Jeden przełomowy wynalazek raz na pół roku; jeden mniej istotny, co 10 dni – to program laboratoriów Edisona nazywanych „fabrykami wynalazków”. Jak to osiągnąć? Po pierwsze: zatrudnić utalentowanych pracowników i odpowiednio zorganizować im pracę. Po drugie: stosować odpowiednie do sytuacji metody. A te u Edisona bywały – mówiąc oględnie – różne.

Francuz Louis Le Prince wynalazł, jak to określił we wniosku patentowym: „Sposób i urządzenia do tworzenia ruchomych obrazów natury i życia”, czyli mówiąc prościej – kamerę i projektor. Wszedł w ten sposób w drogę Edisonowi, również pracującemu nad urządzeniem, które „stałoby się dla oczu tym, czym fonograf dla uszu”. W 1890 r. Elizabeth, żona Le Prince’a, wynajęła na Manhattanie lokal, gdzie miała odbyć się prezentacja wynalazku męża. Stało się jasne, że ekipa Edisona przegrała „wyścig”. Edison nie poddał się jednak bez walki. Le Prince przebywał wówczas w Europie, gdzie dopracowywał wynalazek. 16 września miał się zjawić w Paryżu. Jednak pociąg z Dijon przyjechał na dworzec bez Louisa. Postawny mężczyzna (190 cm wzrostu) w sile wieku (49 lat) dosłownie „rozpłynął” się w powietrzu... Elizabeth od samego początku nie miała żadnych wątpliwości: „Mój mąż został zlikwidowany na polecenie amerykańskich wynalazców, którzy chcieli przejąć kontrolę nad kinematografią”.

Zaplanowany pokaz odwołano. To nie wszystko. Zgodnie z przepisami nikt, nawet najbliższa rodzina, nie mogła uzyskać praw do jakiejkolwiek własności, z intelektualną włącznie, osoby zaginionej, dopóki sąd nie uznał jej za zmarłą. Czas oczekiwania w podobnej sprawie wynosił 7 lat! W technice to cała epoka, zwłaszcza w sytuacji, gdy konkurenci depczą sobie po piętach. Co za szczęśliwy zbieg okoliczności dla Edisona, że Francuz nie zginął, a zaginął.

Już po niespełna roku Edison zaprezentuje publicznie prototyp kinetoskopu, a w 3 lata później zorganizuje sieć lokali, w których możliwe będzie korzystanie z niego za opłatą. We Francji bracia Lumiere dokonają pierwszych nieoficjalnych pokazów kinematografu, a w grudniu 1895 roku przygotują pierwszy pokaz odpłatny, który uznawany jest obecnie za oficjalny początek historii kina i filmu. Wystarczyły cztery z gwarantowanych przez prawo siedmiu lat, by świat wszedł w epokę nowego medium, zapominając o prawdziwym protoplaście tego urządzenia.

W 1923 r. angielski dziennikarz Kilburn Scott rozwinął oskarżenie żony Le Prince’a, pisząc, że w roku 1890 pojęcie „wynalazcy amerykańscy” mogło odnosić się tylko do jednej osoby – Thomasa Alvy Edisona. Przypomniał, że był on również specjalistą „odzysku technologicznego”, który polegał na podejmowaniu pomysłów i wynalazków konkurentów. Był także pierwszym wynalazcą, który zorganizował „komórkę nadzoru technologicznego i szpiegostwa przemysłowego”. Edison zasłynął z tego, że podczas wizyty na paryskiej wystawie światowej w 1889 roku telegrafował do swojej „drużyny specjalnej” z pomysłami na patenty, które „odkrywał” pośród prezentowanych wynalazków. Jego ulubioną lekturą były wnioski patentowe z całego świata, zdobywane dzięki „wtyczkom” w biurach patentowych. To dzięki takim właśnie sposobom jego laboratoria mogły praktykować słynną „wynalazczość zespołową”. W 2004 roku jeden z kanałów telewizji brytyjskiej podał wiadomość o znalezionych w archiwach paryskiej policji aktach dotyczących topielca wyłowionego z Sekwany dokładnie w dniu zniknięcia francuskiego wynalazcy. Załączona fotografia wskazywała na duże podobieństwo do znanych wizerunków Louisa Le Prince’a...

