Goszcząc w Gdańsku w 2008 r., Dalajlama zaskoczył wszystkich słowami: „Mało kto to wie, ale gdy w latach 50. znalazłem się na uchodźstwie, poznałem dwoje wspaniałych Polaków. Byli dużo starsi ode mnie. Ta kobieta, Polka, była wtedy dla mnie jak przybrana matka, to dzięki niej zostałem wegetarianinem”. Ta Polka to Wanda Dynowska. 

uniwersytet i reinkarnacja

Pochodziła spod miasteczka Lucyn (obecnie Łudza na Łotwie), podobnie jak dwoje innych Polaków, którzy w XIX w. zadziwili cały świat podróżami, odkryciami i pasją, jaką wkładali w poznawanie obcych kultur. Pierwszą z tych osób był geolog, poszukiwacz ropy i złota Karol Bohdanowicz. Drugą: pisarz i awanturnik Ferdynand Ossendowski.

Wanda urodziła się w 1888 r. w majątku ziemskim Istalsno, w patriotycznym polskim domu, w którym często odbywały się poważne intelektualne dyskusje. Jej matka Helena Dynowska miała opinię jasnowidzącej, nic dziwnego zatem, że sąsiedzi uważali dwór za „nawiedzony”, a Wanda zainteresowała się ezoteryką. Już dorastając, uznała, że „jedynym logicznym wyjaśnieniem zagadek życia (nierówności umysłowych, moralnych, społecznych itd.) jest reinkarnacja” oraz szukała „wspomnień z przeszłych wcieleń”. 

Rodzice dopilnowali, by odebrała staranną edukację (studiowała romanistykę na UJ oraz przyrodoznawstwo na uniwersytecie w szwajcarskiej Lozannie i na paryskiej Sorbonie); wyrosła też na  żarliwą  patriotkę (w czasach zaborów rozmawiała z rosyjskimi przyjaciółkami wyłącznie po francusku). Do wyboru życiowej drogi przez Dynowską – oprócz domowej atmosfery – przyczynił się jej sercowy dramat: zakochała się w młodym studencie, który zginął podczas wojny polsko-bolszewickiej. Samotna  ostatecznie skierowała się w stronę religii i filozofii.

Teozofka Piłsudskiego

Zafascynowała ją teozofia. Ruch ten starał się łączyć synkretycznie tradycje religijne Wschodu i Zachodu. Było w nim miejsce na wierzenia buddyjskie i hinduistyczne, humanistyczne idee wolnomularstwa oraz ezoterykę. Pełna zapału Dynowska jeździła po Polsce z odczytami, zdobywając nowych sympatyków dla Polskiego Towarzystwa Teozoficznego. „Trzydziestokilkuletnia kobieta o drobnej, niemal dziewczęcej twarzy, ogromnych, pięknych szarozielonych oczach i promiennym uśmiechu” – jak charakteryzował ją przyjęty do PTT Władysław Bocheński – robiła wielkie wrażenie na rozmówcach.

W 1923 r. Wanda Dynowska została sekretarzem generalnym Towarzystwa. Organizacja szukała ratunku przed wiszącą nad światem katastrofą w idei powszechnego braterstwa i miłości – bez różnic ras, religii czy narodów. Założyła wydawnictwo „Adyar”, redagowała „Przegląd Teozoficzny”, działała w masonerii (w loży „Le Droit Humain”) i powołała polski Liberalny Kościół Katolicki (m.in. sprzeciwiający się dogmatowi o nieomylności papieża). W grupie Służebnicy Polscy wraz z innymi teozofami Dynowska wspierała marszałka Józefa Piłsudskiego. Podczas zamachu majowego w 1926 r. wraz z całym swoim środowiskiem należała do zaufanych kurierów Marszałka. Uważała Piłsudskiego za wcielenie ducha polskiego narodu i była częstym gościem w Belwederze. O życiu duchowym Marszałka mówiła: „Mam wrażenie, że ze swą istotną, głęboką, ale nie ortodoksyjną wiarą skrywał się”. W  1935  r., po śmierci Piłsudskiego, odwiedziła Indie. Polska patriotka, teozofka i masonka była coraz bardziej zafascynowana hinduizmem.

