ANNA WITKIEWICZ: Timothy Gallwey, ekspert od tenisa i ojciec coachingu, powiedział, że dla zawodnika najgroźniejszym przeciwnikiem nie jest ten po drugiej stronie siatki, ale ten kryjący się w jego głowie. Jakiego przeciwnika musieli pokonać nasi siatkarze, żeby zdobyć w 2014 r. mistrzostwo świata? 

JAKUB B. BĄCZEK:Zgadzam się, zdecydowanie częściej musimy walczyć sami ze sobą niż z przeciwnikami. A nawet powiedziałbym tak: bardziej musimy walczyć z wizerunkiem przeciwników w naszej głowie niż z samymi przeciwnikami. Bo są tacy zawodnicy na świecie, których otacza aureola sławy i chociaż są to ludzie, którzy też czasami są niepewni, złoszczą się, miewają kompleksy, to możemy wpaść w pułapkę ich idealizacji. I kiedy wychodzą na boisko, już na dzień dobry się ich boimy.

I sami ustawiamy się na słabszej pozycji…

Właśnie. Jest taki zawodnik, Rosjanin Dmitrij Muserski, który ma 218 cm wzrostu i jest napakowany. Na jego widok dostaje się gęsiej skórki. Gdy ma się jeszcze na niego zagrać, może się wydawać, że on jest nie do pokonania. Ale tak nie jest, bo Rosja też wielokrotnie przegrywała. Na mistrzostwach graliśmy z bardzo silnymi zespołami, ale staraliśmy się zapomnieć, kto jest po drugiej stronie siatki i zrobić swoje, czyli raczej zmierzyć się ze sobą i skupić się na tym, żeby zagrać dziś na 90–100 proc. swoich możliwości. A kto jest po drugiej stronie siatki, jest nam obojętne.

Z jaką jeszcze przeszkodą musieli się zmierzyć nasi siatkarze?

Z reakcją ciała na zmęczenie psychiczne. Gramy turniej, który trwa trzy tygodnie, gramy 13 meczów, jesteśmy stale w tym samym towarzystwie, w tym samym miejscu, robimy te same rzeczy, trudno nie zmęczyć się psychicznie. I jeśli poślemy z głowy impuls do ciała, że jesteśmy zmęczeni, to chociaż to ciało jest przygotowane jak armata – może w to uwierzyć i będziemy od początku grać na pół gwizdka. Przy czym jeśli pozwolimy, by od pierwszych piłek przeciwnik się rozegrał, możemy już go nie dogonić, więc musimy od pierwszej piłki grać każdy mecz jak finał mistrzostw świata.

Czyli siatkarze musieli się też nauczyć zarządzania swoim nastawieniem do znużenia.

Tak, prosta rzecz, a bardzo ważna. Podobnie jak wiara w siebie. Kiedy ludzie oglądają nas w telewizji, myślą, że my jesteśmy takimi Supermenami, którzy nigdy się nie mylą, zawsze są silni, wierzą w siebie. A my jesteśmy bardziej takimi Clarkami Kentami, którzy raz na jakiś czas zakładają kostium (w tym wypadku strój z Orzełkiem), a tak poza tym jesteśmy normalnymi ludźmi i czasem mamy zniżkę wiary w siebie. I zdarza się, że myślimy przed meczem: kurczę, czy ja jestem gotowy?

Pojawiają się wątpliwości…

I to jest niebezpieczny moment. Jeden przegrany mecz i wypadamy z turnieju – nie możemy pozwolić, by ktoś uwierzył, że nie jest gotowy.

Wizerunek przeciwnika, zmęczenie psychiczne, wiara w siebie. Który spośród tych trzech czynników jest kluczowy?

Myślę, że trzeci. Wiara w to, że mogę wyjść i wygrać mecz, bez względu na to, kto jest po drugiej stronie siatki.

Jak pan w takim razie pomagał siatkarzom przezwyciężać te bariery mentalne?

Spotykałem się z siatkarzami jeden na jeden, zawsze kiedy potrzebowali. Mogli przyjść, gdy ich wiara w siebie zaczynała szwankować. Podczas sesji nazywaliśmy problem i od razu zaczynaliśmy pracować na emocjach. W jaki sposób? Przede wszystkim przypominałem zawodnikom ich sukcesy. Po drugie racjonalizowałem to, co emocjonalne, czyli pytałem na przykład, czy to jest prawda, że ten siatkarz jest nie do pokonania? Że on zawsze może cię zablokować? Racjonalna odpowiedź brzmiała: no nie, to nie jest prawda. Jeśli tak – mówiłem – to uwierz w to, zapisz to w mózgu, wyślij tę informację do swojego ciała i pozbądźmy się błędnego wyobrażenia. Na koniec pracowaliśmy na podświadomości, starając się ustawić mind-set na wygrywanie i oczyszczenie emocji – małą wiarę w siebie zastępowaliśmy pewnością siebie.