
Niepokojąca koncepcja miedzianych dipoli
Odpowiedź przyszła z prestiżowego Massachusetts Institute of Technology. Pomysł był szalenie prosty w założeniu, choć kosmicznie skomplikowany w realizacji. Jeśli natura zapewnia jonosferę, czyli warstwę naładowanych cząstek odbijającą fale radiowe, to czemu nie stworzyć jej sztucznego odpowiednika? Amerykańscy inżynierowie zaproponowali wystrzelenie na orbitę setek milionów miedzianych igieł, każda o długości niecałych dwóch centymetrów. Ta metalowa chmura miała stać się awaryjnym lustrem dla wojskowych transmisji. Były asystent dyrektora Laboratorium Lincolna MIT, Donald MacLellan, wyjaśniał, że „system wymagał anten o bardzo wąskiej wiązce (zaledwie 0,15 stopnia), nadajników dużej mocy i wystarczającej liczby dipoli rozpraszających energię”. Nawet jeśli technicznie było to wykonalne, sam pomysł budził mieszane uczucia.
Czytaj też: Czarnobyl dziś. Czy opuszczona elektrownia nadal zagraża światu?
Pierwsza próba w 1961 roku zakończyła się kompletnym fiaskiem. Pojemnik z igłami nie otworzył się zgodnie z planem i ładunek pozostał uwięziony. Niezrażeni niepowodzeniem naukowcy wrócili do pracy. Dwa lata później użyli sprytnego spoiwa: igły zamknięto w żelu naftalenowym, który w kosmicznej próżni po prostu sublimował, uwalniając chmurę 120 do 215 milionów miedzianych dipoli. Tym razem się udało. Inżynierowie nawiązali łączność pomiędzy stacjami w Massachusetts i Kalifornii, przesyłając głos i dane. Dla wojska był to dowód, iż sztuczna jonosfera działa. Entuzjazm w kręgach militarnych nie podzielała jednak społeczność naukowa. Astronomowie podnieśli larum, obawiając się, że metalowe odpryski na zawsze zanieczyszczą ich obserwacje.
Kosmiczne śmieci, które przetrwały dekady
Zamiast spłonąć, wiele igieł połączyło się w zbite, miedziane grudki. Okazały się one znacznie bardziej odporne na działanie promieniowania słonecznego niż pojedyncze dipole. W aktualizacji z 2013 roku NASA potwierdziła, że pojedyncze igły rzeczywiście zniknęły stosunkowo szybko, lecz grudki pozostały na orbicie znacznie dłużej. Dzisiejsze dane są dość wymowne. Agencja kosmiczna szacuje, iż wokół Ziemi wciąż krąży 46 takich skupisk. Tylko dziewięć z nich znajduje się na orbitach, których perygeum (najniższy punkt) jest poniżej 2000 kilometrów. Te powinny z czasem spaść i spłonąć. Pozostałe, krążące wyżej, mogą pozostawać na swojej drodze przez dziesięciolecia, a nawet stulecia. NASA podejrzewa też, że część innych, niezidentyfikowanych szczątków na dużych wysokościach również może być pozostałością po tym eksperymencie.
Czytaj też: USS Stein został zaatakowany przez potwora morskiego. Tajemniczy incydent z 1978 roku
Ironia historii polega na tym, iż cały projekt niemal natychmiast stał się technologicznym reliktem. Dynamiczny rozwój satelitów komunikacyjnych w połowie lat 60. zapewnił znacznie lepszą, czystszą i bardziej kontrolowaną metodę łączności. Kosztowny i kontrowersyjny West Ford okazał się ślepą uliczką wyścigu zbrojeń. Dziś, gdy na orbicie umieszczamy dziesiątki tysięcy satelitów megakonstelacji, a problem kosmicznych śmieci staje się palący, ta historia brzmi wyjątkowo aktualnie.