Jedną z konsekwencji odkrycia Ameryki było pojawienie się w Europie nieznanych wcześniej owoców i warzyw, które w rewolucyjny sposób zmieniły naszą kuchnię. Ale czy rzeczywiście poznano je dopiero po wyczynie Kolumba? Weźmy ananasy. Podróżnicy przy-wieźli z Nowego Świata ilustracje i relacje, które tak rozbudziły apetyty Europejczyków, że postanowili sprowadzić ten przysmak i uprawiać u siebie. Ale wiele wskazuje na to, że była to ponowna próba aklimatyzacji tego owocu – jego wyobrażenie można ujrzeć w jednej z sal amarneńskich w muzeum kairskim, gdzie pojawia się pośród przedmiotów wotywnych, pochodzących prawdopodobnie z okresu panowania faraona Echnatona (1351–1334 p.n.e.).

To nie koniec, bo wizerunek tego owocu znajduje się też w starożytnych Pompejach. A także na mozaice sprzed około 2 tys. lat, którą można podziwiać w rzymskim Museo Nazionale Romano – nikt chyba nie może mieć wątpliwości, że owoc leżący na tacy w prawym górnym rogu to ananas. Nie miał więc racji znany historyk rolnictwa Edward Hyams, gdy pisał w monografii „Rośliny w służbie człowieka”: „Nie znali ananasa starożytni autorzy od Chin na Wschodzie aż po Grecję na Zachodzie”.

NAZWAĆ SZYSZKĘ Z AMERYKI

Kolumb, lądując na jednej z karaibskich wysp w 1493 r., widział ananasy, co odnotował jego syn Ferdynand: „Podobnież znaleźli dynie i jakoweś owoce, wyglądające jak nieźrzałe szyszki sosnowe, lubo były większe od szyszek, nadto cały ich środek wypełniał ścisły, jak u melonu, lecz o smaku i zapachu o wiele bardziej przyjemnym niż u melonu, miąższ. Owoce te rodzą się w polu na krzakach przypominających krzak lilii czy aloesu; co prawda później przekonali się, iż hodowane ludzką ręką są lepsze od rosnących dziko”.

W tamtych czasach nikt zatem nie wątpił, że ananas pochodzi z Ameryki i że został przeniesiony do Starego Świata po 1500 roku. W krajach strefy hiszpańskojęzycznej nazywany jest la piña, czyli szyszka, a w krajach anglosaskich pineapple – jabłko sosnowe (choć żadna roślina szpilkowa w ogóle nie wydaje owoców). Na długo zapomniano o oryginalnej nazwie – ananás, co w narzeczu guaraní oznacza „bardzo smaczny owoc”. Dla ludów prekolumbijskich ten pachnący owoc był częścią codziennego życia i krajobrazu: uprawiano go na grządkach w ogrodach i na polach, znano jego właściwości medyczne, wytwarzano z niego alkohol, a nawet towarzyszył zmarłym w ich ostatniej podróży do wieczności.

„Ananas jest najpiękniejszym owocem, jaki widziałem podróżując po całym świecie – zachwycał się XVI-wieczny kronikarz Gonzalo Fernández de Oviedo. – Daje jasność widzenia, delikatność zapachu, wspaniały smak, pachnie najpiękniej ze wszystkich owoców i smakuje najlepiej. Owoc ten pobudza apetyt, ale ma jedną wadę, jeśli spożywa się wino po ananasie, wcale ono nie smakuje”.

Ananasy uprawiane w doniczkach zaczęły być dekoracjami na bankietach XVIII-wiecznej arystokracji. W ten sposób owoc ten w oczach Europejczyków stał się kwintesencją finezji, perfekcji i wytworności. Początkowo mogli się nim rozkoszować tylko władcy i książęta. Od tego zapewne wywodzi się pospolita niegdyś nazwa – owoc królewski. Ponieważ transport w dawnych czasach trwał bardzo długo, w krajach europejskich – zwłaszcza zaś w Anglii – już na początku XVIII wieku rozwinęła się na skalę handlową uprawa szklarniowa ananasów.

W Polsce taką produkcję zapoczątkował w XVIII wieku Stanisław Poniatowski, brat króla Stanisława Augusta. Założył w Warszawie słynne ogrody Frascati, skąd na jego stół trafiało kilka tysięcy dojrzałych owoców. I taki stan rzeczy utrzymywał się aż do początku XIX wieku, kiedy to zaczęto sprowadzać ananasy z krajów, gdzie rosną pod gołym niebem i palącym słońcem. Ale w jaki sposób ananasy znalazły się w krajach basenu Morza Śródziemnego kilka tysięcy lat wcześniej?

PRZYSMAK CEZARÓW?

