Dlaczego nie ratował pan Eberta, przecież widział pan, że G. chce go zabić? Błagał pana o pomoc...

– Teraz pan mi to mówi, po tylu latach? Dziś sam się nad tym zastanawiam, ale tamtej nocy, prawie dwadzieścia lat temu, widziałem to zupełnie inaczej. Po prostu nie chciałem mieć z tym nic wspólnego. Pragnąłem uciec jak najdalej. Choćby oznaczało to śmierć tego Niemca. To był instynkt, a nie wyrachowanie.

Marek Gliński, skazany na 25 lat więzienia za zabójstwo obywatela Niemiec Eduarda Eberta, spogląda w zakratowane okno pokoju przesłuchań Aresztu Śledczego Warszawa Mokotów. To tu spotykamy się po raz kolejny, by rozmawiać o tragicznych wydarzeniach, które zaprowadziły go na ławę oskarżonych. A następnie – jak twierdzi: bezpodstawnie – na długie lata do więzienia.

– Siedzę już osiemnasty rok. A ja naprawdę nie zabiłem tego człowieka. Mój proces był poszlakowy, nie przedstawiono mi w zasadzie żadnych dowodów – zapewnia i cichym głosem zwraca się do obecnego przy rozmowie strażnika: – Mamy jeszcze trochę czasu?

Funkcjonariusz spogląda na zegarek i kiwa głową – nie ma pośpiechu. Ale Gliński woli mówić szybko – on wie, że jego historia jest skomplikowana, każdy jej detal ma znaczenie i w rozmowie ze mną stara się nie zmarnować ani chwili. A pozwolono nam tylko na godzinne widzenie.

Nic nie zapowiadało ponurego finału, który rozegrał się 20 grudnia 1994 roku. Dzień wcześniej Gliński wraz ze swoimi pracownikami przyjechał do Hotelu Garnizonowego „Ikar” w Poznaniu. Następnego dnia mieli wyjechać do Niemiec, gdzie czekał na nich kontrakt.

– Wojciecha G. i Jerzego M. poznałem niewiele wcześniej. Szukałem jakichś łebskich chłopaków, których mógłbym zabrać ze sobą do Niemiec, gdzie moja firma zdobyła kontrakt na obsługę targów we Frankfurcie. Mieliśmy montować elementy hal. Obaj byli osiemnastolatkami – G. zarekomendowała mi jego siostra Anna, którą poznałem w Olsztynie, a on sam M. Prawdę mówiąc, chciałem G. pomóc, bo jemu i jego rodzinie nie przelewało się. Żyli w biedzie, a jego ojciec praktycznie nie wychodził z kryminału. A w Lidzbarku Warmińskim, skąd pochodzili, niełatwo o robotę.

Pojawił się jednak problem – żaden z chłopaków nie miał paszportu. Jednak Gliński zapewnił ich, że wszystko będzie w porządku, bo ma na granicy swojego człowieka, który przepuści ich bez wymaganych dokumentów.

 

Bo szydził z nazwiska

W Poznaniu Marek Gliński miał odebrać swój paszport, który zostawił u przyjaciela – zamieszkałego  w stolicy Wielkopolski francuskiego biznesmena z branży mięsnej Gilberta Roussella. Na miejscu okazało się jednak, że Francuz gdzieś wyjechał w interesach, i Gliński będzie musiał na niego zaczekać. Dlatego wraz ze swymi nowymi pracownikami zamieszkał w hotelu „Ikar”.

Tam w windzie poznali pracownika jednej z niemieckich firm ubezpieczeniowych Eduarda Eberta – jak to często bywa, gość w delegacji chętnie nawiązuje przygodne znajomości, bo mu się po prostu nudzi. Panowie umówili się na spotkanie wieczorem w pokoju Glińskiego. Pokoju numer 410.

Gdy Gliński wrócił do hotelu, trwała już piwna libacja z udziałem Eberta, G. i M. W pewnym momencie Niemiec zainteresował się nazwiskami swych nowo poznanych kompanów. Gdy padło nazwisko G., Ebert zaczął się głośno śmiać, sugerując, że jego posiadacz musi być pewnie z rodziny marszałka Trzeciej Rzeszy Hermanna Goeringa (bardzo podobnie brzmiące nazwiska). Nie przypuszczał, że ten niewinny żart stanie się przyczyną jego śmierci – oburzony (i mocno podchmielony) Wojciech G. rzucił się na Niemca i... Tu spójna dotąd historia rozdziela się na dwie wersje.