Szukając guru

Podczas podróży na Wschód ogarnęły ją niedobre przeczucia dotyczące Polski. Zastanawiała się: „Czy to Dusza Polski jest taka smutna? Czy też grozi Jej niebezpieczeństwo jakieś straszliwe? Czy to Komendanta odejście? Czy też coś nieubłaganie Ją czeka?”. Kiedy dotarła do Indii (gdzie planowała być tylko 3 miesiące) poczuła tak silną potrzebę pozostania tam dłużej, że odesłała bilet powrotny.

Nawiązała kontakt z polskim inżynierem i filozofem Maurycym Frydmanem [to on był drugą z tych osób, które wspomniał Dalajlama w 2008 r. w Gdańsku – przyp. red.]. Pomagał w rozwoju indyjskiego przemysłu i rękodzielnictwa, miał też udoskonalić konstrukcję słynnego kołowrotka Gandhiego – dzięki któremu Hindusi wrócili do tradycyjnego szycia odzieży, co przyniosło im zysk ekonomiczny i polityczny. 

Obserwując przemiany w Indiach, Dynowska zajęła się jednocześnie religią i kulturą tego kraju. Maharishi, jeden z największych ówczesnych hinduskich mistrzów religijnych, został jej guru – osobistym nauczycielem duchowym. W jego aszramie, czyli wspólnocie duchowej, spędziła wiele czasu na medytacjach, modlitwach, rozmowach i poznawaniu hinduizmu. Jak twierdziła, to on zachęcał ją do przetłumaczenia „Bhagawadgity”, jednej z najświętszych ksiąg hinduistów. Stawiała tym samym pierwsze kroki na polu wymiany kulturalnej pomiędzy Indiami i Polską. Jednak najważniejsze okazały się jej kontakty z Mahatmą Gandhim, liderem walki Hindusów o wyrwanie się spod brytyjskiego panowania.

Wszystko dla wolności

Dynowska odbyła z Gandhim długą rozmowę, która według niej „stała się początkiem bardzo głębokiego przyjacielskiego stosunku”. Gandhi powiedział wręcz: „O, ty jesteś jedną z nas…”. Być może przekonało go ludowe rękodzieło, jakie Dynowska przywiozła ze sobą z Polski na upominki – w końcu hinduski lider stawiał na tradycyjne szycie sari. Bardziej jednak chodziło pewnie o wspólnotę ducha. Tym bardziej że cierpiącym Hindusom Dynowska opowiadała o nieszczęściach Polski (później podczas II wojny wspominała Gandhiemu o powstaniu warszawskim, a ten w odpowiedzi napisał jej słowa „Wszystko dla wolności”, które sfotografowała i umieściła w swej książce).

Podczas wspólnych spotkań z indyjskimi działaczami niepodległościowymi Gandhi pokazywał Dynowskiej, jak wygląda jego idea walki bez przemocy w praktyce. Nie omieszkał też wskazać, jak jego ludzie są inwigilowani przez brytyjski wywiad: w trakcie zjazdu działaczy niepodległościowych Brytyjczycy potrafili postawić obok własne miasteczko namiotowe, z którego podpatrywali każdy ich ruch.

 

Polki to nie wystraszyło. Pomagała organizować kolejne zjazdy Indyjskiego Kongresu Narodowego. Poznawała też stosunki społeczne w Indiach, m.in. podróżując pociągami w najtańszej, trzeciej klasie. I jak inni Hindusi brała udział w kolejnych antybrytyjskich protestach, głodówkach, demonstracjach.

