Chorujemy na zespół deficytu natury – twierdzi amerykański pisarz Richard Louv. Ukuł ten termin w 2005 roku, by w książce „Ostatnie dziecko w lesie” opisać pogłębiającą się przepaść między współczesnymi młodymi Homo sapiens a przyrodą. Tak zdefiniował nową dolegliwość: „zanikająca świadomość, osłabienie zdolności do odnajdywania sensu w przejawach życia, które nas otacza”. Louv odkrył, że kiedy zabierzemy dzieci do lasu, osłabiają się u nich objawy zespołu deficytu uwagi, współczesnej plagi najmłodszych.

Od tego czasu przeprowadzono wiele badań, które pokazały, że Louv się nie mylił. Dziś wiemy, że duże okna w klasach polepszają wyniki standardowych testów u uczniów i zwiększają ich szanse na dostanie się na studia, natomiast ograniczają ryzyko, że dzieciaki wejdą w konflikt z prawem. Pacjenci na oddziale chirurgii w salach z oknami, za którymi są drzewa, zdrowieją szybciej niż ci, którzy za szybą widzą ścianę z cegieł. Pierwsi to skarb dla personelu. Potrzebują mniej leków przeciwbólowych i rzadziej skarżą się na pielęgniarki. Wiemy też, że w zielonych dzielnicach wielkich miast mieszka mniej osób otyłych niż w zabetonowanych.

Louv doszedł do wniosku, że deficyt natury dotyczy nie tylko dzieci. Na dodatek ciągle się pogłębia. Zdaniem amerykańskiego pisarza odnowienie kontaktu ludzi z przyrodą ma fundamentalne znaczenie dla naszego zdrowia, dobrostanu i ducha, a także dla przetrwania człowieka jako gatunku. Obcowanie z naturą wzmacnia odporność, wyostrza zmysły i inteligencję, poprawia zdrowie fizyczne oraz psychiczne i dobrze wpływa na relacje społeczne. Z naturą, a nie z technologią – jak dzieje się coraz częściej. Cudowna wolność, jaką w sferze komunikacji dają nam smartfony i tablety, ma swoją cenę. Wysoką. Oto rachunek: otępienie zmysłowe, odwrażliwienie, osłabione ciało i umysł.

Beton na zmysłach

Odcięci od natury zatracamy coraz więcej zdolności, w które wyposażyła nas przez miliony lat ewolucja. Utrwalamy też obraz nas samych jako istot podejmujących decyzje pod wpływem myśli oraz uczuć. Co sprowadza się często do działania pod dyktando ego, nakręcanego zestawem pragnień wdrukowanych nam przez kulturę, jej instytucje i przesądy. 

Diane Ackerman, autorka  „Naturalnej historii zmysłów”, twierdzi jednak, że umysł nie znajduje się wyłącznie w mózgu. Dzięki enzymom wędruje swobodnie po ciele. To umysł budzi w nas doznania smaku, dotyku, węchu, a jednocześnie od nich zależy. Paranormalne zdolności obserwowane u ludów takich jak aborygeni mogą wcale nie być paranormalne. Być może są to zdolności, które ludzki umysł ma na fabrycznym wyposażeniu, a które – zaniedbane – zanikły u współczesnego człowieka. Zanim w grudniu roku 2004 tsunami uderzyło w nabrzeża Indii, zabijając tam ponad 10 tys. ludzi, „pierwotni” mieszkańcy Andamanów – członkowie plemienia Jarawa – uciekli w bezpieczne miejsce razem ze zwierzętami z dżungli. Skąd wiedzieli, że zbliża się zagrożenie? Odbierali doznania, które człowiek z miasta ignoruje, bo nie rejestruje ich jego otępiała wrażliwość. 

Jay Gottfried z Northwestern University w Bostonie ustalił, że w niewielkim stopniu wykorzystujemy nasze możliwości zmysłowe, na przykład węchowe. Nigdy nie będziemy zdolni posługiwać się węchem tak dobrze jak psy, ale możemy to robić znacznie lepiej niż teraz. Nie jesteśmy w stanie odbierać ultradźwięków tak dobrze jak nietoperze, ale możemy nauczyć się odczuwać i interpretować wibracje w ciele – czyli posiąść sztukę, która zanikła w naszych czasach.

Wielkie ludzkie możliwości węchowe udowodniły badania przeprowadzone na niezastąpionych amerykańskich studentach. Gottfried zasłonił im oczy goglami, zatkał uszy i założył na ich dłonie grube rękawice. Zostawił im puste nozdrza, można podejrzewać jednak, że wcale nie w trosce o niezbędną dawkę tlenu. Chciał, żeby studenci wąchali. Rezultat? Badani szybko nauczyli się wyczuwać perfumy o zapachu czekolady z odległości 10 metrów, a nawet podążać precyzyjnie zygzakowatą ścieżką wyznaczoną przez tę woń.

Przy okazji wyszło na jaw, że używanie dwóch nozdrzy znacznie zwiększa nasze możliwości odtwarzania obrazu rzeczywistości za pomocą powonienia. Tak jak w przypadku oczu, mózg konstruuje dzięki temu poszerzony obraz świata – to jak wąchanie w stereo. Studenci z zaklejonym jednym nozdrzem dowiedli tego ponad wszelką wątpliwość. Inny wniosek z tych badań – zdolności węchowe można poprawiać. Podobnie jak zdolności innych naszych zmysłów.

Nie wyostrzymy  jednak zmysłów nad laptopem, przed telewizorem ani w centrum handlowym. Takie środowisko sprzyja ich otępieniu. Amerykanie przez  18 miesięcy badali, jacy żołnierze najlepiej nadają się na saperów. Wniosek: mieszkańcy wsi, najlepiej ci, którzy często w przeszłości polowali. Mają zdolność łączenia głębi postrzegania z widzeniem peryferyjnym i innymi niezbadanymi czynnikami, które na razie nazwano instynktem. Żołnierze z miasta, których dzieciństwo upłynęło na grach komputerowych, widzą świat płasko, jakby rzeczywistość istniała na ekranie.