtedy pracował, że rezygnuje. „I był to najszczęśliwszy dzień w moim życiu!” – mówi. Dziś te same pytania, które stawiał sobie, zadaje jako coach klientom, którzy chcieliby odejść z firmy: czy męczą mnie konkretni ludzie, czy raczej system? Czy to jest chwilowa irytacja, czy stała niezgoda na taki stan rzeczy? Chęć prawdziwej zmiany czy tylko rytualne narzekanie z innymi w służbowej kuchni? A może tak naprawdę wcale nie jest tak źle, tylko trawa u sąsiada zawsze wydaje się zieleńsza? Niedawno przeczytał książkę Steve’a Jobsa, twórcy Apple’a. I tam znalazł pytanie, które idealnie oddawało istotę rzeczy. „Jobs pytał: czy chcesz być piratem, czy wolisz służyć w marynarce? W moim przypadku odpowiedź też była jasna. Tak jak Jobs wybrałem piractwo!” – śmieje się Aduszkiewicz.

Dość łatwo przełożyć plusy i minusy tych dwóch morskich profesji na język współczesnego rynku pracy. Jako marynarz masz prawdopodobnie wikt i opierunek, czyli stały regularny dochód. Nie musisz się martwić, czy twój kompas dobrze działa, czyli czy firma idzie w dobrym kierunku, bo przecież jest kapitan, czyli szef. Masz swoją wyraźnie określoną funkcję. Na dodatek w razie wypadku nie musisz z pokładu schodzić ostatni (choć ta zasada akurat nie zawsze działa). Los pirata jest o wiele bardziej niestabilny. Ma tyle, ile sam zdobędzie (dla dobra tego artykułu załóżmy, że nie przez rabunek), częściej niż marynarz naraża się na niebezpieczeństwo, musi dawać z siebie wszystko, bo wcale nie jest pewne, czy w starciu z wielkim frachtowcem wygra. Ale to on dyktuje prawa na swojej łajbie, a jeśli jest skuteczny, to i na morzu. No i przede wszystkim jest wolny. A poza tym chyba lepiej się jednak bawi.

Krok nie wyrok

Łatwo powiedzieć „zostanę piratem”. Trudniej zrobić pierwszy krok. „Bo zmiana kojarzy się ze stratą” – mówi Marta Szeszko. Przytacza częsty obrazek ze szkoleń: gdy w ramach ćwiczenia prosi się, żeby uczestnicy zmienili coś w swoim wyglądzie, ci najczęściej coś zdejmują: okulary, biżuterię, krawat. Podobnie myśli się o porzuceniu stałej posady: nie będzie już etatu, jakichś świadczeń. „Doskonale wiemy, co stracimy, a tylko mgliście, jeżeli w ogóle, zdajemy sobie sprawę z tego, co możemy dzięki zmianie zyskać” – tłumaczy Szeszko. Dlatego ważne jest, żeby wiedzieć, dlaczego chcemy woltę wykonać. 

Oprócz silnej motywacji przyda się również drobny trik. „Od razu zacznijmy działać! Tyle że zamiast wielkiego skoku w nieznane zróbmy kroczek” – mówi coach. Przed rzuceniem pracy w korporacji i zakupem stadniny koni spędźmy kilka weekendów na czyszczeniu i karmieniu zwierząt w zaprzyjaźnionej stajni. Przed otworzeniem własnej szkoły językowej dajmy kilka lekcji angielskiego (lub innego języka, którego naukę chcemy w przyszłości oferować). Przed zostaniem dziennikarzem podróżniczym zaproponujmy jakiejś redakcji tekst o Kazimierzu nad Wisłą. „Z dnia na dzień nikt nie nauczy się pływać. To trzeba przećwiczyć” – dodaje Krzysztof Mazur, coach i trener coachingu. Dzięki temu sprawdzimy, czy w ogóle potrafimy daną rzecz robić, jakie może być zapotrzebowanie na nasze przyszłe usługi, ale i zaczniemy się oswajać z myślą o zmianie. Krok jest niewielki, zwykle widać, gdzie stawiamy stopę, więc wielkiego strachu nie ma. A potem można zrobić następny, niewiele większy krok. I kolejny.

