Ostrzyca Proboszczowicka leży w sercu Pogórza Kaczawskiego. Niczym piramida (lub jak chcą lokalni mieszkańcy-śląska Fudżi- jama) góruje wulkanicznym kształtem nad okolicą. Gdy mieszka się w Górach Kaczawskich, nie sposób nie znać legend, które zrodziła wyobraźnia ludzi spoglądających ze strachem w gęste lasy, obrastające tę niezwykłą górę. U jej podnóża maszerowały wojska tatarskie, husyckie i napoleońskie. W jej masywie ukrywali się nie tylko tajemniczy pustelnicy czy upiory, ale także człowiek, o którym do dziś nie wiadomo, czy był bandytą, rabusiem, czy żołnierzem wyklętym.

WYZNAWCY CHWAŁY CHRYSTUSA

W Górach Kaczawskich można usłyszeć legendę o tym, jak diabeł zebrał heretyków i niewiernych z okolic Legnicy, a następnie załadował ich do wielkiego worka, by zabrać na koniec świata, do piekła. Worek był ciężki, diabeł leciał dość nisko i zahaczył o szczyt Ostrzycy - worek rozerwał się, a heretycy i niewierni rozsypali j się wokół wulkanu.

Nikt nie tłumaczy, kim byli, co się z nimi stało i dlaczego] byli „niewiernymi”. Pod wulkanem pozostała jednak po, historycznych heretykach j pamiątka. To miejsce warte odwiedzenia, a może nawet' zapalenia świeczki. Znajduje się właśnie w Twardocicach, w niewielkim lasku, w którym (gdyby dobrze pogrzebać w trawie) wciąż można znaleźć fragmenty niemieckich nagrobków. Obok stoi pomnik poświęcony wszystkim „heretykom” pochowanym w tym miejscu, na wiejskim wysypisku. O pomniku wiedzą miejscowi, choć często nie mają pojęcia, kto i komu go ufundował. Nawet autor notatki w Wikipedii podaje mylnie, że jest to „teren (...) z obeliskiem - pomnikiem Kaspara Schwenkfelda”.

O kim zatem opowiada legenda i komu postawiono pomnik? Chodzi o szwenkfeldystów (szwenkfelderów). To protestancka sekta, która powstała wokół Kaspara Schwenkfelda z Osieka pod Lubinem. Był uczniem Lutra, człowiekiem o niezwykłej religijnej charyzmie. W 1554 r. Kaspar i jego uczniowie osiedlili się w Twardocicach, Bielance, Czaplach, Dłużcu, Proboszczowie i Sobocie, tworząc (obok południa Niemiec) główne centrum szwenkfeldystów, czyli „wyznawców chwały Chrystusa”.

OAZA ODMIEŃCÓW

Kaspar miał problem z Lutrem. Uważał, że jego nauczyciel niepotrzebnie tworzy nowy Kościół, zamiast reformować już istniejący. Zarzucał mu nawet, że robi tak, kierując się żądzą władzy.

Z różnych powodów nienawidziły i tępiły Schwenkfelda wszystkie frakcje chrześcijaństwa. Bo odrzucił chrzest dzieci jako akt bez duchowego znaczenia; bo uznawał równość kobiet i mężczyzn; bo uważał, że tylko Kościół duchowy (w odróżnieniu od widzialnego) ma jakąś wartość, a chleb i wino przemienia się tylko mistycznie w ciało Chrystusa. Nauczał też, by nigdy nie składać przysiąg i oddzielić Kościół od państwa. Najgorsze było jednak to, że formalnie nie stworzył własnego Kościoła - tego ani katolicy, ani luteranie i anabaptyści nie mogli mu wybaczyć.

Umarł w 1561 roku, a jego ruch rozwijał się przez następne 150 lat - powoli, ale we względnym spokoju. Szwenkfeldyści wciąż byli sekowani, wciąż spotykali się tylko potajemnie (a małżeństwa zawierali w obrządku luterańskim), jednak Twardocice okazały się doskonale ukrytą enklawą. To tu uciekali uczniowie Schwenkfelda z innych regionów Śląska. Dali się poznać jako ciężko pracujący uczciwi i religijni ludzie. Tylko ich paniczny strach przed piorunami wydawał się śmieszny.

Aż przyszła pierwsza połowa XVIII w. W tym momencie zaczyna się historia pomnika - jedynej pamiątki po szwenkfeldystach, stojącej w niewielkim lasku przy Bydlęcej Ścieżce między Twardocicami a Proboszczowem.

 

KONTRREFORMACJA ATAKUJE

Nigdy nie było ich wielu. W szczytowym momencie - może kilkanaście setek. Niewiele, by stanowić zagrożenie dla Kościoła katolickiego. Lecz mimo to kontrreformacja rzuciła się na szwenkfeldystów z niespotykanym impetem.

Apogeum represji nastąpiło w latach 1720-1740. Nie palono ich co prawda na stosie, ale wysłano do wsi dwóch jezuitów, by za wszelką cenę i wszelkimi sposobami nawracali miejscowych na jedyną słuszną wiarę. Początkowo stosowano represje czysto finansowe. Najpierw zabroniono więc szwenkfeldystom sprzedawać domy, by nie mogli uciec na tereny bardziej im przyjazne. Gdy porzucali swoje gospodarstwa i mimo to wyjeżdżali, zabroniono im oddalać się gdziekolwiek bez specjalnego zezwolenia.

