Wzbudzają współczucie, wykorzystują naszą naiwność i zapadają się pod ziemię. Internetowi oszuści

Amina, syryjska blogerka, o której uwolnienie walczyły tysiące internautów. Sparaliżowany Dave, którego podnosiły na duchu tysiące twitterowych znajomych. Nastolatka, z którą śmierć wcześniaka opłakiwało 400 rodziców. Wszyscy ci ludzie mają ze sobą coś wspólnego

6 czerwca 2011 roku Sandra Bagaria, mieszkająca w Kanadzie Francuzka, dostaje maila, który na zawsze zmieni jej życie. „Proszę, usiądź, zanim to przeczytasz” – pisze do niej Rania Ismail, kuzynka Aminy Arraf, z którą Sandra od pół roku ma gorący internetowy romans. Jej ukochana, jak donosi Rania, została uprowadzona przez trzech uzbrojonych mężczyzn, gdy zmierzała na spotkanie z grupą syryjskiej opozycji. Koszmar, o którym Sandra śniła od kilku miesięcy, odkąd antyrządowe protesty w Syrii zamieniły się w regularną wojnę domową, staje się jawą. Sandra wie też, że zrobi wszystko, by uwolnić Aminę.   

 

Uwolnić Aminę!

Zwłaszcza że Amina to „żywy symbol syryjskiej rewolucji”. Od lutego 2011 roku prowadzi bloga „A gay girl in Damascus” (Lesbijka z Damaszku). Ryzykuje, nie tylko ujawniając swą orientację seksualną, ale przede wszystkim opisując, jak rodzi się w Syrii rewolucja i jak rząd krwawo ją tłumi. „Byłam batożona, traktowana gazem łzawiącym, odwiedzana przez tajną policję” – wylicza na blogu. 26 kwietnia w poście „Mój ojciec bohater” opisuje, jak tata ochronił ją przed aresztowaniem przez tajną policję. Jej słowa cytują wszystkie zachodnie media. Wkrótce ucieka z Damaszku, ale nie przestaje pisać. „Blogowanie jest dla mnie formą bycia nieustraszoną” – argumentuje, a jej walce kibicują tysiące internautów.

W noc po aresztowaniu rozpoczęta przez Sandrę akcja „Uwolnić Aminę Arraf” zyskuje 10 tys. lajków na Facebooku i lotem błyskawicy rozprzestrzenia się po blogosferze i mediach, które zwracają się do rządu USA. Podkreślają, że Amina, pochodzącą z syryjsko-amerykańskiej rodziny, ma podwójne obywatelstwo i należy jej się pomoc rządu. Z całego świata płyną do Aminy słowa otuchy. 

Na podobne wsparcie może liczyć 24-letni David Rose, który mimo głuchoty i czterokończynowego porażenia mózgowego niemal nadludzkim wysiłkiem prowadzi bloga „Dave on wheels” („Dave na kółkach”), wystukując słowa na specjalnym komputerze Tobii sterowanym wzrokiem. Jego pełne optymizmu wpisy tylko na Twitterze śledzi ponad 8 tys. osób. W październiku 2012 roku stan chłopa-ka gwałtownie się pogarsza, a on sam trafia do szpitala. „Szpital jest bez sensu, ale moje życie nie. Jeśli umrę jutro, umrę szczęśliwy dzięki Wam” – pisze Dave 7 października, dodając: „zastanawiam się, czy w niebie będę słyszał dźwięki”.  Cztery dni później jego siostra Ni-cole zamieszcza informację o jego śmierci. „Dobranoc, Dave, dzięki, że mogłem cię po-znać”, „Straciliśmy dziś dobrego człowieka” – piszą wzruszeni ludzie.  Jednak autentyczne wzruszenie po śmierci Dave’a czy zaangażowanie, z jakim internauci walczą o uwolnienie Aminy, już wkrótce zastąpi wściekłość i rozżalenie, gdy okaże się, że ani jedno słowo napisane przez te gwiazdy internetowych społeczności nie jest prawdą. Więcej, Dave i Amina nigdy nie istnieli.

 

Sieciowy baron Münchhausen?

Jako pierwsi podejrzeń wobec Aminy Arraf nabierają amerykańscy urzędnicy, którzy stwierdzają, że nikt taki nigdy nie był obywatelem USA. Dwa dni po zaginięciu Aminy Sandra zszokowana widzi ją całą i zdrową w studiu BBC. Jelena Lecic, pracująca w Londynie Chorwatka, potwierdza, że syryjska blogerka ukradła jej zdjęcia. W wyniku błyskawicznego śledztwa przeprowadzonego przez serwis Electronic Intifada wychodzi na jaw, że Amina Abdallah Arraf al Omari nie urodziła się 12 października 1975 roku w amerykańskim mieście Staunton, ale w głowie 40-letniego amerykańskiego absolwenta historii i niespełnionego pisarza Toma MacMastera. Rok później podobne śledztwo przeprowadzi fanka „Dave’a na kółkach”, która odkryje, że zdjęcia niepełnosprawnego zostały skradzione ze strony chłopaka nazywającego się Hunter Dunn, a Dave Rose to twór 53-latka z Kalifornii, który przyznał się do mistyfikacji.

