Nie słynę ze zbytniej wylewności w sprawach osobistych i rodzinnych. Życie mnie tego nauczyło, bo rodzina była nieraz pod obstrzałem i musiałem ją chronić. No ja, jak ja. Głównie moja żona. I to właśnie o kobietach mam pisać. Musiałbym się tłumaczyć w domu, gdybym nie napisał o swojej żonie. Tym bardziej że moja żona Danuta ma mi za złe, że w globalnym świecie zamieniłem ją na komputer i Internet. Ja na pocieszenie odpowiadam, że wiele rzeczy powinno podlegać globalizacji, ale swojej żony zglobalizować nie dam.

Zanim pojawiła się żona, była matka. I tylko ją znałem, bo ojca straciłem, jak miałem dwa lata. I kto wie, jak potoczyłaby się moja historia, gdyby żył. Zajmował się budowlanką i pewnie krótko by mnie trzymał. Zostałbym raczej dyrektorem stoczni, a nie prezydentem. A wcześniej nie byłbym robotnikiem i elektrykiem strajkującym przeciwko dyrektorowi. To mama mnie kształtowała. I to na bardzo prostych zasadach. Na dekalogu. To wychowanie było dość skuteczne, chociaż nie tak twarde, jak mogłoby być ojcowskie, jakiego nie poznałem. Mama dawała mi swobodę, z której korzystałem. Nieraz także w gorszy sposób. Ale zawsze w tym samym celu. Żeby być pierwszym. Pierwszym w złych nawykach, w ucieczkach z internatu czy w paleniu. Później, kiedy zrozumiałem pewne rzeczy, starałem się raczej przodować w innych tematach. I tak mi, niestety, zostało – potrafię być tylko pierwszy. Nie wszystkim się to oczywiście podoba. A jeśli nie mogę być pierwszy, usuwam się zupełnie na bok, bo drugie miejsce mnie nie interesuje. No, chyba że w domu, bo „w Gdańsku rządzę ja” – usłyszałem wiele lat temu od żony. To ona przejęła całość władzy w domu, w rodzinie, i do dziś jej nie odbiłem. I to już się chyba nie uda.

W wyborze żony też byłem pierwszy. Wyprzedziłem sam siebie, bo ledwo mama mi powiedziała: Ty już stary jesteś, 27 lat masz, trzeba się żenić, wnuki chcę zobaczyć, a ja zdążyłem odpowiedzieć, że mnie to nie dotyczy. Wystarczył jeden strzał Amora i trafiony-zatopiony. Długo się nie zastanawiałem. I tu też się nie pomyliłem. Nie wiem, czy jakaś inna kobieta wytrzymałaby z Wałęsą. Z mężem, którego nie ma, który jest bardziej dla świata, dla polityki, z ojcem, który nie wychowuje. Te domowe ciężary leżały zawsze na jej barkach. A ja dorzucałem jej inne.

Historia pokazała, że żona moja potrafił poradzić sobie nie tylko w domu z dziećmi. W sprawach publicznych też. Dużo lepiej niż się spodziewałem, wywiązała sie z zadania odebrania wraz z najstarszym synem Pokojowej Nagrody Nobla. Musiała to mocno przeżywać, ale zrobiła to z wielką godnością. Ja usunąłem się wtedy na bok. Wyjechałem gdzieś na ryby, bo czułem, że ciśnienie mediów będzie tak wielkie, że trudno będzie wytrzymać. Nie mogliśmy z żoną za dużo rozmawiać i ustalać każdego kroku, bo od wielu lat miałem w domu podsłuch. Nauczyliśmy się z nim żyć, więc minimalizowałem ilość przekazywanych informacji. Ustaliliśmy więc, że pojedzie żona, i nic więcej. No, jeszcze, żeby ktoś był przy niej, wspierał. Pojechał najstarszy syn. Po cichu przyznam, że syn pojechał także dlatego, ponieważ zawsze byłem o nią zazdrosny. Ja słuchałem relacji z uroczystości, fragmentów, u księdza Jankowskiego. Cieszyłem się, chociaż ostrożnie, bo takie rzeczy spokojnie zawsze przeżywałem. Powiedziałem nawet, że wtedy drugi raz zakochałem się w żonie. Ale później, dla wyrównania, powiedziałem jej po powrocie, że oceniam występ na trzy z plusem. Do dziś ma o to do mnie pretensję. Pięknie to zrobiła, dobrze to wyszło.

Jestem człowiekiem starej daty i zawsze mi się wydawało, że wielką politykę robili głównie mężczyźni. Zadanie i powołanie kobiety widziałem w domu, z dziećmi. I tu trochę się pomyliłem. Kobiety w polityce naprawdę mogą wiele. I to często mądrzej niż my. Zauważyłem, że jeśli już kobieta decyduje się na drogę polityczną, to zazwyczaj z dobrym skutkiem. Mają chyba w sobie taką naturalną kompromisowość, kobiecą troskę, bardziej niż skłonność do walki. Ale to wynika właśnie z natury. Dom przecież trzeba pokojowo prowadzić, a konflikty łagodzić. To musi procentować w praktyce. Inna rzecz, że działając w polityce, muszą mieć twardszy kark niż wtedy, gdy zajmują się tylko domem.

Nie chcę podawać przykładów życiowych bohaterek. Dwa powyższe to już dużo. I to nie tylko dlatego, że bohaterek mamy wiele. Też dlatego, że grają w różnych kategoriach. Mamy do czynienia z jednoboistkami, które świetnie sobie radzą z dziećmi i nie czują ciągu do innych spraw. Albo świetnie im idzie w pracy czy realizują się w polityce. Są też wieloboistki. Mają wzorowy dom, dobrze wychowane dzieci, błyszczą w pracy i oddane są pracy społecznej. Takie też znam. Niech mi będzie wolno oddać hołd jednej z takich wieloboistek, z którą spotkałem się w życiu. Odeszła niedawno w zacnym wieku 105 lat śp. Luciana Frassati-Gawrońska. Uczestniczyłem przed paroma dniami w mszy św. w jej intencji w kościele sióstr Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. I uświadomiłem sobie, ile kobieta jest w stanie dać światu, mając kilkoro wspaniałych dzieci, które wyrosły na patriotów, na przykładnych obywateli – swoich Ojczyzn i świata. Nie zapominała o słabszych, potrzebujących, a dla sprawy innych wykorzystywała wszystkie swoje talenty i spryt – nawet przekonywała Mussoliniego, żeby odpuścił zło chociaż na chwilę i wstawił się za polskimi profesorami. Gdzie trudno, tam kobietę, taką kobietę-wieloboistkę, posłać. A takich jest wiele. Wystarczy dobrze się rozejrzeć. Wśród naszych matek, żon, sióstr. I od razu człowiek pokornieje.

Lech Wałęsa