Kiedy zdarzy mi się bardziej intensywny okres imprezowania, picia, niedosypiania i jedzenia wszystkiego, co popadnie, zazwyczaj dochodzę – w końcu – do wniosku, że potrzebuję trochę odpoczynku. Wówczas przez kilka kolejnych nocy pozostaję w domu, czytając i jedząc więcej sałatek niż zwykle. Tymczasem modelki i celebryci udają się na „detoks”.

To niezwykle interesujący fenomen, ponieważ reprezentuje jedną z najbardziej imponujących innowacji marketingowców, guru stylu życia i alternatywnych terapeutów: wynalezienie zupełnie nowego procesu fizjologicznego.

Jeśli chodzi o podstawową ludzką biochemię, detoks jest pojęciem nic nieznaczącym. Nie da się go rozłożyć na czynniki pierwsze. W podręcznikach medycznych nie ma ani słowa o „układzie detoksykacji”.

Nie ma nic złego w pojęciu zdrowego odżywiania się i powstrzymywania od różnych czynników ryzyka dla zdrowia, takich jak nadmierne spożywanie alkoholu. Ale nie o to chodzi w detoksie. Są to prowizoryczne rozwiązania zdrowotne, od samego początku planowane jako krótkoterminowe, podczas gdy związane ze stylem życia czynniki ryzyka dla złego stanu zdrowia oddziałują na nas przez całe życie.

Nawet jestem skłonny się zgodzić, że niektórzy ludzie mogą spróbować pięciodniowego detoksu i zapamiętać (lub wreszcie dowiedzieć się), jak to jest jeść warzywa, i tego krytykować nie zamierzam. Błędem jest jednak udawanie, że owe rytuały mają oparcie w nauce.

Detoksykacyjna kąpiel do stóp powoduje powstanie rdzy i chloru

Aqua Detox to detoksykacyjny środek do moczenia stóp, jeden z wielu podobnych produktów. Hipoteza stawiana przez firmy, które je sprzedają, jest bardzo jasna: twoje ciało jest pełne „toksyn”, cokolwiek by to było; twoje stopy są pokryte specjalnymi „porami” (odkrytymi już przez starożytnych chińskich naukowców).

Gdy wkładasz stopy do przygotowanej kąpieli, toksyny zaczynają się uwalniać, a woda staje się brązowa. Czy brązowa barwa wody pojawia się z powodu toksyn? Czy to tylko magiczna sztuczka?

Woda stanie się brązowa z powodu bardzo prostego procesu zwanego elektrolizą: wbudowane w ściany miski do detoksu elektrody żelazne rdzewieją, a brązowa rdza trafia do wody. Ale jest w tym jeszcze coś, co możesz pamiętać z lekcji chemii w szkole.

W wodzie rozpuszczona jest także „oczyszczająca” sól. Właściwe naukowe określenie soli kuchennej to chlorek sodu: w roztworze oznacza to, że pływają w nim jony chlorkowe, które mają ładunek ujemny (i jony sodu, które mają ładunek dodatni). Przepływ prądu powoduje uwalnianie wolnego chloru w postaci gazu.

To samo dzieje się w przypadku kąpieli Aqua Detox, a ludzie korzystający z tego produktu elegancko wpletli ten charakterystyczny zapach chloru do swojej historii: to chemia, tłumaczą, to chlor wydobywający się z twojego ciała, a pochodzący ze wszystkich plastikowych opakowań na żywność, którą spożyliśmy, jak również nagromadzony przez wszystkie lata kąpieli w nasyconych chemią basenach.

W wodzie z detoksykacyjnych kąpieli nie ma żadnych toksyn

Jest jeszcze coś, co należałoby sprawdzić. Czy w tej brązowej wodzie są toksyny? Tutaj napotykamy nowy problem: co to są toksyny? Niejednokrotnie pytałem o to producentów wielu produktów detoksykacyjnych, ale nie chcieli o tym mówić.