Metoda małych kroków sprawdza się zwłaszcza u osób, które cenią bezpieczeństwo i stabilizację, ale polecana jest także ryzykantom, którzy mogą mieć tendencję do niewłaściwej oceny sytuacji i rzucania się na głęboką wodę. 

W przypadku pierwszych zachęca do podjęcia dalszych działań („o! nic strasznego się nie stało, idę dalej”), w przypadku drugich daje kontakt z rzeczywistością, urealnia zagrożenia („a więc tak to wygląda…”).

Więzień widełek

W przypadku Artura Maciorowskiego, absolwenta zarządzania i marketingu SGH, metoda małych kroków polegała na robieniu po godzinach tego, co go kręciło. Na stałe pracował w dużej firmie finansowej, miał wyznaczoną rolę, konkretne zadania i – co tu kryć – całkiem wysoką pensję. Pewnego dnia został poproszony, żeby podzielił się wiedzą na temat marketingu w internecie. Szkolenie wyszło świetnie. Potem było następne, i już się wkręcił. „Ludzie wychodzili zachwyceni, polecali mnie innym. Miałem świetny feedback” – wspomina. To go utwierdzało w przekonaniu, że jest naprawdę dobry, w końcu rynek nie kłamie. „Ale wciąż się bałem. Etat dawał złudne poczucie bezpieczeństwa. Złudne, bo przecież im wyżej jesteś w korporacji, tym większe ryzyko. Menedżerem wysokiego szczebla często się tylko bywa” – tłumaczy.

Potem jeszcze kilka lat pracował w BPH, następnie w Fortis Banku (obecnie BNP Paribas). I w jednym, i drugim zagwarantował sobie, że będzie mógł prowadzić własne szkolenia. Zgodzili się, bo to także podnosiło jego wartość jako pracownika. „Pewnego dnia jednak mój szef powiedział mi, że w korporacji są eksperci od wiedzy i eksperci od zarządzania. I oboje wiedzieliśmy, że ja jestem tym pierwszym przypadkiem. Zrozumiałem, że nawet jako najlepszy nie podskoczę ponad poprzeczkę, którą mi wyznaczono. Nie zarobię więcej, niż wychodzi z firmowych widełek. Ani nie awansuję w korporacyjnej hierarchii, bo jestem tym od wiedzy, nie od zarządzania. W końcu dojrzałem do odejścia” – mówi Artur Maciorowski. 

Teren był nieźle rozpoznany, ale początki na swoim – trudne. W założonej ze znajomymi firmie szybko okazało się, że znowu de facto ma być pracownikiem, a zarządzać będą oni. Odszedł. Postanowił pracować już tylko na siebie. „Dziś w sprawach marketingu w sieci zarówno szkolę, jak i doradzam. To pierwsze zajęcie jest bardziej sezonowe, zainteresowanie rośnie na wiosnę i jesień, spada latem i na przełomie roku. Dlatego doceniam też drugą nogę, czyli stałe konsultacje w kilku firmach, co pozwala przetrwać te trudniejsze miesiące. Ale i tak zarabiam znacznie więcej niż na etacie”.

Maciorowski przyznaje, że musiał się nauczyć samodyscypliny. Od trzech lat nie poszedł na chorobowe, urlop też ma krótszy niż w banku. „Ale to ja jestem panem swojego czasu. I rozwoju” – podkreśla Artur. Gdy kilka lat temu Uniwersytet Warszawski zaproponował mu poprowadzenie zajęć, musiał odmówić. Dziś wykłada marketing internetowy na SGH oraz SWPS. Jest także redaktorem prowadzącym branżowego magazynu „Online Marketing Polska”. A niedawno dostał propozycję przeprowadzenia III Kongresu Online Marketing.