„Niestety, tego typu fałszerstwa są coraz częstsze” – przyznaje dr Marc D. Feldman, psychiatra z University of Alabama w Birmingham, autor książki „Playing Sick?” (Zabawa w chorego) poświęconej tzw. zespołowi Münchhausena (nazwa pochodzi od nazwiska niemieckiego barona, który w XVIII w. zasłynął z opowiadania o swoich barwnych, lecz zmyślonych przygodach). Schorzenie po raz pierwszy zostało opisane w 1951 roku przez lekarza Richarda Aschera, który określił tym mianem pacjentów wywołujących u siebie choroby, by wzbudzić zainteresowanie lekarzy. Aby uprawdopodobnić symptomy, potrafią upuszczać sobie krew, brać leki, by wywołać ataki padaczki, biegunki, a nawet zawał. Szczególnie groźna postać tej choroby, tzw. zastępczy zespół Münchhausena, polega na celowym wywoływaniu przez rodzica objawów choroby u dziecka po to, by uzyskać pomoc medyczną. Co ludzi do tego pcha? „Chęć zwrócenia na siebie uwagi, uzyskania współczucia, opieki, zainteresowania, którego nie uzyskują w zwyczajny sposób” – wylicza dr Marc Feldman. Psychiatra twierdzi, że część internetowych fałszerstw to specyficzny przejaw zespołu Münchhausena, tzw. MBI (Münchhausen by Internet). Rocznie trafia do niego kilkadziesiąt przypadków takich fałszerstw, a to zaledwie czubek góry lodowej, bo są to tylko ci ludzie, którzy zostali zdemaskowani przez innych internautów.

 

„Internet wydaje się stworzony dla oszustów” – przyznaje Jakub Kuś, psycholog nowych technologii z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. Dlaczego? „Przez pierwszą dekadę rozwoju sieci był on uznawany za wielki anarchistyczny śmietnik. Ale po nadejściu – w pierwszych latach XXI wieku – mediów społecznościowych, w których ludzie zaczęli funkcjonować pod nazwiskiem, zaczął być wiarygodnym forum kontaktów, platformą spotkań wyspecjalizowanych grup wsparcia, zmagających się z chorobami czy uzależnieniami” – wylicza Jakub Kuś. „To właśnie takie grupy stają się celem oszustów, dla których zdobycie współczucia setek, a nawet tysięcy internautów, zamiast zainteresowania jednego lekarza, jest wielką pokusą”.

Rozwój technologii dostarcza też fałszerzom tożsamości nieosiągalnych dotąd narzędzi. Uczestnicy forów poświęconych chorobom publikują tam często niezwykle szczegółowe opisy swoich przypadków, cytują wyniki badań, a nawet wrzucają ich skany. Osoby, które chcą „spreparować chorobę”, mogą bezkarnie przeglądać te fora i je kopiować.

 

Z laptopem  na intensywnej terapii

Zdaniem Jakuba Kusia, do preparowania fałszywej tożsamości uciekają się najczęściej osoby o zaniżonym poczuciu własnej wartości, które żyją w przekonaniu, że to, co robią na co dzień, nigdy nie da im pożądanej popularności. „Chodzi nie tylko o współczucie, ale także o bycie dostrzeżonym, popularnym i znanym. To, że ich chorobowy czy – jak w przypadku Aminy – wojenny blog zaczyna być cytowany, daje im kopa emocjonalnego, a czasem nawet poczucie władzy, bo ich emocje i myśli znajdują faktyczny oddźwięk społeczny” – wylicza psycholog. Tom MacMaster, twórca Aminy, wcześniej angażował się na rozmaitych forach, zamieszczając swoje przemyślenia na temat polityki i spraw Bliskiego Wschodu. Bezskutecznie starał się też o publikację swojej powieści. Gdy jako Amina zdobył popularność, zaczął dostawać oferty wywiadów, a nawet napisania pamiętnika.