Machają rękami, mówią coś o stresującym współczesnym stylu życia, o zanieczyszczeniu, mówią też o śmieciowym jedzeniu, ale nie potrafią wskazać ani jednej nazwy substancji chemicznej, którą mógłbym zmierzyć.

Po wysłuchaniu wielu wykrętów i mydlenia oczu wybrałem losowo dwie substancje chemiczne: kreatyninę i mocznik. Są to powszechnie spotykane produkty metabolizmu w organizmie, a nerki pozbywają się ich w postaci moczu. Przez znajomego, który zdecydował się poddać prawdziwej kuracji Aqua Detox, uzyskałem próbkę brązowej wody i wykorzystałem nad wyraz nowoczesne zaplecze analityczne, jakim dysponuje St Mary’s Hospital w Londynie, aby zapolować na te dwie chemiczne „toksyny”.

W tej wodzie ich nie było. Jedyne, co odkryłem, to duże stężenie brązowego, rdzawego żelaza. Teraz dzięki takim badaniom naukowcy wreszcie mogą zrobić krok wstecz i zrewidować swoje poglądy na temat tego, co się dzieje podczas takich kąpieli stóp.

Od producentów nie oczekujemy, że to zrobią. Jednak to, co stwierdzają w odpowiedzi na te odkrycia, jest bardzo interesujące, przynajmniej dla mnie, ponieważ jest to wzorzec, z którym będziemy mieli stale do czynienia w całym świecie pseudonauki: zamiast odnieść się do tej krytyki lub włączyć nowe odkrycia do nowego modelu, wydają się zmieniać reguły gry i wycofywać do opinii niesprawdzalnych.

Niektórzy producenci nie twierdzą już, że toksyny wydostają się podczas takiej kąpieli stóp (co miałoby powstrzymać mnie od prób ich zmierzenia): twoje ciało jest poniekąd informowane, że nadszedł czas, aby uwolnić toksyny w normalny sposób – jakikolwiek by on był i jakiekolwiek by to były toksyny – tylko bardziej intensywnie.

Inni przyznają, że co prawda woda staje się nieco brązowa bez udziału twoich stóp, ale „nie aż tak bardzo”. Wielu opowiada długie historie o „polu bioenergetycznym”, którego, jak twierdzą, nie da się zmierzyć inaczej jak tylko przez poprawę samopoczucia.

Jak producenci metod do detoksu próbują udowodnić ich skuteczność

Wszyscy mówią o tym, jak stresujące jest współczesne życie. Może to i prawda. Ale nie ma to nic wspólnego z kąpielą stóp, w której chodzi jedynie o teatr.

Podobny detoksykacyjny spektakl zapewniają nam plastry dostępne w drogich sklepach ze zdrową żywnością. Wyglądają jak torebki do herbaty, z foliowym podkładem, które przed położeniem się spać przykleja się do stopy za pomocą samoprzylepnej krawędzi.

Kiedy budzisz się następnego ranka, zarówno po spodniej części twojej stopy, jak i wewnątrz torebki znajduje się dziwnie pachnący, lepki brązowy szlam. Ten szlam – jak można zauważyć, powtarzający się motyw – to rzekomo „toksyny”. Tyle że to nieprawda.

Jeśli przejrzysz listę składników zawartych w tych plastrach, przekonasz się, że zostały one bardzo starannie dobrane. Pierwszą substancją na liście jest kwas zwany octem drzewnym. Jest to brązowy proszek, wysoce „higroskopijny”.

Słowo to po prostu oznacza, że przyciąga i pochłania wodę, podobnie jak małe torebki krzemionko-we, które są wrzucane do opakowań ze sprzętem elektronicznym. Jeśli w pobliżu pojawi się wilgoć, ocet ją pochłonie, tworząc brązową papkę, która da skórze poczucie ciepła.

A co z kolejnym składnikiem, który jest dumnie wymieniany jako „węglowodan hydrolizowany”? Węglowodany to długie ciągi połączonych ze sobą cząsteczek cukru. Przykładem takiego węglowodanu jest skrobia, a w naszym organizmie jest ona stopniowo rozkładana przez enzymy trawienne na pojedyncze cząsteczki cukru po to, aby można je było przyswoić. Proces rozbijania cząsteczek węglowodanu na poszczególne cukry nosi miano hydrolizy.