Nakazano im też uczęszczać na msze katolickie i katechezę - pod karą grzywny. Szwenkfeldyści byli jednak wytrwali w swym bojkocie. Tak bardzo, że jezuitom udało się w 1732 r. wybudować kościół (dziś kościół parafialny pw. św.św. Piotra i Pawła) z zebranych grzywien!

Jeszcze w 1726 r. piękny kościół ucieczkowy (czyli ewangelicki w bliskości rekatolicyzowanych obszarów Śląska) szwenkfeldystów został ozdobiony wspaniałą wieżą, a już niebawem ktoś próbował go spalić. Nic zresztą dziwnego, ponieważ obiekt był słynny w całej okolicy. Budowla szerokości 25 m i długości 41 m stanowiła jeden z największych kościołów ewangelickich w regionie. Wewnątrz mogło usiąść 2400 osób, a zdarzało się, że z okolicznych miast i wsi przyjeżdżało na niedzielną mszę nawet 11 000 ewangelików!

Kontrreformatorom na pewno nie było to na rękę. Jezuici musieli znaleźć na heretyków inny sposób. Bardziej uderzający w serca. Zmieniając zupełnie taktykę, ochrzcili wszystkie dzieci szwenkfeldystów, na dodatek pod eskortą wojska. Sieroty zabierali na wychowanie do ultrakatolic- kich rodzin. Kto się buntował, był torturowany i więziony. Następnie jezuici wzięli się za małżeństwa szwenkfeldystów.

Choć były uprawomocnione dokumentami luterańskimi, zostały zdelegalizowane. Dziś może się to wydawać błahostką, ale dla bogobojnych ludzi, zwłaszcza kobiet, stanowiło to coś uwłaczającego honorowi. Jeśli żyło się „bez ślubu”, dzieci były bękartami...

Na koniec jezuici wzięli się także za zmarłych, zakazując heretykom pochówku na jakimkolwiek cmentarzu w okolicy. Pozwolono im grzebać zmarłych jedynie na Bydlęcej Ścieżce (Viehweg), gdzie chowano zbrodniarzy i samobójców. Miejsce to z czasem zamieniono w śmietnik. Przez lata wybierano z niego ziemię do zasypywania dołów przy wyrównywaniu terenu, rozwlekając kości po okolicy. Tego było dla szwenkfeldystów już za wiele.

NADZIEJA W AMERYCE

Wielu zdecydowało się pozostawić cały dobytek i ponad 200 niepoświęconych grobów i uciec. Wyjeżdżali do Zgorzelca, skąd po kilku latach, 20 kwietnia 1734 r., znów ruszyli w drogę. Najpierw rzeką Łabą udali się do Holandii i oddali się pod opiekę menonitom. Ci zapłacili za ich podróż do Ameryki. Statek „St. Andrew” przypłynął do Filadelfii 24 września 1734 r. Co roku tego dnia szwenkfeldyści obchodzą własne Święto Dziękczynienia.

 

Odnaleźli ostatecznie swoją ziemię obiecaną, ale nigdy nie zapomnieli o tych, którzy pozostali na Śląsku. Już w latach 1771-1772 pisali do Harpensdorfu (jak wtedy nazywały się Twardocice), dopytując o innych i wysyłając pieniądze. Ich historia powoli odchodziła na Śląsku w zapomnienie. Rozwijali się na przyjaznej ziemi amerykańskiej. W ojczyźnie ostatni z nich - Melchior Dorn - zmarł już w spokoju, pod rządami Prusaków, którzy prowadzili politykę względnej tolerancji religijnej. Było to w roku 1828. Przez kolejne 33 lata nikt o szwenkfeldystach w Twardocicach nie słyszał.

W 1861 roku niejaki dr Salomon S. Schultz, przy okazji podróży służbowej po Europie, odwiedził cmentarz w Harpersdorfie. Załamany i wstrząśnięty tym, co zobaczył, skontaktował się z Kościołem szwenkfeldystów (który formalnie powstał już po śmierci samego Schwenkfelda). Dwa lata później zebrano pieniądze, uporządkowano teren i postawiono na nim wyjątkowy pomnik. To neogotycki obelisk, na którym umieszczono napis w języku niemieckim: „W tym miejscu spoczywają w Bogu wierni szwenkfelderowie pochowani w latach 1720-1740. Pomnik ten ufundowali w 1863 r. mieszkający w Ameryce Północnej ziomkowie z Proboszczowa, Twardocic, Dłużca i Bielanki”.

Pomnik przetrwał wszelkie historyczne zawieruchy. W 2001 r. został odnowiony przez Dolnośląską Pracownię Konserwacji Rzeźby „Grossular”.