Według Marka Glińskiego to wściekły i „podkręcony” alkoholem G. zabił Eberta, a według sądu winien śmierci Niemca był Gliński.

W Wojciecha G., gdy sobie popił, wstępował demon – nie bawił się w szermierkę na argumenty słowne, tylko wyciągał gruby metalowy kabel, który nosił przy sobie, i ruszał na przeciwnika. Miał wprawę w posługiwaniu się tą prymitywną bronią – zdarzało mu się jeździć na ustawki kiboli, ewentualnie brać udział w napadach na punków. Teraz też sięgnął po kabel.

Po krótkiej szarpaninie zdzielił Niemca w głowę. Ten ostatni zdążył tylko krzyknąć „help!” i zaczął tracić przytomność.

– W tym momencie wybiegłem z pokoju, bo nie chciałem mieć z tą sprawą nic wspólnego – wspomina Gliński i dodaje: – Resztę znam z ich opowieści, kiedy spotkaliśmy się pod hotelem. Otóż po uderzeniu kablem na podłogę polała się krew. Wtedy G. i M. postanowili założyć Niemcowi foliowy worek na głowę– zmarł z braku tlenu.

Jednak podczas procesu obaj młodzieńcy zapewniali sąd, że to Gliński rzucił się na Eberta i udusił go własnoręcznie.

Czy to możliwe, aby niewinny dorosły i odpowiedzialny człowiek uciekał z miejsca dramatycznego zdarzenia tylko dlatego, że – jak zapewnia – „nie chciał mieć nic wspólnego z tą sprawą”? Wielu wyda się to nieprawdopodobne, ale psychologowie twierdzą, że jest to możliwe. Działanie w stresie nie zawsze jest racjonalne z punktu widzenia Kowalskiego, który sprawę analizuje, spokojnie i na chłodno czytając reportaż w gazecie. Gdy wydarzenia migają jak w kalejdoskopie, gdy szybkość akcji uniemożliwia racjonalną refleksję, a dodatkowo pojawia się krew i widmo zabójstwa, ucieczka – bez względu na konsekwencje – jawi się niektórym jako jedyna droga.

Ale jest też inne pytanie: czy żartobliwa uwaga na temat czyjegoś nazwiska jest wystarczającym powodem, by sięgnąć po rozwiązanie ostateczne? Czy Wojciech G. (zakładając, że to Gliński ma rację) rzeczywiście chciał zabić? Może wcale nie miał takiej intencji, a jedynie zamierzał ukarać swojego rozmówcę w sposób, którego konsekwencji nie przemyślał – zadziałał w emocjach, podgrzanych alkoholem?

Dla sądu to był wyjątkowo trudny orzech do zgryzienia.

 

Naoglądałem się w życiu trupów

Sąd, który skazał całą trójkę, po analizie zgromadzonych dowodów i zeznań świadków przyjął następującą wersję prokuratury: „15.12.1994 r. (inna data niż podaje Gliński – przyp. aut.) W. G. z J. M. zamieszkali z M. Glińskim w pokoju 410 Hotelu Garnizonowego »Ikar«. Przyjechali z zamiarem znalezienia pracy oraz w celu zrealizowania zaproponowanego przez Marka Glińskiego a zaakceptowanego przez W.G. i J. M. zamiaru dokonania napadu na obcokrajowca. Miał on wg relacji M. Glińskiego przetrzymywać jego paszport dany jako zastaw pod pożyczone pieniądze oraz posiadać nadto szereg wartościowych przedmiotów nadających się do zabrania i następnie zbycia z zyskiem. Do obezwładnienia ofiary służyć miały – taśma samoprzylepna oraz przewód elektryczny w obudowie z ebonitu – przy czym plany napadu obejmowały możliwość zabójstwa. W Poznaniu Marek Gliński parokrotnie zjawiał się w miejscu zamieszkania obcokrajowca, którym był obywatel francuski Roussell Gilbert. Ten jednak był nieobecny bądź nie wpuścił Glińskiego do mieszkania. 18.12.1994 r. Gliński nawiązał w hotelu »Ikar« znajomość z obywatelem niemieckim Eduardem Ebertem. Plan napadu i zabójstwa został zmieniony – jego ofiarą miał paść Eduard Ebert – zaś realizacja miała nastąpić 19.12.1994 r.”.