I ZNOWU TEN LE PRINCE

 


Kinetoskop Edisona miał sporo wad w porównaniu z kinematografem braci Lumiere. Drewniany prostopadłościan, do którego zaglądało się pojedynczo z góry, żeby zobaczyć odtwarzaną w nieskończoność kilkusekundową ruchomą scenkę, nie mógł na dłuższą metę konkurować z projektorem wyświetlającym filmy dla siedzącej wygodnie i dowolnie licznej publiczności. Edison postanowił problem rozwiązać. Oczywiście po swojemu. We wrześniu 1895 roku (trzy miesiące przed braćmi Lumiere!) dwaj Amerykanie Armat i Jenkins dokonali publicznej projekcji filmowej za pomocą skonstruowanego przez siebie Phantascope’u. Na wiosnę następnego roku odkupił go od nich Edison, przemianował na Vitascope, opatentował i zaprezentował uroczyście jako swój wynalazek. Nie tylko. Przypisał sobie również wyłączne prawo do tytułu wynalazcy filmu i kina, a w związku z tym do wyłączności na czerpanie zysków z wszelkiego rodzaju urządzeń rejestrujących i odtwarzających „ruchome obrazy”. Zapowiedział też walkę ze wszystkimi, którzy odważyliby się... łamać prawo!

W 1898 r. przed sądem w Nowym Jorku doszło do starcia na szczycie. Edison wystąpił przeciwko założonej przez jego byłego współpracownika Williama Kennedy’ego Dicksona American Mutoscope Company twierdzącej, że „urządzenie do rejestrowania i odtwarzania fotografii obiektów w ruchu było dobrze i powszechnie znane przed rzekomym wynalezieniem go przez Mr. Edisona”. Dla poparcia tej opinii firma powołała na świadka... Le Prince’a, Adolphe’a Le Prince’a, syna Louisa, który pomagał ojcu przy konstruowaniu kamer i projektorów. Rodzina zaginionego wynalazcy miała nadzieję, że będzie to okazja do upomnienia się o jego zasługi. Adolphe przywiózł nawet specjalnie z Anglii prototypy kamer skonstruowanych przez ojca i wykonane nimi filmy. Nie doszło jednak do żadnych projekcji czy pokazów sprzętu. Skłóceni rywale nie potrzebowali jeszcze jednego, który – o zgrozo – mógłby upomnieć się też o odszkodowania i tantiemy. Jednak strzeżonego...

Fire Island to malownicza wyspa w pobliżu Nowego Jorku, miejsce weekendowych i wakacyjnych wypadów. W jedno z lipcowych popołudni 1901 roku znaleziono tam zwłoki 29-letniego Adolphe’a z raną postrzałową od strzelby, która leżała obok niego. Do dziś nie rozstrzygnięto, czy był to wypadek, zabójstwo czy samobójstwo. Jedynie zrozpaczona matka (i wdowa) nie miała wątpliwości, kto mógł spowodować śmierć jej syna.

KRÓL PATENTU


W 1902 roku Georges Mélies – mistrz iluzji i trików, które do dziś inspirują filmowców – nakręcił swoje najsłynniejsze dzieło: „Podróż na Księżyc”. Wyjątkowo długi, jak na ówczesne standardy, bo aż 15-minutowy film, pełen dekoracji oraz efektów specjalnych poważnie zaciążył na sytuacji finansowej jego twórcy. Ale obraz podobał się publiczności, była więc nadzieja na zyski. Ze względu na ilość sal kinowych bardzo liczono na pokazy w USA. Oczywiście dopóki nie okazało się, że w wielu amerykańskich miejscowościach film... też już się zdążył spodobać. W jaki sposób? Podczas europejskich pokazów agentom Edisona udało się zdobyć kopię filmu od przekupionego właściciela jednego z londyńskich kin. Wywieziono ją do Stanów, powielono i skierowano do rozpowszechniania. W ten sposób Mélies podczas organizowanych przez siebie seansów musiał konkurować niejako sam ze sobą.

Edison wyznawał najwidoczniej zasadę, że jeśli Kali ukradł krowę, to jest to przecież dobry uczynek! Sytuacja komplikowała się dopiero, jeśli to ktoś Kalemu ukradnie krowę. Żeby zabezpieczyć się przed tym problemem, Edison powołał w 1908 roku Motion Picture Patents Company (Filmową Spółkę Patentową) zwaną również „trustem Edisona”. Zasada działania spółki była prosta: kilka firm dysponujących najważniejszymi patentami na urządzenia i technologie służące do produkcji oraz dystrybucji filmów oddało je do wspólnego użytkowania na korzystnych warunkach. Wszyscy pozostali mogli uzyskać do nich dostęp wyłącznie w zamian za płatne koncesje, a oporni mieli być bojkotowani aż do skutku.