Dojrzały owoc ananasa jest nietrwały i nie można go długo przechowywać. Owoce eksportowane, które muszą znieść długi transport, zrywane są 2–3 tygodnie przed osiągnięciem dojrzałości. Nie wiemy, ani jak trafiły na stoły cezarów, ani czy był to jednorazowy transport, czy regularna wymiana handlowa. Ale jedno jest pewne: Rzymianie dysponowali środkami i flotą zdolną nie tylko szybko pokonywać oceany, lecz także transportować wręcz masowe ładunki.

 

Jednostka, na której około 40 r. n.e. Kaligula sprowadził z Egiptu 500-tonowy obelisk, stojący obecnie przed katedrą św. Piotra, płynęła z balastem 800 ton soczewicy. Jej nośność wynosiła więc ponad 1300 ton. A to i tak mikrus w porównaniu ze statkiem „Syrakuzanka”. Jeżeli wierzyć Plutarchowi, to w 260 r.p.n.e. niejaki Archiasz z Koryntu zbudował na Sycylii (według planów Archimedesa) istnego olbrzyma, liczącego 150 m długości i 20 rzędów wioseł!

„Santa Maria” Kolumba ledwo przekraczała 20 m długości... W porównaniu z antycznymi kolosami była „łupinką”, więc dlaczego wątpimy w możliwości starożytnych? Skoro Rzymianie potrafili na cyrkowe igrzyska sprowadzać egzotyczne zwierzęta z najdalszych krańców Ziemi, dlaczego nie mieliby wyprawiać się za Atlantyk po ananasy, zwłaszcza że ambicją cezarów było wyprawianie uczt, które słynęły z wystawności?

TAJEMNICA INDYJSKIEGO PROSA

Istnieją – jeśli nie dowody, to bardzo zastanawiające świadectwa i poszlaki – że również kukurydza została sprowadzona do Starego Świata, nim Kolumb osiągnął brzegi Ameryki. I to niekoniecznie przez Atlantyk!

W I w. Pliniusz Starszy opisał kilka roś- lin, a wśród nich kukurydzę, którą nazywał „indyjskim prosem”. Potem, w XVI w., na tego starożytnego autora powoływał się hiszpański historyk José de Acosta. „[Indyjskie proso] wykazywało podobieństwo do kukurydzy, jako że jest to, jak on podaje, zboże, które wyrasta niczym trzcina i okrywa się liściem, a na szczycie ma włoski i jest nie-zwykle płodne; wszystko to zaś nie pasuje do prosa” – stwierdził.

Hiszpańscy archeolodzy potwierdzili, że kukurydza występowała w Europie w czasach cesarstwa rzymskiego. Archeolog Miguel Oliva znalazł pozostałości tego zboża wewnątrz silosów z III wieku w Ullastret na katalońskim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Ową „indyjską kukurydzę” uprawiano sporadycznie w Hiszpanii i Włoszech aż do czasów Kolumba. Hiszpanie nazywali ją panizo (proso). Równie niewytłumaczalna jest obecność wyrzeźbionych w kamieniu kolb kukurydzy zdobiących obramowanie jednego z witraży w tzw. kaplicy Rosslyn w Szkocji. Budowlę ukończono bowiem w latach 1446–1484, a więc przed odkryciem Ameryki! Według legendy to Henryk, pierwszy książę Orkadów, dotarł do Nowej Fundlandii pod koniec XIV w., a jego droga powrotna wiodła przez Massachusetts, gdzie otrzymał kukurydzę od tamtejszych Indian ze szczepu Micmac. Niestety klimat Szkocji nie sprzyjał uprawie rośliny i dowód na kontakty transatlantyckie przed wyprawą Kolumba zachował się jedynie w postaci kamiennego artefaktu.

Skoro jednak mowa o „indyjskim prosie”, to wróćmy do Indii. Według miejscowego badacza Jaweeda Ashrafa najstarsze rzeźby kukurydzy, które znaleziono w świątyni w Sanchi (środkowe Indie, niedaleko Bhopalu), pochodzą z II wieku p.n.e. Wyraźnie kukurydzę widać też na posągach z XII–XIII w. Gavin Menzies w książce „Rok 1421” twierdzi, że w ładowni wraku dżonki, która zatonęła przypuszczalnie w 1423 r. w rejonie południowo-zachodnich Filipin, znaleziono metates – narzędzia do mielenia ziaren kukurydzy, które były używane wyłącznie w Ameryce Południowej.

Nic w tym dziwnego, bo Chińczycy już wieki wcześniej mogli odbywać regularne rejsy do Ameryki (choć w środowisku naukowym wciąż się to kwestionuje). Zdaniem zwolenników tej hipotezy jest kilka dowodów na jej potwierdzenie. Wskazują oni, że prekolumbijskie chińskie figury z brązu znajdowano w Peru, a figurki Nazca przedstawiające boga Słońca mają u podstawy chiński znak oznaczający niebo. W zbiorach muzeum w Teotihuacán znajdują się chińskie medaliony, a nefrytowe naszyjniki tego samego pochodzenia odkryto w stanie Chiapas w Meksyku. Również w ekwadorskiej prowincji Manabi wśród artefaktów tamtejszej kultury La Tolita odnaleziono liczne gliniane modele domków w kształcie pagód o wygiętych dachach oraz figurki noszące spiczaste nakrycia głowy i siedzące z podwiniętymi nogami. Ocenia się, że powstały w I w. p.n.e.

