W Afryce znają go od tysięcy lat. Nie ma smaku, ale za to jest bogaty w składniki odżywcze. Zawiera sześć razy więcej witaminy C niż pomarańcze, dwa razy więcej wapnia niż krowie mleko, a do tego sporo potasu, fosforu i błonnika. Niektórzy przewidują, że owoc baobabu – bo o nim mowa – lada moment podbije zachodni rynek. Po piętach depcze mu sorgo, czyli starożytne bezglutenowe zboże, a także kulli – odmiana purpurowej kukurydzy, która była podstawą diety w imperium Inków. Wciąż nie wiadomo, czy do sprzedaży trafi „mleko” karalucha z gatunku Diploptera punctata. W 2016 roku zespół naukowców ogłosił, że żółtawy płyn, którym samica karalucha karmi potomstwo, jest jedną z najbogatszych w składniki odżywcze substancji na naszej planecie. Co prawda owady wytwarzają ją w bardzo małych ilościach, ale niewykluczone, że umieszczając geny karalucha w kulturach drożdżowych dałoby się produkować owo „cudowne mleko” na masową skalę.

 

 

Brzmi jak wariactwo? Spokojnie, to tylko kolejna próba zaspokojenia naszego apetytu na tzw. superfoods. Kategoria ta kryje produkty o nieraz bardzo egzotycznych nazwach. Do superfoods zalicza się i owsiankę z miodem manuka, i koktajl ze spiruliną i kawę z mlekiem jaka. Wszystkie je łączy funkcjonująca w popularnym obiegu prosta definicja. Superfoods są to produkty spożywcze bogate w składniki odżywcze uważane za korzystne dla naszego zdrowia. A dokładniej: takie, które mają zapobiegać chorobom lub nawet nas z nich leczyć.

 

OSTATNI GRYZ MODY

Wiara w zbawienny wpływ jedzenia na zdrowie to nic nowego – ludzie łączą je z medycyną od tysięcy lat. Dziś jednak zamiast do zielarza czy znachora wystarczy pójść do sklepu i spojrzeć na półki – zarówno te z żywnością, jak i te z kosmetykami uginają się od produktów z etykietką „superfoods”. Zgodnie z badaniem Mintel's Global New Products Database między 2011 a 2015 rokiem ilość dostępnych w sprzedaży produktów spożywczych zawierających termin „superfood” zwiększyła się o 202 proc. Tylko w Niemczech w latach 2013–2016 liczba produktów oznaczanych jako „superżywność”, „superowoc”, „superzboże”, „superwarzywo” czy „supernasiona” wzrosła łącznie o 433 proc. Podaż idzie w parze z popytem – 61 procent Brytyjczyków przyznaje, że kupuje produkty z tej kategorii.

Najbardziej na punkcie superfoods oszaleli Amerykanie – USA to największy rynek tych produktów na świecie wart około 40 mld dol. Dla porównania drugi w kolejności rynek niemiecki wart jest około 9 mld euro. Także w Polsce wielu producentów poszerza swoją ofertę o linie produktów wzbogaconych składnikami z kategorii „super”. Wiodące polskie marki notują ogromne wzrosty sprzedaży – niektórzy producenci superżywności deklarują, że ich roczne obroty wzrosły z kilku w 2017 roku do nawet kilkunastu milionów złotych w 2018 roku.

Prognozy na przyszłość są jeszcze lepsze: szacuje się, że w ciągu dwóch lat globalny rynek superfoods ma być wart astronomiczne 256 mld dolarów. Skąd się wzięła ta moda? I czy przekonanie, że specjalnie dobrana egzotyczna żywność chroni przed chorobami, ma jakiekolwiek pokrycie w rzeczywistości?

 

ETYKIETKA NIEPRAWDĘ CI POWIE

Uchodzące za zbawienne dla naszego zdrowia antyoksydanty, błonnik pokarmowy, kwasy tłuszczowe, minerały i witaminy to główne powody, dla których sięgamy po superfoods. I słusznie. Nasiona chia zawierają wszystkie podstawowe aminokwasy (podstawowy budulec białek). Uzyskiwana z korzenia ostryżu kurkuma jest źródłem substancji o właściwościach antyzapalnych. O jagodach acai mówi się, że są prawdziwymi bombami odżywczymi, bogatymi w witaminy, minerały i zdrowe tłuszcze. Problem w tym, że producenci superfoods powszechnie przypisują im niezgodne z prawdą właściwości. Obiecują ochronę przed rakiem, wieczną młodość, gładką cerę czy niesłabnącą potencję seksualną.

Nierzadko bez skrupułów zakłamują przy tym dane o ich rzeczywistych wartościach odżywczych. W USA, gdzie restrykcje co do stosowania terminu superfood są dużo luźniejsze niż w krajach Unii Europejskiej, w latach 80. i 90. XX w. pod superżywność podszywał się chociażby… mrożony jogurt. – To, że coś jest „pełne” składników odżywczych, nic nie znaczy – tłumaczy dietetyczka Barbara Dąbrowska-Górska, propagatorka Pozytywnej Dietetyki. – Etykietka „super” nic ze sobą nie wnosi. Zgodnie z wytycznymi Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) za tymi hasłami powinna iść konkretna i opisana we właściwy sposób wartość odżywcza – wyjaśnia.