Początkowo, ten strajk nauczycieli niezbyt mi się podobał. Mam dwóch chłopaków w domu i nagłe zamknięcie szkoły stanowi nielichy kłopot. Co zrobić z tymi małymi potworkami? Jestem pisarzem, pracuję w domu, więc jakoś ogarnąłbym ten ambaras. Inni, ganiającym do roboty rodzice, mają poważny kłopot. Opiekunka kosztuje. Babcię czy też ciocię trzeba uprosić. Nic miłego.

Sądziłem, że nauczyciele są uprzywilejowani, pracują dwadzieścia godzin w tygodniu i mają trzy miesiące urlopu. W gruncie rzeczy nawet nie wiem ile godzin dziennie ja pracuję. Jesteśmy bardzo prędcy w rozliczaniu innych.

Potem naszła mnie refleksja. Ostatni raz nauczyciele strajkowali gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych. Chodziłem wtedy do ogólniaka i strasznie cieszyłem się z wolnych dni. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi, radowała mnie wyłącznie perspektywa braku lekcji. Który był to rok? 1993? Strajk co ćwierć wieku to naprawdę niewiele i da się go znieść, nawet jeśli padniemy na kolana przed teściową.

Wiele zawdzięczam nauczycielom

Wspominając tamten strajk i szkołę uświadomiłem sobie, jak wiele zawdzięczam nauczycielom. Było ich wielu, ale chciałbym tutaj wymienić dwie osoby, z imienia i nazwiska. Pani Elżbieta Gidlewska z ogólniaka życzliwie odniosła się do zbuntowanego, odzianego w czerń młodzieńca, którym wtedy byłem. Pyskowałem, schlałem się na wycieczce szkolnej i nieustannie udowadniałem swoją wyższość nad gronem pedagogicznym. Trudno ze mną było. Pani Gidlewska wzięła mnie w obroty, jednocześnie szanując moją wolność. Rozumiała, że jestem trochę inny niż reszta młodzieży i szukam czegoś szczególnego. Pokazała, że można zachować indywidualność przy jednoczesnym poszanowaniu norm społecznych. Podrzucałem jej też swoje pierwsze, idiotyczne próby pisarskie. Lubię myśleć, że dostrzegła we mnie zapowiedź człowieka którym teraz jestem. Na pewno zaś nie byłbym nim, gdyby nie Ona.

Pokazała, że można zachować indywidualność przy jednoczesnym poszanowaniu norm społecznych.

Pani Olejarczyk z podstawówki nauczyła mnie matematyki. Wierzgałem strasznie. Była silniejsza i cisnęła mnie tak długo, aż się naumiałem. Do dzisiaj znam matematykę. Nie jakoś specjalnie dobrze. Potrafię jednak błyskawicznie obracać liczbami w głowie. W dawnych czasach, gdy biesiadowaliśmy w knajpach nie raz łapałem kelnera na oszustwie. Wystarczyło, żebym spojrzał na rachunek. Z umowami i kontraktami mam podobnie. Nikt mnie nie przekręci, bo znalazł się dobry, cierpliwy człowiek, który nauczył mnie matematyki.

Ile dziś zarabiają te dwie panie, ci wspaniali nauczyciele?

3317 brutto, czyli jakieś dwa i pół koła na rękę. Stażysta bierze dziewięćset złotych mniej. Trudno powiedzieć jak przeżyć za taką forsę, nie wyobrażam sobie też frustracji, jaką rodzi tego rodzaju wynagrodzenie. Człowiek, który zarabia tyle nie ma szans na samodzielne życie. A przygotowuje przecież dzieci do samodzielności. Może powinienem tutaj się wściec, tylko nie potrafię. Ogarnia mnie rezygnacja, smutek i jakaś niechęć do kraju, gdzie mieszkam i pewno wykorkuję.