Rosnącą w Ameryce kukurydzę mogli zatem sprowadzać Chińczycy, a dzięki nim trafiła do Indii. Stamtąd zaś sprowadzali towary Rzymianie. W ten sposób kukurydza mogła trafić do starożytnego świata śródziemnomorskiego.

 

FARAONOWIE W SZPONACH NIKOTYNOWEGO NAŁOGU?

W latach 70. XX w., podczas badań zmumifikowanych szczątków Ramzesa II, w jednej z części bandaża, którym były zawinięte zwłoki faraona, znaleziono fragmenty jakiejś rośliny. Postanowiono sprawdzić, do jakiego gatunku należy. Pod mikroskopem ukazał się układ kryształków i włókien charakterystyczny dla rośliny, która nie mogła rosnąć wtedy w Egipcie – tytoniu. W próbkach pobranych z wnętrza mumii stwierdzono obecność cząsteczek nikotyny. Jak to możliwe, skoro oficjalne podręczniki twierdzą, że zmora nie tylko palaczy pojawiła się w Starym Świecie dopiero w XVI w.?

Ślady nikotyny znaleziono też w wielu szczątkach ludzkich z tak odległych od siebie terenów jak m.in. dzisiejsze Niemcy, Sudan i Chiny, a pochodzących z okresu między rokiem 3700 p.n.e. a 1100 n.e. Czyli mieszkańcy tych terenów musieli mieć kontakt z tytoniem. Być może po prostu rósł kiedyś poza Ameryką?

Ciekawe, że w przypadku kilkudziesięciu przebadanych zwłok poziom nikotyny był potencjalnie zabójczy. W Egipcie tak duża ilość tej substancji mogła być rezultatem jej użycia podczas balsamowania. Przez tysiące lat istnienia państwa egipscy kapłani w ścisłej tajemnicy utrzymywali przepisy na mieszanki ziołowe, które wykorzystywali przy balsamowaniu milionów ludzi i zwierząt. Nikotynę zawartą w tytoniu mogli cenić za działanie bakteriobójcze. Czyżby to jeden z sekretów kapłanów?

Tytoń musiał jednak służyć też do innych celów. W Europie i Chinach nie było przecież kapłanów z Egiptu. Zaś zwłoki z cmentarza w Sudanie – który kiedyś leżał w granicach starożytnego państwa egipskiego – zmumifikowały się w naturalny sposób. Co więcej, w jednej trzeciej próbek tkanek sudańskich mumii znaleziono nie tylko nikotynę, ale i kokainę! Jeżeli rośliny, z których się je uzyskuje, nie rosły w Afryce, to jak wytłumaczyć ich obecność w badanych szczątkach? Wszak nigdzie w Egipcie nie znaleziono wzmianki bądź starożytnego przedstawienia tytoniu. A przecież z ocalałych zwojów papirusu wiemy, że Egipcjanie mieli ogromną wiedzę na temat roślin. Jak i skąd trafił tam więc tytoń ? Czyżby w czasach starożytnych handel światowy był lepiej rozwinięty, niż nam się wydaje?

Antropolog A. Wierciński swego czasu odkrył w Meksyku szkielety i wizerunki ludzi typu negroidalnego i armenoidalnego. Najstarsze spośród nich datowane są nawet na III tysiąclecie przed Chrystusem. Z II tysiąclecia p.n.e. pochodzą wizerunki ludzi o rysach przypominających afrośródziemnomorskie – mowa o słynnych kamiennych głowach Olmeków z Ameryki Środkowej. Jeśli przybysze z Afryki potrafili tam dotrzeć, a nawet się zadomowić, dlaczego negujemy ich zdolność do odbycia drogi powrotnej?

ZAPOMNIANY HANDEL

Wciąż pokutuje średniowieczny pogląd, jakoby rozległe przestrzenie oceaniczne stano-wiły dla starożytnych barierę nie do przebycia, podczas gdy było na odwrót – ludzie od czasów egipskich umieli wykorzystywać monsuny lub prądy morskie, które jak rzeki niosły ich do zamorskich krain, skąd sprowadzano egzotyczne rośliny, by umilały życie elitom.

Jeśli ślady tej regularnej wymiany handlowej sprzed wieków zostaną bezspornie potwierdzone i zaakceptowane, wszystkie podręczniki historii trzeba będzie wyrzucić i napisać od nowa.