W dalszej części aktu oskarżenia mamy opis przygotowań do zgładzenia Niemca, przypominający akcję dobrego kryminału. Według prokuratury fotel, na którym miał usiąść Niemiec, został postawiony tyłem do drzwi wejściowych, aby gość nie zorientował się, że za plecami może czaić się niebezpieczeństwo. Dodatkowo fotel przykryto kocem, aby zapobiec poplamieniu krwią.

A oto jak w akcie oskarżenia opisano samo zabójstwo: „Wojciech G. podszedł do siedzącego na fotelu (plecami do nadchodzącego) Eduarda Eberta i zadał mu cios w tył głowy. Pokrzywdzony zerwał się z fotela i krzyknął. Wówczas Marek Gliński rzucił się na niego, pchnął na stojący w pobliżu tapczan. Gdy E. Ebert upadł na niego, Marek Gliński usiadł na klatce piersiowej Eberta, zadawał mu uderzenia, chwycił go rękoma za szyję i zacisnął ręce. (...) następnie na głowę naciągnął mu przygotowany do tego celu worek foliowy”.

Następnie zwłoki ofiary zostały ukryte w tapczanie w jego pokoju numer 416.

– Tu nic się nie zgadza – Gliński podnosi głos. – Przecież śledztwo nie potwierdziło faktu, że udusiłem Eberta własnymi rękami. On zmarł z braku powietrza, bo miał na głowie worek. Powtarzam, gdy tylko zaczęła się awantura, uciekłem z pokoju.

– Dlaczego? – pytam.

– Naoglądałem się w życiu krwi i trupów, kiepsko znoszę ten widok. Przez kilka lat służyłem w Legii Cudzoziemskiej, stacjonowałem w różnych krajach ogarniętych wojną i nie chciałem przeżywać po raz kolejny sytuacji, w której ginie człowiek.

– Mógł pan przecież złapać G. za rękę, sądzę, że był pan dla niego autorytetem, a nawet szefem, podporządkowałby się panu. Podejrzewam, że przeszłość w Legii nie pomogła panu przed sądem – być może z góry założono, że jest pan bezwzględnym egzekutorem.

– Ja nigdy nikogo nie zabiłem.

 

Jean Luck ujawnia prawdę

Marek Gliński ma dziś 52 lata – do końca wyroku pozostało mu jeszcze osiem lat. Pochodzi z Morąga – jego ojciec pracował przez 30 lat w milicji. Matka zmarła w 1979 roku. Gliński zaczynał swą karierę zawodową jako mechanik samochodowy w latach 70. w warsztatach olsztyńskiej Komendy Wojewódzkiej MO. W październiku 1981 r. – tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego – udał się za granicę: najpierw do Niemiec, potem do Francji. Tam zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej, z którą wyjechał do Gujany Francuskiej. W jej szeregach był do 1987 roku. Po wyjściu do cywila założył swój pierwszy prywatny biznes – firmę handlującą kominkami salonowymi. Wkrótce poznał swą przyszłą żonę Beatę (dziś już nie są razem), z którą wziął ślub w Niemczech. W 1994 roku przyjechał do Polski, gdzie również dobrze schodziły jego kominki. Ale pojawiła się propozycja montowania stoisk na frankfurckich targach, więc Gliński postanowił poszerzyć zakres swej działalności. Potrzebował do pomocy dwóch sprytnych chłopaków i szybko znalazł ich w osobach Wojciecha G. i Jerzego M. Zaproponował im wyjazd do Niemiec.

Zdaniem sądu, zaproponował – de facto – udział w grupie przestępczej.

Gliński po zajściu w hotelu „Ikar” postanowił wziąć rozbrat ze swymi niedoszłymi podwładnymi i uciekać z kraju. Najpierw znalazł się w Niemczech, a następnie we Francji. W Marsylii odszukał swego przyjaciela z czasów Legii, który zajmował się podrabianiem dokumentów. Tak narodził się Jean Luck, nowe wcielenie Marka Glińskiego. Nie zagrzał dłużej miejsca we Francji i przeniósł się do Holandii, gdzie dostał kontrakt przy remoncie jednego z hoteli w Heerlen. Wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze – nowe życie jawiło się w różowych barwach. A jednak 13 czerwca 1995 roku Gliński poszedł na policję i opowiedział zdumionym stróżom prawa swoją historię.

– Dlaczego oddał się pan w ręce policji? Przecież nic panu nie groziło – pytam.

