
Coś poszarpało kopułę sonarową
Gdy fregata stanęła w doku, podoficer Ira Carpenter rozpoczął oględziny osłony sonaru. Jego oczom ukazał się niecodzienny widok. Specjalna gumowa powłoka NOFOUL, chroniąca delikatną aparaturę, była podziurawiona i poszarpana. Uszkodzenia obejmowały około ośmiu procent jej powierzchni, a niektóre z rozdarcia miały ponad metr długości. To jednak nie było najdziwniejsze. W szczelinach tkwiły setki drobnych, ostrych struktur organicznych, przypominających pazury lub haczyki. Carpenter wyciągnął jeden z nich przy pomocy noża i od razu zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z czymś wyjątkowym.
Czytaj też: Wirusy tworzą ukrytą warstwę w oceanach. Tamtejsze ekosystemy są dziwniejsze niż myśleliśmy
Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego, a tego typu uszkodzenia były dla mnie zupełnie nowe – relacjonował
Żartował wówczas, że statek musiała zaatakować „zgraja małych aligatorów“. Jak się okazało, rzeczywistość była tylko odrobinę mniej fantastyczna od tego żartu. Analizy znalezionych „pazurów“ podjął się uznany biolog morski, Forrest Glenn Wood, współpracujący z marynarką. Jego konkluzja była jednoznaczna: sprawcą była ogromna kałamarnica. Co więcej, naukowiec wskazał konkretnego winowajcę: kałamarnicę kolosalną (Mesonychoteuthis hamiltoni). To właśnie ten gatunek, należący do rodziny Cranchiidae, jest jedynym wyposażonym w haczyki na mackach, służące do chwytania i rozrywania ofiary. Stworzenie to może osiągać długość około 7 metrów i masę przekraczającą pół tony. Siła jego haczyków wystarczała, by przebić się przez gumową osłonę ważącej blisko 60 ton kopuły sonarowej. Wood pozostawił jednak furtkę dla niewyjaśnionego, dodając, iż jego diagnoza nie wyklucza istnienia „czegoś, czego jeszcze nie odkryliśmy“.
Geograficzna zagadka i możliwe motywy
Tu pojawia się zasadnicza niespójność. Naturalnym środowiskiem kałamarnicy kolosalnej są zimne, głębokie wody Oceanu Południowego wokół Antarktydy. Tymczasem atak na USS Stein miał miejsce w stosunkowo płytkich, subtropikalnych wodach przy Kalifornii. To mniej więcej tak, jakby spotkać pingwina na Florydzie. Naukowcy rozważają głównie dwa scenariusze. Pierwszy zakłada, że było to zwierzę chore, ranne lub umierające, które zabłądziło daleko od swojego terytorium w stanie dezorientacji. Drugi, bardziej fascynujący, sugeruje, że kałamarnica mogła pomylić kopułę sonarową z kaszalotem, czyli swoim głównym naturalnym wrogiem. Na ciałach tych wielorybów faktycznie znajduje się blizny przypominające ślady po podobnych haczykach, co dowodzi ich podwodnych potyczek. Być może kształt lub dźwięk emitowany przez fregatę zwabił stworzenie.
Niewykluczone, że oceany wciąż skrywają organizmy, o których istnieniu nie mamy pojęcia. Przypadek USS Stein dobitnie pokazuje, jak mało wiemy o głębinach. Okręt naprawiono i wrócił do służby, lecz pytania pozostały. Czy to był akt desperacji zabłąkanego olbrzyma? A może ślad istnienia czegoś zupełnie nowego? Ponad 70% powierzchni naszej planety zajmują morza i oceany, a my zbadaliśmy zaledwie ułamek ich najgłębszych partii.