Gandhi w swoich listach do Dynowskiej tytułował ją „Śri”, co oznacza świętą lub szczególnie szanowaną osobę. Ona zaś pisała o nim: „Tajemnica jego potęgi, wielkości i wpływu jest również niezmiernie prosta, a nam Polakom powinna być specjalnie zrozumiała i bliska, jest to absolutna zgodność działań z wiarą, wewnętrznego życia z czynem widzialnym”. Jednocześnie nazywała go żartobliwie „biedaczkiem”, bo przy swoim geniuszu politycznym zamartwiał się problemami typu, skąd weźmie kozie mleko podczas wyprawy do Anglii!

Daleko i blisko Polski

Kiedy 1 września 1939 r. spełniły się przeczucia Dynowskiej i wybuchła II wojna światowa, wyruszyła do walczącej Polski. Dotarła jednak tylko do Rumunii, do nadgranicznych Czerniowców. Dalej już nie dała rady się przedostać. Przez jakiś czas krążyła po Europie. Odwiedziła Bułgarię, Włochy, Francję, Jugosławię i Turcję. Nie umiała się tam odnaleźć, wróciła więc do Indii i tam działała na rzecz polskiej sprawy. Podjęła pracę w konsulacie w Bombaju w dziale propagandy. Jej była sekretarka Irena Hradyska opisywała, że przysporzyła wielu nieoczekiwanych kłopotów pracownikom MSZ: „Nie można sobie wyobrazić dowcipniejszej kombinacji, z jednej strony panowie w bez zarzutu skrojonych tropikalnych garniturach, z minami zapożyczonymi od Edena [brytyjski minister spraw zagranicznych, późniejszy premier – przyp. red.], pedantyczni, dobrze ułożeni, owijający wszystko w dyplomatyczną bawełnę, traktujący Indusów z pobłażliwą wyższością, zupełnie nie interesujący się kulturą i religią tego kraju, z drugiej strony kobieta depcząca konwenanse bosą stopą w sandałach, odziana w ręcznie tkane samodziały, z czerwoną kropką wymalowaną między brwiami na znak praktykowania hinduizmu, nie dająca się nagiąć do urzędowych godzin, wprowadzająca chaos do szufladek i kartotek, mówiąca wszystko, co ma na  myśli, bez ogródek”.

Zajmowała się także „andersowcami”, którym udało się uciec z ZSRR. W Indiach powstały obozy i miejsca zakwaterowania dla tysięcy Polaków. Zdaniem Hradyskiej „z przyjazdem do Indii 5000 zesłańców z Syberii i Kazachstanu zaczął się dla niej [Dynowskiej] nowy, jeszcze czynniejszy rodzaj życia. Na parę lat trzeba było zapomnieć o medytacjach w aszramach induskich. Żywi ludzie, tylko co zwolnieni katorżnicy, a zwłaszcza dorastająca młodzież, oderwali ją od świata mistyki”.

Dynowska chciała pokazać rodakom głębię hinduskiej myśli filozoficznej, a mieszkańcom Indii przybliżyć narodowego ducha Polaków. Uważała, że oba te narody, pomimo odległości geograficznej, łączą pewne podobieństwa. Na poświęcone temu odczyty przychodziły tłumy. Dynowska zorganizowała też zespół pieśni i tańca. A dzięki jej współpracy z młodym indyjskim pisarzem i poetą  Harischandrem Bhattem, powstała m.in. monografia marszałka Piłsudskiego oraz tłumaczenie „Sonetów krymskich” Mickiewicza. 