„Kali” nie musiał już kraść krów, skoro wszystkie były jego. Pozostawało mu tylko pilnowanie porządku, no i przyjemność „dojenia”. Nieposłusznych karano nie tylko konfiskatą nielicencjonowanego sprzętu i taśm. Na porządku dziennym były wszelkiego rodzaju „wypadki”, wśród których szczególnie popularne były pożary, a także zastraszania, pobicia i to ze śmiertelnymi włącznie. Reakcją na te kołchozowo-mafijne metody stało się poszukiwanie azylu z dala od Edisonowskiego New Jersey. Niezależni filmowcy przenieśli się do Kalifornii, w okolice niewielkiej miejscowości Hollywood. Tymczasem osławiony trust został postanowieniem sądu federalnego z 1915 r. uznany za „nielegalny hamulec handlu”, a po przegranym procesie apelacyjnym w 1918 roku oficjalnie rozwiązany.

POD PRĄD (PRZEMIENNY)

 


W 1882 roku Edison uruchomił na Manhattanie pierwszą amerykańską elektrownię. Po pięciu latach miał ich już 121, a wraz z nimi uznanie, sławę i pieniądze. Ale szczęście nie może trwać wiecznie. Pojawił się rywal – amerykański inżynier i przedsiębiorca George Westinghouse, używający technologii zakupionej od serbskiego emigranta – Nikoli Tesli, skądinąd byłego współpracownika Edisona.

Na domiar złego opracowana przez Teslę metoda, oparta na prądzie przemiennym, okazała się tańsza (cieńsze druty pozwalały oszczędzać drogą miedź) i skuteczniejsza (nieograniczony zasięg). Wszystko przez to, że Edisonowski prąd stały musiał być przesyłany grubymi drutami, a docierał najwyżej na odległość 3 km z powodu gwałtownego spadku napięcia. Edison szybko wymyślił sposób na dobranie się konkurencji do skóry. Dostarczanie przez Westinghouse’a energii elektrycznej na duże odległości wymagało napięć sięgających tysięcy woltów, obniżanych potem dla odbiorców do kilkuset, ale wciąż groźnych dla zdrowia i życia. W 1888 roku „The New York Evening Post” opublikował list niejakiego Harolda P. Browna przejętego śmiertelnym wypadkiem, jakiemu uległ chłopiec, który dotknął odsłoniętego przewodu elektrycznego zasilającego prądem (oczywiście przemiennym) telegraf. Pan Brown apelował do władz o zrezygnowanie z tego typu elektryczności, zanim stanie się przyczyną kolejnych tragedii. Szczerość jego „obywatelskiej troski” mogła wzbudzić sporo wątpliwości, gdy okazało się, że jest współpracownikiem Edisona...

By uświadomić niewiernych i przekonać wątpiących, Brown wraz z asystentem Fredem Petersonem organizowali finansowane przez Edisona publiczne pokazy, podczas których zabijano prądem (oczywiście przemiennym) tuziny psów i kotów. Ustawiano je na metalowej płycie, przez którą przepuszczano prąd o napięciu 1000 woltów, płynący z generatora (oczywiście) Westinghouse’a. Monotonię elektrokucji kotów i psów urozmaicano zabijaniem cieląt, krów, koni, osłów, a raz nawet był to orangutan. Jednak prawdziwym gwoździem do trumny Westinghouse Electric Company miało okazać się krzesło; krzesło elektryczne.

Setki zabitych prądem kotów i psów wyrobiły Brownowi i Petersonowi opinię „ekspertów” w dziedzinie elektrokucji. Trudno więc się dziwić, że władze stanowe, zamierzające zarzucić wieszanie skazanych na śmierć, zwróciły się właśnie do nich o opinię co do sposobu wykonywania podobnej egzekucji na ludziach. Zastanawiano się nad elektrycznym kapeluszem, stołem lub zbiornikiem z wodą. Brown i Peterson zaproponowali elektryczne krzesło (oczywiście na prąd przemienny), a także podjęli się zaprojektowania i wykonania go.

Prąd przemienny: niebezpieczny, prąd zabójca, teraz jeszcze na dodatek służący do wysyłania na tamten świat przestępców. Czyż Edison mógł sobie wymarzyć czarniejszy PR dla elektryczności produkowanej przez konkurenta?

Westinghouse wpadł w złość i napisał list do „New York Timesa”, w którym oskarżył Browna o działanie w interesie Edisona. Odmówił także dostarczenia generatorów niezbędnych do funkcjonowania elektrycznych krzeseł. Do końca będzie starał się nie dopuścić do wykonania wyroku na Williamie Kemmlerze – pierwszym skazanym na krzesło elektryczne, wspierając finansowo jego odwołania do sądów wyższych instancji. List nie będzie miał żadnych konsekwencji ani dla Edisona, ani dla Browna. Generatory zakupi przez pośredników i dostarczy Edison, a kolejne apelacje adwokatów Kemmlera, próbujących wykazać niekonstytucyjność kary śmierci na krześle elektrycznym jako okrutnej i dotąd niepraktykowanej, zostaną odrzucone dzięki zeznaniom powołanych ekspertów panów… Browna i Edisona.