Marzenia od kuchni

Artur Maciorowski zobaczył siebie uwięzionego w widełkach. I się wystraszył. Ale równie mocno do zmian może popchnąć wyobrażenie sobie siebie u celu! Na przykład jak doglądamy naszej stadniny koni albo wysyłamy relację do „National Geographic” z Nepalu. Wspaniałe! I dzięki temu skupiamy się na tym, co zyskujemy, a nie na tym, co tracimy. Niektórzy swój cel zapisują na kartce i wywieszają na lodówce. Inni trzymają w pamięci, puszczając sobie w głowie ten „film” co chwila od nowa. Ważne, żeby był on w miarę konkretny.  

W przypadku Oli Lazar, założycielki portali o restauracjach gastronauci.pl oraz stoliczku.pl, najpierw była to wizja siebie jako właścicielki restauracji. Lazar wiedziała, że pomysł nie jest odkrywczy i wielu menedżerów się już na nim przejechało. Dlatego Ola, wówczas wicedyrektor Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej, postanowiła najpierw sprawdzić, jak to jest. Dwa razy w tygodniu po kilka godzin dziennie praktykowała u Kurta Schellera w restauracji hotelu Rialto w Warszawie. O 18.30 zdejmowała żakiet i zakładała fartuch. Przez pierwsze tygodnie myła sałatę i wyciągała jelita krewetkom, potem awansowała na wykonawcę jajecznicy. 

Kuchnia fascynowała ją od dzieciństwa. Kieszonkowe wydawała na książki kucharskie, uczyła się nazw potraw i przypraw nie tylko po angielsku, francusku i hiszpańsku, ale także w suahili i w hindi. Na studiach w SGH pojechała na trzymiesięczne stypendium do elitarnej uczelni Complutense w Madrycie, ale jedynym dyplomem, jaki przywiozła, było świadectwo ukończenia kursu gotowania. Fascynacja fascynacją, ale absolwenci SGH karierę robią w biznesie. Pracowała więc w Citibanku, potem w Canal+ i w Izbie. Gdy zobaczyła, jak wygląda restauracja – nomen omen – od kuchni, zrozumiała, że to ciężka fizyczna praca, także w przypadku szefa. Nie było tak glamour, jak jej się pierwotnie wydawało. Zrozumiała, że to nie dla niej. I mniej więcej wtedy zobaczyła film „Lepiej późno niż później”, komedię romantyczną z Diane Keaton w roli starzejącej się pisarki. 

„Film był zabawny, ale w głowie – oprócz tytułu – został mi widok Diane Keaton rozpartej na fotelu, nad brzegiem morza. Ten obrazek tak mi się spodobał, że do tej pory mogę go przywołać z najdrobniejszymi szczegółami” – śmieje się Ola. 

Postanowiła nie tyle gotować, ile o gotowaniu pisać. Zaczęła publikować artykuły o jedzeniu w magazynach kulinarnych, potem także life-stylowych. Szybko zgłosiło się do niej wydawnictwo, które zamówiło pierwszą książkę kucharską – o kuchni greckiej. Potem były trzy następne. Prowadziła też własny blog. To wszystko nie przynosiło kokosów, ale dawało frajdę. W 2006 roku wpadła na pomysł serwisu internetowego, wzorowanego na amerykańskim zagat.com, w którym klienci recenzują restauracje. Odeszła z Izby. W 2007 roku założyła portal gastronauci.pl. Najpierw prowadziła go zupełnie sama, potem zaczęła przyjmować kolejne osoby. Dziś to de facto monopolista jeśli chodzi o serwisy w tej branży. Wielu ludzi złości, bo nadeptuje im na odcisk. Wielu chciałoby go od Oli kupić, bo Gastronauci są już marką samą w sobie. „Odkryłam, że jednak mam biznesową żyłkę. Lubię negocjowanie, podpisywanie umów, spotkania, tyle że muszą dotyczyć kuchni. Zatoczyłam koło i połączyłam swoje dwa talenty” – mówi. Zdaje sobie sprawę, że jej firma też staje się powoli korporacją. Na razie małą, ale kto wie… Ola podkreśla, że osobiście przypilnuje, żeby – w przeciwieństwie do firm, w których pracowała wcześniej – dobre pomysły nie lądowały w koszu, a także nie przeczekiwały na biurkach kolejnych decyzyjnych osób. 

