W 1710 r., kiedy w pobliżu Siemiatycz szalała epidemia „morowego powietrza”, wierni – idąc za radą starca, który miał ponoć objawienie – zaczęli stawiać na górze wotywne krzyże. Prosili o ocalenie, a ich modlitwy zostały wysłuchane. Od tej pory kontynuowana jest tradycja przynoszenia przez pielgrzymów krzyży na Grabarkę. Przez trzy wieki powstał z nich prawdziwy las. Stoi tam około 10 tys. krzyży. Na Grabarce wzniesiono też kaplicę, a potem cerkiew Przemienienia Pańskiego – przerabianą i powiększaną przez kolejne stulecia. Przetrwała wojny, ale w nocy z 12 na 13 lipca 1990 r. stanęła w płomieniach. Pożar przetrwała tylko jedna ściana, dwie ikony i Ewangelia. Podpalaczem okazał się mężczyzna z pobliskiej wsi, będący akurat na przepustce z więzienia. Chciał ukraść samochód, ale kiedy w okolicy cerkwi takowego nie znalazł, „z zemsty” podpalił świątynię... Nie ma więc zagadki kryminalnej. Nie ma też widocznych śladów po dramacie, ponieważ cerkiew skwapliwie odbudowano. W powietrzu unosi się zagadkowa aura, a las krzyży – zdumiewa.

Góra kilkaset metrów od wsi Grabarka, 12 km na wschód od Siemiatycz.

Drohiczyn - zapomniana stolica

Drohiczyńska katedra, choć wzniesiona na przełomie XVII i XVIII w., kojarzy się z tradycjami o wiele starszymi. Świadczy o niezwykłym znaczeniu miasteczka, które dziś ma tylko trochę ponad 2 tys. mieszkańców, ale kiedyś było historyczną stolicą Podlasia. To prawdopodobnie w miejscu katedry stał w XIII w. kościół Braci Dobrzyńskich – jedynego „polskiego” zakonu rycerskiego. To w nim w 1253 r. został koronowany na króla Rusi (jedynego w historii!) Daniel Halicki. Był „papieskim” władcą. Kto wie, czy Ruś nie zbliżyłaby się bardziej do Rzymu, gdyby Daniel nie musiał wciąż walczyć i uciekać? Kto wie, jak wtedy wyglądałby dzisiejszy Drohiczyn – ta zapomniana królewska stolica? Podczas II wojny światowej czerwonoarmiści zerwali posadzki w katedrze, oczyścili zabytkowe grobowce z kosztowności, a potem w budynku urządzili stajnię. Świątynia przetrwała, jak i Drohiczyn, choć wiele straciły z dawnej chwały.

Drohiczyn, katedra pw. Trójcy Przenajświętszej, ul. Kościelna 10 A.

Treblinka - kamień na kamieniu

Pozostałości obozu śmierci Treblinka II są straszliwym i realnym dowodem zamierzeń i zbrodni hitlerowskich. Od lipca 1942 do listopada 1943 r. wymordowano tu ponad 800 tys. ludzi. To największe, obok Auschwitz-Birkenau, miejsce zagłady Żydów. To także w Treblince 2 sierpnia 1943 r. wybuchł bunt ponad 800 więźniów. Większość zginęła z rąk strażników. Tylko nielicznym udało się uciec i przeżyć. Jednym z nich był Samuel Willenberg, dziś rzeźbiarz, mieszkający w Izraelu. W swej książce „Bunt w Treblince” opisał, jak więźniowie chwycili za broń przeciw swym katom, jak postawili obóz w płomieniach. „Piekło spalone!” – krzyczał po udanej ucieczce, gdy w lesie przypadkowo spotkał jakąś miejscową dziewczynkę. Rok później walczył w powstaniu warszawskim, potem w partyzantce. W tym czasie hitlerowcy zatroszczyli się już o usunięcie śladów po obozowych zabudowaniach. Próbowali też zatuszować inne dowody zbrodni: zwłoki zamordowanych wykopywali i palili na rusztach, a popiół mieszali z piaskiem i ponownie zakopywali. Potem teren zaorano i obsiano łubinem. Ślady zacierano także w innych obozach zagłady na ścianie wschodniej: w Bełżcu i w Sobiborze. Nikt nie miał dowiedzieć się prawdy.