Tak więc „węglowodan hydrolizowany”, jak mogliście się zorientować, mimo że brzmi to naukowo, w zasadzie oznacza ni mniej, ni więcej jak po prostu „cukier”. A cukier pod wpływem potu staje się lepki.

Czy w tych plastrach jest coś jeszcze? Tak. Jest to nowy wynalazek, który powinniśmy nazwać „barierą przed kłopotami”, kolejny powracający temat w coraz to bardziej zaawansowanych formach głupoty. Istnieje mianowicie ogromna liczba różnych produktów, a wielu z nich towarzyszą liczne wyczerpujące i pełne naukowych stwierdzeń dokumenty mające udowodnić ich skuteczność. Choć zawierają one diagramy i wykresy oraz sprawiają wrażenie naukowych, brakuje im podstawowych elementów.

Zdarzają się eksperymenty, które udowadniają, że jakieś plastry dokonują detoksykacji czegoś tam, lecz nie mówią, na czym te eksperymenty polegały ani jakie zastosowano „metody”. Za to udostępniają jedynie ozdobne wykresy „rezultatów”. Pytanie o metody niweczy główny cel tych rzekomych eksperymentów: wszak nie o metody w nich chodzi, lecz o pozytywny wynik, wykres i pozory naukowości.

Detoks to magiczny rytuał dopasowany do nowych czasów

Prawie każda religia i kultura ma swoją formę rytuału oczyszczenia lub abstynencji, z postem, zmianą diety, kąpielą lub dowolnymi innymi działaniami, z których większość ma jakąś magiczną otoczkę. Nie są one przedstawiane jako podejście naukowe, ponieważ pochodzą jeszcze z czasów, nim terminy naukowe weszły do leksykonu.

Jom Kippur w judaizmie, ramadan w islamie i podobne rytuały w chrześcijaństwie, hinduizmie, bahaizmie, buddyzmie i dżinizmie – każdy z tych przykładów polega (między innymi) na abstynencji i oczyszczeniu. To we wszystkich rytuałach motywy stale powracające, ponieważ istnieje wyraźna i powszechna potrzeba: wszyscy w określonych sytuacjach robimy rzeczy godne ubolewania, a nowe rytuały są często wymyślane w odpowiedzi na nowe okoliczności.

W Angoli i Mozambiku powstają rytuały oczyszczenia i odnowienia dla dzieci dotkniętych wojną, w szczególności dla byłych dzieci-żołnierzy. Są to rytuały uzdrawiające, w których dziecko zostaje oczyszczone z grzechu i winy, „skażenia” wojną i śmiercią (skażenie winą jest, z wiadomych powodów, powracającą metaforą we wszystkich kulturach); dziecko jest wówczas również chronione od konsekwencji swoich poprzednich czynów, to znaczy chronione przed odwetem ze strony duchów zemsty tych, których zabiło.

Forma tych oczyszczających diet i rytuałów zawsze była znakiem czasu i miejsca. Teraz, gdy nauka stanowi dla nas dominujące ramy pojęciowe, objaśniające nasz naturalny i moralny świat, po prostu powinniśmy całkowicie odrzucić utrwalone pseudonaukowe uzasadnienie swojego odkupienia. Po-dobnie jak wiele bzdur w obrębie nauki niepoprawnej, „detoksowa” pseudonauka nie jest kwestią tego, co serwują nam przekupni i starający się nas cynicznie wykorzystać ludzie z zewnątrz: jest to produkt kulturowy, powracający motyw, który serwujemy sobie sami.

Prezentowany przez nas fragment (skróty i śródtytuły od redakcji) pochodzi z książki „Szkodliwa medycyna” autorstwa Bena Goldacre, w tłumaczeniu Aleksandra Wojciechowskiego, wydanej przez Wydawnictwo Zysk i S-ka. Więcej informacji: Co jeść, by dożyć setki? Zjedz swoje trucizny0