Jednak najważniejszym dziełem Dynowskiej było utworzenie w 1944 r. Biblioteki Polsko-Indyjskiej. W sumie biblioteka wydała ok. 100 tłumaczeń. Wszystko dzięki wysiłkowi i uporowi Dynowskiej oraz pomocy Frydmana – od zbierania funduszy i wyboru dzieł, poprzez tłumaczenie, pisanie komentarzy, redakcję, nadzór druku, po dystrybucję. Wiele wydań było pionierskich. Na dodatek to dzieła niebagatelne także pod względem rozmiarów – niektóre z nich miały ponad 500 stron! Znalazły się tam książki poetów i prozaików (Tagore’a, Aurobindy), mistyków i myślicieli (Maharisiego, Krishnamurtiego, Gandhiego). Hindusom natomiast Dynowska przybliżała Kochanowskiego, Mickiewicza, Konopnicką, Sienkiewicza. Wspominała: „Nieraz w przeciągu tych lat chciałam powrócić do Polski, a przecież wciąż coś mnie silnie zatrzymywało... Dziś wiem, dlaczego zostałam. Biblioteka Polsko-Indyjska musiała się urodzić”.

Misja specjalna

Dynowska bardzo tęskniła za Polską. Zdołała dwa razy odwiedzić kraj: w 1960 i 1969 r. Jako honorowy gość brała udział w spotkaniach i odczytach. Przekazała Muzeum Kultur Azjatyckich w Krakowie cenne okazy indyjskiej sztuki ludowej. Podczas tych wizyt spotykała się m.in. z Karolem Wojtyłą (biskupem, a później już kardynałem). Co ciekawe, Dynowska uważała się jednocześnie za katoliczkę, hinduistkę i buddystkę. Podarowała Wojtyle książki i namówiła go do odprawienia mszy w intencji cierpiących Tybetańczyków. Miała nawet (jak twierdzą niektóre źródła) przepowiedzieć mu wybór na papieża! Ksiądz Adam Boniecki, wieloletni redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, który w październiku 1969 r. przeprowadził z Dynowską obszerny wywiad, potwierdzał, że oboje połączyła „bardzo miła i ciepła relacja”. Dynowską scharakteryzował w samych superlatywach: „była osobą niezwykłą i głęboką, międzykulturową”, „urocza, ciepła, kontaktowa, mądra, poważna – wszystko, tylko nie nawiedzona czy afektowana”. 

Oprócz propagowania w Polsce książek z Biblioteki Polsko-Indyjskiej podczas spotkań i odczytów Dynowska sięgnęła też po działania dosyć niekonwencjonalne. Ponoć w ramach zaślubin Polski z Indiami wlała do Morskiego Oka wodę ze świętej indyjskiej rzeki Ganges oraz przekonała świętych mędrców indyjskich do rozpoznania słynnego czakramu – czyli rzekomego miejsca koncentracji szczególnie silnej mocy duchowej – na Wawelu. 

 

Podczas pobytu w Polsce Dynowska znajdowała się… pod baczną obserwacją tajnych służb PRL. Próbował ją „rozpracować” II Departament MSW. Do dziś w IPN leżą teczki z donosami i informacjami na temat Dynowskiej. Okazuje się, że agenci podejrzewali ją o współpracę z francuskim wywiadem (od 1947 r. była obywatelką Indii). „Gdy przyjechała do Polski, chciała działać, wywrzeć jakiś wpływ, przekazać coś z duchowej kultury Indii, ale zaraz po przyjeździe została otoczona przez służby »panów w garniturach o bladoniebieskich oczach« – wspominał jej perypetie Leon Cyboran, jeden z najwybitniejszych indologów polskich. – Rozeszły się słuchy, że Dynowska kradnie. Co kradnie? Srebro, złoto, dolary! Aby to wyjaśnić, uciąć te oszczerstwa, wziąłem ze sobą kolegę na świadka i pojechałem, aby wyjaśnić zajście. W wyniku przeprowadzonych rozmów okazało się: podczas przyjęcia, na którym była obecna Dynowska, zginęła srebrna łyżeczka”...

