Tworzy się struktura, która owocuje tym, że taki człowiek jest sprawny w odgadywaniu oczekiwań innych, troszczeniu się, niesprawianiu kłopotów. Tacy ludzie są w cenie, ale są jednostronni. Trudno im odmawiać, stawiać granice, powiedzieć „nie”, bo to wiąże się z poczuciem winy.

Interesuje mnie ten moment, w którym można wyjść z takiej sztywnej roli wyuczonej w dzieciństwie. Wiele osób przenosi na partnerów swoją dziecięcą potrzebę bycia bezwarunkowo kochanym.

Ważna jest chwila, w której zdaję sobie sprawę, że mam wobec rodziców wiele różnych uczuć. Niektórzy długie lata żyją w poczuciu nienawiści do rodziców, często jednak im większa nienawiść, tym większe pragnienie bycia blisko. Jak się zobaczy, że takie uczucia istnieją, może się okazać, że rodziców postrzegamy jednostronnie, np. żywiąc wobec nich ślepą miłość lub właśnie nienawiść. To powoduje, że żyjących realnie rodziców zamykamy w klatce. Oni nie są w stanie dać nam czegoś, za czym tęsknimy, bo są jednoznacznie określeni. Kiedy ktoś nienawidzi swoich rodziców, to nie spodziewa się, nie wyobraża sobie, że mogą być mili, sympatyczni. A nawet jak tacy są, określa to jako wyrachowaną grę, która służy i tak temu, by pozbawić nas wolności.

Samospełniające się proroctwo?

Na tym to często polega. Tworzymy sytuacje trudne, ale jednocześnie bezpieczne, bo znane. Cierpimy, ale przynajmniej wiemy, jak sobie z tym radzić – tak często funkcjonują dzieci rodziców, którzy stosowali przemoc.

Wiemy, jak sobie radzić, czyli mamy wypracowane mechanizmy chronienia się, uciekania, przymilania?

Tak. A jak człowiek rozpoznał swoje uczucia i potrzeby, to zaczyna się proces urealniania rodziców. Widzę, że tato nie był tylko katem, który odrzucał i ranił, zauważam, że on też miał trudne doświadczenia życiowe, że z czymś sobie nie radził. I pojawia się proces przebaczania. Potrafimy zrozumieć rodziców, dopuścić, że nie muszą być doskonali. Pojawia się naturalny dystans, co w psychoterapii nazywa się separacją i indywiduacją. Zaczynamy wtedy bardziej zwracać uwagę na to, czego my chcemy, co dla nas jest ważne, rodzice przestają być wyroczniami albo jedynymi osobami, które mogą coś dać lub zabrać. Ciągłe poczucie krzywdy i walka z nim może dawać poczucie sensu w życiu. Gdy to widzimy, doroślejemy, zauważamy, że to, jacy jesteśmy, zawdzięczamy nie tylko rodzicom, ale i sobie. Rozumiemy, że sami w pewnym momencie zamknęliśmy się w klatce swoich oczekiwań, potrzeb, bólu. Trudne dzieciństwo nie jest biletem ulgowym na życie. Znam wielu terapeutów, którzy mieli bardzo trudne dzieciństwo, traumatyczne do-świadczenia, ale udało im się wyjść poza schemat, w którym dorastali.