Dziś na terenie byłego obozu Treblinka II można zobaczyć symbolicznie zrekonstruowane tory i rampę, monument (w miejscu, w którym prawdopodobnie stały komory gazowe), symboliczne miejsce palenia zwłok oraz muzeum – z garścią rzeczy, które przetrwały po pomordowanych i katach. Największe wrażenie robi jednak cmentarz ofiar – również symboliczny. Złożony jest z tysięcy kamieni z wyrytymi nazwami miejscowości, z których przywieziono Żydów do Treblinki. Wśród nich kamień z nazwiskiem Janusza Korczaka, który zginął w tym właśnie obozie w sierpniu 1942 r. wraz z 200 swoimi małymi podopiecznymi z sierocińca w warszawskim getcie. Niewiele brakowało, aby wszelkie materialne pozostałości po zbrodni, ofiarach i zbrodniarzach znikły, jakby nigdy nic się nie stało. Wciąż toczy się proces ws. ludobójstwa, w którym oskarżony jest sędziwy już Iwan Demianiuk, od lat wymykający się wymiarowi sprawiedliwości. Podejrzewano, że był „Iwanem Groźnym” – ukraińskim strażnikiem na usługach nazistów m.in. właśnie w Treblince. Brakuje jednak na to dowodów. Być może Demianiuk zostanie skazany, choć nie za Treblinkę. Jego domniemany udział w tej zbrodni zapewne pozostanie niewyjaśniony.

Obóz zagłady Treblinka II, 4 km od wsi Treblinka, na południe od Małkini, między wsiami Prostyń i Poniatowa

Liw - zamek intryg

 

Z ruinami XV-wiecznego zamku w Liwie łączy się mroczna afera kryminalna z XVIII w. oraz ekscytująca historia zuchwałej dezinformacji z czasów II wojny światowej. Dwa i pół wieku temu żył na zamku kasztelan Michał Kuczyński z żoną Ludwiką z Szujskich. Jej – niezbyt piękny – portret znajduje się w zamkowym muzeum. Warto go zobaczyć, bo właśnie wokół tej kobiety wybuchła afera. Kuczyński podarował żonie cenny pierścień z brylantem. Ten jednak zaginął, więc kasztelan dał nowy. Ale ten także zniknął. Kuczyński zaczął podejrzewać małżonkę o niewierność. Myślał, że Ludwika obdarza błyskotkami swoich kochanków! Kiedy podarował trzeci pierścień, a ten także przepadł, nie miał już wątpliwości. Kobieta stanęła przed sądem. Nie przyznała się do zdrady, ale sędziowie – głównie znajomi jej męża – wzięli oczywiście jego stronę. W efekcie kat skrócił Ludwikę o głowę. „Egzekucji dokonano przy kamieniu, który do dziś leży pośrodku dziedzińca. Kat zawadził mieczem o ten kamień, zostawiając wyraźną rysę” – opowiada „Focusowi” Roman Postek, dyrektor Muzeum Zbrojowni na Zamku w Liwie. Szkoda, że kasztelan tak pospiesznie osądził żonę, bo pierścienie wkrótce odnaleziono w gniazdach srok złodziejek. Niepocieszony Kuczyński rzucił się z rozpaczy z wieży (jak zapewnia Roman Postek, właśnie z tej, która przetrwała!). A duch Ludwiki przechadza się ponoć do tej pory po ruinach – w tej samej żółtej sukni, jaką miała podczas egzekucji... Może nie przetrwałaby już ta legenda, gdyby nie pewna afera, dzięki której resztki zamku w Liwie w ogóle się zachowały. Podczas II wojny światowej hitlerowcy planowali rozebrać obiekt, a materiał wykorzystać do budowy obozu śmierci w Treblince. Wówczas na genialny pomysł wpadł polski archeolog Otto Warpechowski. Bezczelnie wmówił Niemcom, że zamek w Liwie wybudowali Krzyżacy. W ten sposób nie tylko uchronił zabytek przed rozbiórką, ale zapewnił mu jeszcze – jako dowodowi germańskiej wyższości nad Słowianami – materiały na renowację. Po paru latach, gdy teoria Warpechowskiego zaczęła się niebezpiecznie chwiać, archeolog uciekł. Potem walczył i zginął w II Armii WP. Jak wynika z dokumentów, został przypadkiem trafiony serią z broni podczas pijackiej burdy między radzieckimi oficerami. Zamek przetrwał, a wraz z nim pamięć o niezwykłej odwadze Warpechowskiego. „Mamy w muzeum informacje i publikacje na jego temat” – mówi Roman Postek, zachęcając do zapoznania się z historią życia archeologa ryzykanta.