Początki internetowych fałszerstw często wyglądają niewinnie. 28-letnia Jeannette Navarro, mieszkająca na Filipinach przedsiębiorczyni, na forum wsparcia dla osób cierpiących na rzadki zespół upośledzenia odporności trafiła w roku 2008, gdyż naprawdę zmaga się z tą chorobą. Ale szybko uzależniła się od okazywanej przez forumowiczów uwagi. „To działa jak narkotyk. Z czasem zapotrzebowanie rośnie. Na początku wystarcza nam pięć lajków czy komentarzy, ale z czasem spirala się nakręca i potrzebujemy ich już 50, 100, aby być usatysfakcjonowanym. Jest to typowy mechanizm uzależnienia – potrzebujemy coraz więcej, aby czuć się dobrze. Ceną za zyskanie uwagi jest podawanie coraz większej liczby szczegółów na temat siebie, choroby, a gdy te autentyczne się kończą, pojawia się pokusa konfabulacji” – wyjaśnia mechanizm Jakub Kuś. Już po kilku tygodniach Navarro zaczęła wyolbrzymiać objawy swojej choroby. Po dwóch miesiącach zrobiła sobie przerwę od forum. Gdy zalogowała się ponownie, odkryła, że wielu ludzi szukało jej i martwiło się o nią. Wtedy po raz pierwszy przedstawiła się jako obca osoba i poinformowała uczestników, że Jeannette jest w śpiączce. Odzew, jaki dostała, wprawił ją w ogromne podniecenie i sprawił, że zaczęła regularnie ogłaszać nagłe załamania swego stanu zdrowia. Przed komputerem spędzała nawet 20 godzin dziennie, pisząc jednocześnie jako ona sama, własna matka, kuzynka i przyjaciółka.

„Podszywanie się pod wiele osób daje fałszerzowi poczucie kontroli. Taka osoba w sieci tworzy awatary całej rodziny i za ich pomocą manipuluje użytkownikami całego forum. Tego typu zachowania mogą być formą trollowania, którego osią jest chęć panowania nad daną społecznością w sieci” – uzasadnia Jakub Kuś.

Osoby udające chorych są często w stanie zrobić wszystko, by się uwiarygodnić. 38-letnia Monika M. z Bydgoszczy, która w sieci podawała się za chorą najpierw na glejaka, a po wygranej z guzem obwieściła, że wykryto u niej „białaczkę szpikową typu M2 z translokacją”, zamieszczała zdjęcia z ogoloną głową po rzekomej chemioterapii. Pewna 23-latka symulowała anoreksję, po jakimś czasie podkręciła historię, dodając maltretowanie przez chłopaka. Napięcie rosło, więc jak w dobrym filmie akcji potem nastąpiła dramatyczna ucieczka chorej, która zakończyła się w szpitalu. Bidulka, mimo tak drastycznych okoliczności, zawsze utrzymywała kontakt ze swoimi fanami. Posty pisała nawet z oddziału intensywnej terapii. Pewnej nocy zasymulowała zawał on-line, wtedy kontrolę na laptopem przejęła „matka”, która na bieżąco informowała użytkowników forum o stanie córki.

 

Kartka z odciskiem stópki 

Jak przyznaje Jakub Kuś, tego typu oszustów niezwykle trudno jest wykryć: „Wpadają ci, którzy przesadzają albo popełniają głupie błędy”. Tak było w przypadku 15-latka, który został uczestnikiem forum dla cierpiących na chroniczne migreny. Z czasem okazało się, że ma też hemofilię, jego matka jest osobą niesłyszącą, a ojciec popadł w alkoholizm. Uczestnicy forum zaczęli wątpić w ten „nadmiar nieszczęść”, a chłopak opuścił forum. W innym przypadku podejrzliwość internautów wzbudził fakt, że postujące „matka” i „córka” robią te same błędy gramatyczne. Przesada zgubiła też Kim, nastoletnią matkę na forum dla rodziców wcześniaków. Wzbudziła współczucie, opisując walkę, jaką toczy z pomocą lekarzy o życie przedwcześnie narodzonego malucha. Internauci wraz z nią przeżywali żałobę, gdy dziecko umarło.

Kilka miesięcy później Kim wróciła na forum z wiadomością, że znów jest w ciąży i obawia się ponownych przedwczesnych narodzin. Jej posty obfitowały w drastyczne opisy krwotoków do mózgu i operacji serca, jakich doświadcza jej dziecko. Na Boże Narodzenie Kim wysłała części użytkowników kartki z odciskiem stópki „swojego malucha”. Wreszcie także i drugie dziecko uśmierciła. Wtedy uczestniczka forum, psycholog Mara Tesler Stein z Chicago, która sama jest matką dwojga wcześniaków (i wspierała wcześniej Kim), przeprowadziła śledztwo. Odkryła, że nastolatka kopiowała opisy krwotoków i operacji z innych forów, a zdjęcia stópek ukradła z bloga innego dziecka. Po ujawnieniu tych faktów Kim z forum zniknęła.