A co z Diane Keaton nad morzem? „Okazało się, że z pisania o kuchni na razie nie mogę się utrzymać. Bo taki jest teraz rynek, bo na razie muszę zaangażować się bardziej w rozwój swoich portali. Na razie!” – podkreśla. 

Przechytrzyć okoliczności

Praca jest dla nas ważna. Dużo od niej oczekujemy. Ma nas spełniać, rozwijać, być zgodna z naszymi wartościami, no i być dobrze opłacana” – mówi Krzysztof Mazur, coach. Problem polega na tym, że przekładamy te oczekiwania z pracy na pracodawcę. Tak jakby to od niego wszystko zależało, był naszą kochającą matką. A powinniśmy traktować go tak jak on nas – merkantylnie. To jest interes. Ani więcej, ani mniej. Wtedy unikniemy emocjonalnych rozczarowań.

Najwyższa pora się usamodzielnić. Oczywiście nie każdy musi być szefem, nie każdy musi mieć własną firmę. Chodzi o to, żeby zmienić zewnątrzsterowność na wewnątrzsterowność. W tej pierwszej sytuacji mamy poczucie, że na nic nie mamy wpływu i to inni nami kierują. Jest to bardzo frustrujące, może wręcz prowadzić do depresji. Wewnątrzsterowność zaś oznacza wiarę w to, że wpływamy na swoje życie. De facto polega na wzięciu za siebie odpowiedzialności. Daje poczucie dobrze pojętej władzy, wpływu, spełnienia. „Obie te postawy, i zewnątrz-, i wewnątrzsterowność, tyle że w różnych proporcjach w różnych okresach życia ma każdy z nas” – tłumaczy Natalia de Barbaro. 

Tylko jak teraz zamienić „z” na „w”? Na przykład za pomocą pytań i szczerych odpowiedzi. „Dlaczego jestem tu, gdzie jestem? Zbieg okoliczności? A może jednak mieliśmy w tym jakiś udział? Przecież mogliśmy wybrać inaczej, a jednak z jakichś względów postąpiliśmy wtedy tak i tak”  – mówi Marta Szeszko. Przyznajmy więc na przykład, że wiele lat temu przyszliśmy do firmy, bo miała renomę, a nam to pochlebiało i było obietnicą wielkiej kariery. To był nasz wybór. Albo że cenimy wolne popołudnia i dlatego nie podjęliśmy się dodatkowych zadań. Bo tak było wygodniej. Miejmy odwagę przyznać: mam kilka kilogramów za dużo, bo uwielbiam słodycze i nie uprawiam żadnego sportu. Bo lubię sobie pofolgować. Niby niewielka zmiana myślenia, ale jeśli poczujemy i za te kilogramy, i za tę pracę odpowiedzialność, przestaniemy się oszukiwać. „To wszystko są nasze decyzje” – mówi Szeszko. A zrozumienie tego da nam siłę do zmian. 

Pewnie wielu z państwa zastanawia się, czy to dobry czas na zmiany. W końcu trwa kryzys, niektórzy wręcz twierdzą, że dopiero się rozkręca. „W sytuacjach kryzysowych większość z nas przestawi się na zewnątrzsterowność. I nie ma w tym nic dziwnego. W końcu w czasie turbulencji słuchamy pilota, zapinamy pasy i trzymamy się poręczy” – mówi Natalia de Barbaro. Chyba że uznamy, że nie ma co liczyć na kapitana. Tak jak na włoskim statku Concordia, z którego kapitan uciekł przed pasażerami. „Wierzę, że Polacy nie bez powodu są zieloną wyspą w czasie kryzysu. My naprawdę umiemy w odpowiednim czasie brać sprawy we własne ręce i przechytrzać okoliczności” – dodaje de Barbaro. A Krzysztof Mazur dodaje, że kryzys po chińsku zapisywany jest dwoma znakami. Pierwszy oznacza zagrożenie. Drugi – szansę.