Wdzięczny Dalajlama

Od  1960 r. Dynowska zaangażowała się w kolejne wielkie przedsięwzięcie – pomoc Tybetańczykom, uciekającym do Indii z ich kraju, okupowanego przez wojska ChRL. Bardzo możliwe, że to ona i Frydman wpłynęli na decyzję premiera Nehru – starego znajomego z czasów walk o niepodległość Indii – o przyjęciu tybetańskich uchodźców. Ruszając do położonej w północnych Indiach Dharamsali, tymczasowej stolicy Tybetańczyków i siedziby emigracyjnego rządu Dalajlamy, Dynowska pisała: „ludzie w sześćdziesiątym roku życia idą na emeryturę, a ja w siedemdziesiątym trzecim zacznę nową dziedzinę pracy”. 

Mieszkała w skromnych warunkach. Pomagała organizować niezbędne do przetrwania narodu instytucje: szkoły, internaty, wioski dziecięce itp. Jej tybetańscy wychowankowie wspominają ją jako Babcię Moli lub „Amę”, czyli Mamę. Dynowska była pod wrażeniem  kultury Tybetańczyków – „bez względu na klasę społeczną, tj. od najbardziej uczonych zakonników do najskromniejszych tragarzy, nianiek”. Podkreślała, że nie wiedzą co to nienawiść, chęć zemsty, zła wola; nie piją, nie palą, nie kradną, nie kłócą się... 

Bliski kontakt z Dalajlamą i jego najbliższym otoczeniem  zaowocował przejściem Dynowskiej na buddyzm lamaistyczny. Jednak ona sama także miała wpływ na duchowego przywódcę Tybetańczyków – o czym świadczą wspomniane na wstępie słowa Dalajlamy. 

Śmierć symboliczna

Choć pochłonięta tragedią Tybetańczyków, Dynowska marzyła o powrocie do Polski. Jednak w 1970 r. jej stan zdrowia zaczął się gwałtownie pogarszać: „Pies [tak nazywała swoje ciało – przyp. red.] wytrzymał podróż z Upper Dharamsala do New Delhi, ale jest na wpół przytomny”. Czując się coraz gorzej, przeprowadziła się do klasztoru w Mysore. Odwiedzali ją zarówno tybetańscy lamowie i mnisi, jak i katoliccy księża oraz zakonnice. Dynowska powoli żegnała się ze wszystkimi, stopniowo zaczynała odmawiać przyjmowania leków i pogrążała się w medytacji. Swoje cierpienie wewnętrzne łączyła z tragedią Tybetu. Zmarła 20 marca 1971 r., po mszy odprawionej przez polskiego księdza Mariana Batogowskiego. Podobno odeszła z tego świata – medytując, w klasycznej pozycji jogi. Ubrana była wtedy w tradycyjny hinduski strój sari… 

Wokół jej śmierci jest jednak wiele kontrowersji. Z jednej strony istnieje relacja ks. Batogowskiego, jakoby umierająca Dynowska „poprosiła o mszę św. w swoim pokoju, odbyła spowiedź z całego życia, przyjęła sakramenty święte” i zmarła „bardzo rozmodlona”. Z drugiej strony niektóre źródła mówią, że chciano ją „odwrócić od religii i duchowości Wschodu, ale było to nieudane”. Pewne jest natomiast, że zgodnie z ostatnią wolą Dynowskiej, Tybetańczycy zabrali jej ciało do leżącej nieopodal kolonii tybetańskiej w Bylakuppe. Tam odbyły się uroczystości pogrzebowe w tradycji buddyzmu lamaistycznego, połączone z kremacją jej ciała. Ku pamięci Dynowskiej zbudowano tam stupę – buddyjską kapliczkę – o nazwie Tenzin Chodon („Pani Lampa”) dla uczczenia tybetańskiego imienia Polki. 

„Jej życie i praca były pięknym mostem między Zachodem a Wschodem, mostem, po którym nie szły czołgi, ale zwyczajna ludzka dobroć i miłość” – podsumował dorobek życiowy Dynowskiej wspomniany ks. Batogowski. Zdaniem indologa Leona Cyborana „to była prawdziwa joginka i mistyczka, bez jakichkolwiek wątpliwości”.