– Byłem poszukiwany przez polską policję i nie mogłem znieść świadomości, że przypisuje mi się zbrodnię, której nie popełniłem. Ta decyzja dojrzewała we mnie od pewnego czasu. Holenderscy policjanci byli zdumieni – aż cztery dni zajęła im weryfikacja mojego zeznania.

30 czerwca w eskorcie antyterrorystów przyleciał do Polski. Dwa lata później, w sierpniu 1997 roku, zapadł wyrok w sądzie apelacyjnym – 25 lat więzienia. Wojciech G. dostał 15, a Jerzy M. 14 lat. Obaj wyszli na wolność po dziesięciu latach.

Po jakimś czasie Wojciech G. zaczął sugerować sądowi, że Gliński jest niewinny, a w każdym razie nie zabił Eduarda Eberta. W styczniu 2006 roku poszedł krok dalej – w swym liście do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry napisał: „Wszystko, co stało się tego feralnego dnia, było następstwem bójki, do jakiej doszło między mną a denatem, w której Gliński nie uczestniczył, bo uciekł, gdy się tylko zaczęła”.

Obecnie sprawa Glińskiego pojawia się w mediach – piszą o nim gazety, w stacjach telewizyjnych emitowane są reportaże. Dziennikarze raczej nie mają wątpliwości – za kratami siedzi niewinny człowiek, którego „wmanewrował” wymiar sprawiedliwości i dziś trudno mu się przyznać do błędu. Jak to możliwe – pytają – skoro rzeczywisty sprawca bierze na siebie całą winę? Jakiego dowodu jeszcze trzeba, by uznać Glińskiego za niewinnego i wypuścić z więzienia?

Jest tu jednak pewne „ale”. Otóż Wojciech G. swoje już odsiedział za współudział w zabójstwie i raczej nie ryzykuje tym, że wróci za kraty. Czy to obniża wartość jego deklaracji? Niekoniecznie, ale z pewnością wymiar sprawiedliwości bierze to pod uwagę. Co więcej – sąd odrzucił wniosek skazanego o warunkowe zwolnienie z odbycia reszty kary. „Podstawą udzielenia warunkowego zwolnienia z odbycia reszty kary jest zaistnienie w stosunku do skazanego pozytywnej prognozy społeczno-kryminologicznej, co do jego przyszłego zachowania w warunkach wolnościowych” – czytamy w postanowieniu Sądu Okręgowego w Lublinie, który uznał, że wniosek Glińskiego jest bezzasadny. W opinii na jego temat znajdują się takie oto stwierdzenia: „Zachowanie opiniowanego (...) jawi się jako przeciętne ze skłonnością do negatywnego. Nie był nagradzany. Trzy razy karany dyscyplinarnie za: używanie słów wulgarnych wobec skazanych na sąsiednim placu spacerowym, aroganckie zachowanie wobec lekarza, próbę uderzenia wychowawcy taboretem oraz zniszczenie mienia zakładu karnego”.

– Nie byłem nagradzany? To śmieszne – nagród było o wiele więcej od kar. Chętnie wysyłano mnie do pracy na terenie zakładów karnych, bo ich szefowie wiedzieli, że można mi ufać, i że dobrze wykonuję powierzone mi obowiązki – oburza się Gliński.

Od początku swojego życia za kratami współpracuje z organami ścigania, przekazując śledczym ważne informacje, które pozyskuje „pod celą” (choćby w sprawie planowanego zamachu na sędzię Barbarę Piwnik czy brutalnego zabójstwa poznańskiego taksówkarza w 2010 r.).

Znacznie pogorszył się także stan zdrowia Glińskiego. On sam zapewnia: – Trafiłem do więzienia jako w pełni zdrowy człowiek. Obecnie mam orzeczony dożywotni stopień niepełnosprawności – jestem chory na serce. W 2003 roku przeżyłem 40-minutowe zatrzymanie akcji serca, w wyniku krytycznego zwężenia aorty.

Marek Gliński wytoczył proces cywilny Wojciechowi G. o pomówienie go o zabójstwo. Bardzo liczy na to, że przyznanie się G. przed sądem otworzy mu drzwi do wolności.

Ale czy rzeczywiście sąd będzie wówczas zobligowany do uniewinnienia Glińskiego? To chyba nie jest takie oczywiste. Na razie Gliński po raz kolejny rozpoczął starania o przedterminowe zwolnienie z odbywania kary.