„Niestety, koszty społeczne działań oszustów są bardzo wysokie, a zadana przez nich cyfrowa krzywda boli analogowo” – zauważa Jakub Kuś. Nazywa działania fałszerzy „podkładaniem bomby pod internetowy altruizm”. W grupach, w których działają fałszerze, gwałtownie spada poziom zaufania. „Użytkownicy mogą się czuć zdradzeni, gdyż nie tylko okazali współczucie tej osobie, poświęcali jej czas, ale też sami opowiadali o swoich najintymniejszych przeżyciach” – dodaje Kuś. Po zdemaskowaniu nastoletniej Kim wielu rodziców wcześniaków przestało zamieszczać posty, a inni swoją sytuację porównywali do „emocjonalnego gwałtu”. Atmosfera podejrzliwości sprawiła, że nowi uczestnicy forum musieli przejść drobiazgową procedurę weryfikacji, czy aby na pewno są rodzicami wcześniaka. 

Tom MacMaster po ujawnieniu fałszerstwa blogu Aminy twierdził, że chciał tylko zabrać głos w sprawach, które są dla niego ważne. „Nie wierzę, że kogoś skrzywdziłem” – powtarzał. Jego zdania nie podziela Sandra Bagaria. Gdy dowiedziała się, że nagie zdjęcia i czułe wyznania, które miesiącami wysyłała jej Amina („Chcę cię całować, karmić i patrzeć, jak dochodzisz”) pochodziły od obleśnego 40-latka, zwymiotowała. „To był najbardziej upokarzający dzień w moim życiu” – przyznaje w filmie „Profil Amina”, nakręconym przez kanadyjską dokumentalistkę Sophie Deraspe. „Są blogerzy w Syrii, którzy na-prawdę narażają życie, by opisywać to, co dzieje się w kraju. To, co zrobiłeś, naraziło wielu z nas na niebezpieczeństwo. Może też sprawić, że inni zaczną wątpić w autentyczność naszych blogów, historii i nas samych” – gorzko podsumował Sami Hamwi, redaktor GayMiddleEast.com. Louise Carolin, redaktor lesbijskiego magazynu Diva, przypomniała MacMasterowi, że złamał podstawową regułę bycia sojusznikiem, czyli niewypowiadania się w imieniu tych, których popiera, gdyż nie jest ani kobietą, ani lesbijką.

„Złapanie oszusta wymaga drobiazgowego internetowego śledztwa, co sprawia, że kłamcy pozostają często bezkarni” – podsumowuje Jakub Kuś. W dodatku większość z nich nie poczuwa się do winy. „Anonimowość sieci, jak pokazują badania, prowadzi do dehumanizacji uczestników internetowej komunikacji. Zamiast ludzi zaczynamy widzieć »obiekty generujące tekst«” – dodaje Kuś. Z badań prowadzonych przez zespół prof. Luby Belkin z Lehigh University wynika, że ludzie o wiele częściej kłamią, jeśli porozumiewają się za pomocą maili niż na papierze.

Prof. Carrie James z Harvardu przeprowadziła z młodymi dorosłymi 61 pogłębionych wywiadów na temat korzystania z sieci. Zauważyła, że najważniejsze dla badanych było myślenie indywidualistyczne (np. konsekwencje, z jakimi wiąże się korzystanie z sieci, dla nich samych), natomiast myślenie w kategoriach etycznych (np. zwracanie uwagi na to, jakie skutki ma dane działanie dla innych użytkowników sieci) nie miało dla nich znaczenia. „Ma Xiao-Hui i Lei Li, psychologowie z pekińskiego Renmin University of China, którzy pod kątem moralności badali chińskie nastolatki, odkryli, że traktują one sieć jako odrębny od realnego świat, nie dostrzegają, że np. hejtowanie może kogoś boleć naprawdę” – dodaje Jakub Kuś.

 

Trzy ciosy myśliwskim nożem

Niektórzy jednak przepraszają. Poczucie winy dopadło Jeannette Navarro po siedmiu miesiącach udawania. Na forum przyznała się do mistyfikacji, podała też swój telefon, gdyż chciała osobiście przeprosić użytkowników. Ludzie dzwonili, by powiedzieć, że „jest najbardziej podłą osobą, jaka istniała na ziemi”, i żałowali, że „nie umarła”. Kobieta do dziś zmaga się z depresją.

Ale udawanie może skończyć się jeszcze tragiczniej, co pokazuje przypadek Radosława S. z Mielenka Drawskiego w województwie zachodniopomorskim. S., podając się za kobietę, przez sześć lat prowadził elektroniczny romans z Damianem P. z Zamościa. W 2011 r., gdy Damian odkrył, że zamiast z Anią koresponduje z Radosławem, doprowadził do konfrontacji, po czym zadał „kochankowi” trzy ciosy myśliwskim nożem. Po zabójstwie sam zadzwonił na policję i opowiedział, co zrobił. Koszaliński sąd skazał go na sześć lat pozbawienia wolności.