ZNISZCZYĆ NIE SWOJE

Na początku Bydlęcej Ścieżki, w samych Twardocicach, wciąż stoją ruiny kościoła ucieczkowego. Tego samego, dookoła którego zbierało się kilkanaście tysięcy wiernych w czasach kontrreformacji. Dziś ten budynek to ledwie skorupa. Puste ściany, przechylona wieża, jakieś butelki po piwie, zerwane epitafia i kilka zniczy Na jednej ze ścian od lat gnieździ się bocian.

Świątynia przetrwała kontrreformację, kampanię napoleońską i wojny światowe, ale nie przetrwała PRL-u. W miasteczkach i wsiach, w których istniały już kościoły katolickie, dawnych ewangelickich nie trzeba było przekazywać katolikom. Władze mogły więc wykorzystać świątynię na magazyn mebli albo garaż PGR-owskich maszyn. Wystarczyło zdjąć krzyż i tablicę upamiętniającą niemieckie ofiary I wojny światowej oraz rozebrać ołtarz, a już miało się piękną dużą halę. Nie trzeba było niszczyć empor, które zawsze mogły się przydać jako kolejne piętra. Kościół w Twardocicach nie przydał się nawet do tego. Można go więc było zwyczajnie zrujnować. Był nie tylko poniemiecki, hitlerowski czy „szwabski”, ale przede wszystkim ewangelicki, czyli jakiś heretycki,

W 1972 r. grupa szwenkfeldystów przyjechała z USA z pielgrzymką do Twardocic. Gdy odnaleźli pomnik i zobaczyli, w jakim stanie znajduje się stary cmentarz, zapytali o działkę. Chcieli ją odkupić i płacić komuś we wsi za opiekę nad terenem. W tym samym czasie (gdy Amerykanie przez kilka lat za pośrednictwem ambasady upominali się o jakąkolwiek odpowiedź) ktoś z lokalnych władz nakazał straży pożarnej rozebrać dach kościoła. Wnętrze zgniło. Przetrwały ściany. A także sarkofag byłych właścicieli wsi: von Braunów i Holzbergów. Cóż, kiedy zdobione trumny padły łupem złodziei w 2000 r.

DZIEDZICTWO DANA BROWNA

Kilka lat temu szwenkfeldyści mieli swoje 15 minut sławy. Znów sobie o nich przypomniano za sprawą książki „Kod Leonarda da Vinci”. Choć jej autor Dan Brown nigdy się do tego nie przyznawał, to dla samych szwenkfeldystów jest jednym z nich. Pisarz to wnuk Shermana Gerharda, sekretarza Towarzystwa Szwenkfeldystów na Uchodźstwie, i prawnuk Elmera Gerharda, który przetłumaczył jedno z najważniejszych dzieł szwenkfeldystów („A Vindication of Caspar Schwenckfeld Von Ossig”). Można się zastanawiać, czy to właśnie historia nawracania „heretyków” na rzymski katolicyzm, dzieje ich poniżenia, wywłaszczenia i więzienia wykształciły w Brownie taką niechęć do Kościoła katolickiego i Opus Dei? A może mamy do czynienia tylko ze zbiegiem okoliczności.

Pomnik-obelisk wciąż stoi i chyba tak już zostanie. U jego podstaw, podobnie jak w ruinach kościoła, leżą stare znicze. Dookoła rosną niewielkie drzewa, przesłaniając widok na Ostrzycę. Na wprost piętrzy się masyw Gór Kaczawskich. Po lewej wznosi się Wilcza Góra lub Wilkołak, jak nazywają ją niektórzy

 

Historia potrafi zaskakiwać. Dziś doczesne szczątki heretyków, którym odmówiono miejsca na cmentarzu, leżą spokojnie w lesie przy polnej drodze. Groby obrastają trawą i zapomnieniem. Natomiast ewangelicki cmentarz w Sobocie, położonej kilka kilometrów dalej na zachód, został w 2013 r. zrównany z ziemią. Kierownik Jeleniogórskiej Delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków we Wrocławiu Wojciech Kapałczyński oznajmił, że „cmentarz w Sobocie nie jest ujęty w rejestrze ani w gminnej ewidencji zabytków, więc burmistrz miał pełne prawo zrobić z nim, co uważał za słuszne. Był tam śmietnik, więc wziął i posprzątał”. Buldożerami.


WARTO WIEDZIEĆ:

  • Von Rodernowie – W pobliskim Proboszczowie na przykościelnym cmentarzu znajduje się kaplica rodowa von Rodernów. Wedle legendy ich rodzinę uratował w trakcie wojny trzydziestoletniej miejscowy pustelnik, który ukrył ich przed wojskami Wallensteina.
  • Jeździec bez głowy– Niektórzy widzieli, jak olbrzymi jeździec bez głowy pędził na złamanie karku przez gęsty las w górę Ostrzycy. Jedni mówią, że upiorem tym jest miejscowy starosta, pokutujący za swoje grzechy. Inni twierdzą, że to tylko nawiązanie do popularnego w północnej Europie mitu o Dzikim Polowaniu z udziałem myśliwych-zjaw.
  • Kaspar Schwenkfeld(1490–1561) był na tyle przekonujący, że pod jego wpływem książę legnicki Fryderyk II przeszedł na luteranizm.