ŚPIEW ZZA GROBU


27 marca 2008 roku w „New York Timesie” ukazał się artykuł, którego pierwsze zdanie zawisło jak ciemna chmura nad wynalazcą opatentowanego w 1878 r. fonografu: „Od ponad stu lat Thomas Edison uważany był za ojca nagrań dźwiękowych”. Cóż takiego się wydarzyło, skąd ów ton zwątpienia?

Był Poniedziałek Wielkanocny, 9 kwietnia 1860 roku. W jednym z paryskich mieszkań zwracał uwagę dziwny przedmiot: prostokątna deska, na której za pomocą metalowych podpórek umieszczono ukośnie nachyloną niewielką beczułkę, zwróconą otwartą częścią w przestrzeń, a zamkniętym denkiem w stronę umocowanego poziomo, tuż za nią, cylindra z korbką. Obwód cylindra pokryty był okopconym papierem, na którym opierał się koniec cieniuteńkiego ni to patyczka, ni to trzcinki wychodzącego z dna beczułki.

Édouard-Léon Scott de Martinville (1817– –1879) – pan domu i zarazem konstruktor owego „dziwactwa” – krzątał się przy nim sprawdzając różne detale, pośród których jednym z najważniejszych było odpowiednie ustawienie w pobliżu wlotu „beczułki” stremowanej protagonistki zdarzenia, przypuszczalnie córki. Potem zaczął delikatnie obracać korbką cylindra i na dany znak z ust dziewczyny popłynęły słowa: „Au clair de la lune, Pierrot répondit”. (W świetle Księżyca, Pierrot odpowiedział) – tekst popularnej piosenki ludowej – zaś cieniutki rysik zaczął kreślić na papierze drgające linie. Monsieur Scott nie był naukowcem, ale napisał książkę o stenografii i pasjonował się zależnościami między mową a jej „wyglądem”. Stąd pomysł i eksperymenty z urządzeniem zdolnym do „pisania i rysowania dźwiękiem”. Wymyślił je, skonstruował, nazwał fonoautografem i opatentował już w 1857 roku. Zaczął je nawet sprzedawać jako instrument laboratoryjny do analizy dźwięku. Miał nadzieję, że uzyskiwane za jego pomocą fonoautogramy przydadzą się w naukowych studiach nad mową. Nie był zainteresowany odtwarzaniem ich, więcej – jak wynika z wydanych na rok przed śmiercią pamiętników – miał nawet za złe Edisonowi, że nie tyko „podprowadził” mu pomysł, ale na dodatek źle z niego korzystał, wypaczając ideę fonografii, czyli pisania/rysowania dźwiękiem.

W grudniu 2007 roku amerykańscy badacze historii fonografii z Lawrence Berkeley National Laboratory w Kalifornii w archiwach urzędu patentowego i Francuskiej Akademii Nauk natrafili na kilkanaście taśm ciemnego papieru pokrytych rzędami jasnych wężykowatych linii. Najstarsza pochodziła z 1853 roku, najlepiej zachowana z 9 kwietnia 1860. Posługując się tak zwaną igłą cyfrową nie tylko je przetworzyli i oczyścili, ale również „ożywili”. Po raz pierwszy można było ich słuchać, a nie tylko oglądać. Są wśród nich recytacje pojedynczych głosek, dźwięki kamertonu, gitary, itp., ale największe wrażenie robi przebijający się przez dystans ponad 150 lat dziewczęcy głos [obecnie odkrywcy tych taśm uważają, że Scott nagrał swój własny głos – przyp. red.].

A więc kinematografia nie, elektryczność nie, fonografia również nie – zostaje żarówka ten symbol Edisonowskiej wynalazczości. Tylko że ona, żarówka też nie. Ją też amerykański geniusz pozlepiał z cudzych pomysłów, kupionych patentów i kilkunastu procesów sądowych. Wszystko legalnie i bez przemocy (tym razem), ale na pewno jej również nie można nazwać „wynalazkiem Edisona”.

Jeden z jego długoletnich konkurentów i przeciwników w procesach Hiram Stevens Maxim (ten od karabinu maszynowego) powiedział: „Sukcesy Edisona w dziedzinie wynalazków wynikały przede wszystkim z lepszego posługiwania się przez niego prawem patentowym”.

Założenie było banalnie proste: patentować, patentować i jeszcze raz patentować. Zapewniać sobie wyłączność na wszelkiego rodzaju pomysły – obojętnie własne czy cudze. Edisonowska „genialność” polegała na zdaniu sobie sprawy z tego, że wynalazek to dużo więcej niż tylko osoba, która pierwsza wpadła na dobry pomysł, a patent i wynalazca wcale nie muszą być synonimami.