Wieś Liw, 74 km na północny wschód od Warszawy; kamień na zamkowym dziedzińcu i eksponaty w przyległym dworku, ul. Batorego 2.

Kock - polec jak Berek pod Kockiem

Co znaczy „polec (leżeć) jak Berek pod Kockiem”? Rzecz całą wyjaśni nam przydrożna mogiła pod miastem. To kopiec z grobem Berka Joselewicza, żydowskiego pułkownika wojsk polskich, który zginął, walcząc z Austriakami pod Kockiem w maju 1809 r. Przeprowadził atak zakończony klęską – stąd powiedzenie. Joselewicz był świadkiem rewolucji francuskiej, potem uczestniczył w powstaniu kościuszkowskim. W 1794 r. zorganizował Pułk Lekkokonny Starozakonny (jak twierdzą niektórzy, pierwszą z prawdziwego zdarzenia żydowską formację zbrojną od czasu upadku Masady, zdobytej przez Rzymian w roku 73!). Berek bronił ze swoim oddziałem warszawskiej Pragi. Potem trafił do Legionów Polskich we Włoszech, a następnie z Napoleonem wrócił do ojczyzny. Został odznaczony Legią Honorową i orderem Virtuti Militari. Na kamieniu obok kopca, usypanego w setną rocznicę śmierci, wyryto napis: „Nie szacherką nie kwaterką lecz się krwią dorobił sławy”. Ówcześni Żydzi rzadko wybierali karierę wojskową. Nie omieszkano więc im tego wytykać, nawet w zaprzeczających stereotypowi okolicznościach.

1,5 km na południowy zachód od Kocka, przy trasie na Białobrzegi.

Kodeń - porwanie Matki Boskiej

Centralne miejsce w tutejszej bazylice zajmuje duży obraz Matki Bożej Kodeńskiej, będący malarską kopią słynnej hiszpańskiej rzeźby Matki Bożej z Guadalupe. Znalazł się na Podlasiu w niecodziennych okolicznościach. Do dziś pozostaje tajemnicą, czy został kupiony w Hiszpanii, czy... ukradziony papieżowi! Miało to wyglądać następująco. Około 1630 r., kiedy książę Mikołaj Sapieha budował świątynię w Kodniu, został nagle sparaliżowany. Żona przekonała go, aby pojechał w intencji uzdrowienia do Rzymu. Tam książę uzyskał audiencję u papieża Urbana VIII, który w swojej kaplicy pokazał mu obraz Matki Boskiej. Stan zdrowia Sapiehy nagle się poprawił. Uznał, że to zasługa cudownego obrazu. Poprosił więc papieża, aby pozwolił mu zabrać Matkę Boską ze sobą. Urban VIII się nie zgodził, a Sapieha oczywiście nie miał zamiaru pogodzić się z odmową. Przekupił więc zakrystiana i przy jego pomocy wykradł obraz. Książę uciekał konno do Polski z Matką Boską, a „papiescy” za nim. Co więcej, Urban VIII użył broni dalekiego zasięgu – cisnął w Sapiehę klątwą. Ale książę i tego się nie przestraszył. Dowiózł obraz do Kodnia i tam umieścił go w bazylice. Z czasem pojednał się też z papieżem, wyruszył na pokutę do Rzymu i jeszcze przywiózł stamtąd mnóstwo cennych relikwii, przechowywanych do dziś w sanktuarium. Zyskał nawet miano „Pobożnego”... A cudowny obraz został już w Polsce. W 1723 r. został zwieńczony papieskimi koronami. Do dziś trwają spory, czy pochodzi z XVII w. z Hiszpanii, czy też wykonano go na zlecenie papieża Grzegorza I aż piętnaście wieków temu.

Kodeń, ok. 15 km na południe od Brześcia, bazylika św. Anny, ul. Rynek 1; www.koden.com.pl