Ostrygojad – ptak, którego nazwa podpowiada mu, co ma zjeść na obiad – również musi dokonywać wyboru za każdym razem, gdy do dzioba bierze muszlę. Jego dylemat polega na tym, że małże są duże i małe. Małe łatwiej otworzyć, ale i pożywienia w nich mniej. Duże trudniej rozłupać, za to przekąska z nich bardziej kaloryczna. Biorąc pod uwagę koszt posiłku, czyli wysiłek związany z dobraniem się do małży, i zysk z niego, czyli kaloryczność, naukowcy stworzyli model optymalnego żerowania. Wynika z niego, że ostrygojad najlepiej zrobi, jeśli będzie wybierał średnie muszle – nie za małe, ale i nie za twarde. A co ostrygojady na to? Jakby znały wyniki badań – wybierają najczęściej właśnie takie małże. Nie jest to oczywiście przypadek. Im lepiej odżywiony ostrygojad, tym więcej zostawi po sobie potomstwa, które także wybierać będzie optymalnej wielkości małże.

Sprawa jednak komplikuje się, jeśli cenionego posiłku jest znacznie mniej niż małowartościowego. Wyjec, nieduża małpa z Ameryki Południowej, żywi się liśćmi. Wydawać by się mogło, że w dżungli jest ich pod dostatkiem. Jednak wyjec ceni sobie najbardziej te, które zawierają najmniej toksyn, a zarazem są najbardziej pożywne. Preferowane przez niego drzewa rosną znacznie rzadziej niż drzewa z mniej atrakcyjnymi liśćmi. Co powinien robić wyjec w tym przypadku? Teoria mówi, że im więcej „dobrych” drzew w okolicy, tym częściej zwierzę powinno omijać „gorsze” drzewa i wyruszać na dalsze poszukiwania. A więc wypuszczać wróbla z garści i szukać kanarka na dachu.

Eksperyment rozstrzygający tego typu dylemat został niedawno przeprowadzony na bakteriach i atakujących je wirusach, czyli bakteriofagach. Bakteria jest dla faga tym, czym drzewo liściaste dla wyjca. Dylemat, przed którym stoi wirus, to wybór, którą komórkę zaatakować – każdą napotkaną czy tylko tę, którą łatwo zdobyć? Okazuje się, że gdy „łatwych” komórek jest dużo, bakteriofagi zdecydowanie wolą wypuścić wróbla z garści – nie tylko pomijają trudniejszą do „rozgryzienia” zdobycz, ale także skracają sobie okres namnażania, by ich potomstwo mogło jak najszybciej dobrać się do kanarków.

Teorii optymalnego żerowania nie znali za to wikingowie, którzy dobili do wybrzeży Grenlandii. Przywieźli tam swoje ulubione źródła białka – świnie, owce, kozy, krowy. Bardzo szybko jednak okazało się, że zwierzęta te szalenie trudno utrzymać na wyspie. I choć wartościowego pożywienia było pod dostatkiem w morzu, osadnicy uparcie trzymali się zwierząt lądowych. Teoria optymalnego żerowania podpowiadała, że należało zrezygnować z kanarka i przerzucić się na wróbla. Ale wikingowie tego nie wiedzieli – zjedli wszystkie swoje stada, zostawiając ryby i foki w spokoju, i wkrótce ich grenlandzka kolonia opustoszała...